UZBEKISTAN 2018

JEDWABNY SZLAK, PŁOW I MORZE, KTÓREGO NIE MA

27-28.04 Stambuł i Taszkent

Naczytawszy się, iż w Uzbekistanie czeka nas uczta duchowa związana z medresami i meczetami Jedwabnego Szlaku, ale nie kulinarna, postanawiamy najeść się na zapas podczas 7-godzinnego postoju w Stambule. Za 50$ dostajemy się metrem do stacji Aksaray w okolicy centrum i delektujemy humusem, dolmą, pastami z bakłażana i rozmaitymi kebabami w restauracji Akdeniz Hatay Sofrasi, specjalizującej się w kuchni z pogranicza syryjskiego. Najedzeni po brzegi, 4-godzinny lot do Taszkentu wykorzystujemy na nadrobienie zaległości filmowych. Turkish Airlines ma w ofercie same nowości: „Kształt wody”, „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, „Coco”.

Na lotnisku w Taszkencie organizujemy taxi za 8$, co wydaje nam się tanią opcją, mimo że hotel emailowo uprzedzał nas, że najkorzystniej jest łapać taryfę na ulicy (w drugą stronę analogiczny kurs będzie nas kosztować dolara wg wskazań taksometru). Dojazd nie zajmuje nawet 5 minut i już na recepcji widać, że Grand Orzu najlepsze czasy ma dawno za sobą. Wszędzie śmierdzi fajkami i przeszłością. W basenie nie ma wody, a o 8 rano – możliwości zakwaterowania, ale po krótkich negocjacjach telefonicznych z managerem recepcjonista oferuje nam 1 pokój ze śniadaniem dla dwóch osób w połowie ceny (22,50$). Bierzemy, dopłacając kolejne 4$ za śniadanie dla trzeciego chętnego. Jest całkiem wypasiony szwedzki stół, więc z miejsca cenowo kraj przypada nam do gustu.

Już po paru pierwszych krokach dochodzimy do wniosku, że Taszkent nie należy do kategorii miast uroczych. Stanowi dziwną mieszaninę szerokich arterii z krótkimi światłami na przejściach dla pieszych i domków w zielonych ogrodach, bazarów i gigantycznych budowli rządowych oraz postsowieckich pomników i budynków – trudno w nim odnaleźć spójną koncepcję architektoniczną czy urbanistyczną. Ta niepoukładana mieszanka stylów stanowi pokłosie sowieckiej odbudowy po trzęsieniu ziemi z 1966 roku, w wyniku którego zniknęła większa część starego Taszkentu. Podczas 20 km spaceru nie widzieliśmy ani pół meczetu, odwiedziliśmy natomiast błękitny Sobór Zaśnięcia Matki Bożej zbudowany w latach 60. XIX wieku, podczas wojny mieszczący magazyn sanitarny Okręgu Wojskowego Azji Środkowej i po gruntownym remoncie poświęcony ponownie 1.10.2017 przez patriarchę moskiewskiego i całej Rusi Cyryla.

Bardzo miło odebraliśmy natomiast mieszkańców miasta – uśmiechniętych i skorych do pomocy. Zaraz po wejściu do banku wszyscy pracownicy i klienci wskazali nam na migi drogę do wymiany walut. Po wymianie 200$ staliśmy się milionerami i uznaliśmy, że jednak nie będziemy wymieniać chwilowo więcej gotówki, bo ciężko będzie nosić tyle banknotów (otrzymaliśmy ok. 1 600 000 sumów w nominałach 10 000, czyli pokaźny plik drobnych). Słowo „sum” oznacza „czysty” i taka jest waluta uzbecka od września 2017, po decyzji prezydenta Szawkata Mirzijojewa o liberalizacji obrotu walutami, która pociągnęła za sobą natychmiastowe podwyższenie oficjalnego kursu dolara i zrównanie go z kursem czarnorynkowym (wcześniej dolar kosztował 4210,35 sumów, a po dekrecie prezydenckim jego cena wzrosła do ok. 8000 sumów). Do historii odeszły więc opowieści turystów o wymianie kasy na szemranych bazarach. „Change dollar, change dollar” można usłyszeć z rzadka tylko w zakamarkach taszkenckiego bazaru Chorsu. Niezmiennie natomiast Uzbecy pozostają mistrzami w przeliczaniu banknotów na czas. Wprowadzono do obiegu banknoty 50 000, ale najpopularniejsze są nadal 10 000 i 5 000, więc zapłata za wystawną kolację dla czterech osób, około 200k, oznacza konieczność sprawnego odliczenia 40 papierków. Sztuka przeliczania i test sprawności palców zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy ktoś kupuje dywan za odpowiednik np. 300 euro. Dlatego też Uzbecy zwykle nie mają nic przeciwko płatności w dolarach.

Otrzymaliśmy spory zastrzyk gotówki, ale dalej nie możemy złapać orientacji w topografii miasta. Nie stanowi to jednak problemu, bo szybko znajdujemy pomocną dłoń. Na oko 10-letni uczeń nadrabia bezinteresownie drogi ze szkoły do domu, żeby zaprowadzić nas na przystanek metra Kosmonavtlar z portretami m.in. Ikara, Tierieszkowej i Gagarina. Taszkenckie metro jest mocno strzeżone, wchodzi się przez bramki do wykrywania metalu lub pokazuje wnętrze torebki czy plecaka policjantom. Na wypadek inwazji nie ma w nim map, malutkie rozkłady linii można wypatrzeć dopiero w wagonach. Przejazd jest śmiesznie tani, żeton kosztuje 1200 sumów (ok. 50 groszy).

Centrum miasta przywodzi na myśl Astanę. Zmarły już, choć nadal czczony prezydent (1.09.1991 – 2.09.2016), Islom Karimov, wzorując się na kazachskim sąsiedzie Nursułtanie Nazarbajewie, zrealizował swoją szaloną wizję upiększenia stolicy. Wyciął stare platany pod nowe rządowe budynki, jak Senat czy Dom Forum, a na centralnym placu (który gościł już statuy Marksa czy Stalina), vis-à-vis gigantycznego hotelu „Uzbekistan”, postawił wielki pomnik Emira Timura, czyli Timura Chromego, zwanego też Tamerlanem – jednego z największych i najokrutniejszych wodzów w historii, któremu pierwszy prezydent niepodległego Uzbekistanu miał chyba ambicje dorównać (przypisuje mu się m.in. odpowiedzialność za zabicie lidera radykalnych islamistów przez ugotowanie). Timur podczas swych 35 lat rządów w okresie od 1370 do 1405 panował nad ordami stepowych koczowników, podbił wraz ze swą 150-tysięczną armią m.in. Indie, Iran, Irak, Imperium Osmańskie, Egipt; przymierzał się do podboju Chin; dotarł w swych podbojach aż pod Moskwę, ale jak nam tłumaczył jeden z kierowców – zawrócił, bo Rosjanie byli tak biedni, że nie mogli zapewnić mu satysfakcjonujących łupów wojennych.

Mimo 30-stopniowego upału w mieście jest dużo zieleni, nie tylko w reprezentacyjnym parku wokół posągu Timura na koniu, ale także w odleglejszych dzielnicach. O soczyście zielone trawniki dbają gęsto osadzane zraszacze, o które starają się nie potknąć grające w piłkę dzieciaki.

Pierwszy płow (pilaw, danie narodowe Uzbekistanu, czyli ryż duszony z baranim lub wołowym tłuszczem, żółtą marchewką, cebulą, ciecierzycą, podawany z kawałkami pokrojonego wołowego mięsa i masą przypraw; w niektórych rejonach także z rodzynkami), lagman (centralno-azjatycka potrawa, będąca czymś pomiędzy zupą, a drugim daniem, zawierająca sporo mięsa, gruby makaron, warzywa i kumin)​, zupę z soczewicy, jagnięcą nogę i uzbecką dolmę spożywamy w restauracji Afsona. Porcje nie są duże, ale jedzenie smaczne, sycące i śmiesznie tanie, per osoba z piwem ok. 16 zł.

Długi dzień kończymy na bazarze vis-à-vis Soboru Zaśnięcia Matki Bożej zakupem kolacji na wynos za dolara per para – lepioszka (cudownie zdobiony, płaski odpowiednik chlebo-chałki) i pomidory, w wariantach kiszone i gruntowe.

Około 9 gaśniemy wraz ze światłem na 7 godzin. Pobudka o 4, żeby złapać samolot do Nukusu, gdzie mamy nagraną wycieczkę nad Morze Aralskie z biurem Ayim Tour Karakalpak (680$ za 4 osoby), poleconym przez pracowników Muzeum Sawickiego. Na recepcji pozbywamy się sporego pliku sumów [(45$ +22,50$)*8300=560.250]. Czekają na nas paczki ze śniadaniem i taxi. Za wspomnianego już dolara jedziemy na lotnisko. Ze względu na instalację gazową zajmującą w lokalnych autach pół bagażnika, jeden bagaż nam się regularnie nie mieści. Na lotnisku zonk, na kontroli przed wejściem do terminala informują nas, że do Nukusu stąd nie polecimy, bo to lotnisko międzynarodowe, a my powinniśmy być na krajowym. Nie przypuszczaliśmy, że stolica Uzbekistanu ma aż 3 lotniska, do wspomnianych dwóch dochodzi jeszcze wojskowe. W tym momencie doceniamy ranną pobudkę i zapobiegliwość Michała, który nalegał, aby zignorować sugestię recepcjonisty, że wystarczy być na lotnisku 20 minut przed odlotem. Mamy czas na dokończenie konwersacji z miłym panem, dowiedzenie się jak daleko jest drugie lotnisko, a w zasadzie drugi terminal (5km), ile powinien kosztować kurs (15k) i negocjacje z taryfiarzami, którzy wycenili nas na 50k. Jesteśmy twardzi i po 15 minutach lądujemy na właściwym lotnisku. Pan przy check-inie żegna nas po polsku. Przy śniadaniu luzujemy się na tyle, że niemal przegapiamy nasz samolot. Przy bramce mówią nam, że autobus jest pełen i mamy czekać na kolejny. To czekamy. Po hali biega ktoś z obsługi, krzycząc „posadka Nukus”, a my grzecznie stoimy jako pierwsi w kolejce. Nagle o 6:46 (wylot 7:00) podbiega gość w garniturze, przeciska się przed nas, krzycząc „Nukus”. Okazuje się, że samolot czeka tylko na tego jegomościa i na nas. Odlatujemy punktualnie, potwierdzając niniejszym, że na krajowy lot Uzbekistan Airways wystarczy być przy bramce 15 minut przed startem.

29-30.04 Morze Aralskie

Pod samolotem faluje szaro-bury piach pustyni Kyzył-Kum (rozpościerającej się między rzekami Amu-darią i Syr-darią a Jeziorem Aralskim, liczącej ok. 298 tys. km², czyli 10. pod względem wielkości na świecie). Po wylądowaniu pierwsza niespodzianka – w Nukusie brak lotniska, niedługo będzie, bo widać już zręby i fasadę, ale tymczasem przylatujących zaprasza zadaszona altana i kawałek dalej sławojka, której nie da się przeoczyć nawet z zamkniętymi oczami, nos wskazuje dokładnie jej lokalizację. Ciekawe standardy jak na międzynarodowe lotnisko.

Za ogrodzeniem czeka na nas Diadia Wiktor i Toyota Land Cruiser. Bagaże mieszczą się bez problemu i zaczynamy pościg za znikającym Morzem Aralskim przez Karakałpację (autonomiczną republikę Uzbekistanu z odrębną flagą, herbem, językiem i rządem).

13 km na zachód of Nukusu, w pobliżu Hojeli, robimy przystanek w Nekropolis Mizdahkan, mieście z 4 wieku p.n.e. Oglądamy niby-drabiny porzucone przy grobach służące do transportu zwłok (trumny nie są w islamskim pochówku używane), ogrodzenia grobów i trzeci najdłuższy kamień nagrobny w Azji Centralnej o długości 25m w mauzoleum muzułmańskiego bohatera i świętego, Shamuna-Nabiego. Opiekun cmentarza wraz z córką wskazują nam kolejne warte obejrzenia miejsca – mauzolea Mazlumhan Sulu i Halfa Erejep. Tłumaczą, że w tym miejscu znajduje się grób Adama, a wzniesione nad nim mauzoleum (Halfa Erejep) pełni funkcję apokaliptycznego zegara. Co roku wypada z niego cegła, a kiedy budowla się do końca rozsypie, nastąpi koniec świata. Jeśli z 7 wypadniętych cegieł ułoży się piramidkę, spełni się życzenie, stąd wokół pełno kamiennych wieżyczek. Mizdahkan to raj dla archeologów, w średniowieczu trzecie największe miastu Chorezmu (krainy nad dolną Amu-darią). W muzeach na dalszym szlaku wszędzie będziemy oglądać urny na kości pochodzące stąd właśnie (zgodnie z panującymi przed islamem wierzeniami ciała zmarłych zostawiano na wzgórzu i kiedy ptaki się nimi pożywiły, zabierano kości i składano je w urnach).

Z mauzoleum Mazlumhan Sulu z XIV wieku na wschodnim wzgórzu wiąże się legenda o miłości. My od razu zakochujemy się w tym miejscu, ponieważ parę ostrych schodków prowadzących w głąb sprawia, że znika 40 stopniowy upał i zanurzamy się w przyjemnym chłodzie niebieskich mozaik. Według legendy przepiękna Mazlumhan, córka władcy, o której rękę ubiegali się wszyscy możni i szlachetni, zakochała się w prostym architekcie, co oznaczało poważny mezalians. Ojciec wkurzony faktem, że księżniczka odrzuca wszystkich zalotników, obwieścił, że odda ją temu, kto przez jedną noc zbuduje wieżę sięgającą nieba. Zakochany architekt nie tylko podjął się zadania, ale sprostał wyzwaniu, a mimo to nie udało mu się uzyskać błogosławieństwa władcy. Zrozpaczony skoczył z wybudowanego przez siebie minaretu, a księżniczka podążyła w jego ślady. Ten desperacki czyn obudził wyrzuty sumienia władcy, który nakazał zniszczenie minaretu i z jego cegieł budowę mauzoleum dla córki i niedoszłego zięcia.

Odwiedzamy także położoną tuż koło nekropolii fortecę Gyaur-Kala (fortecę niewierzących, należącą do ludów praktykujących zaratusztrianizm, czcicieli ognia) z murami o grubości 10m.

Kolejny przystanek wypada w niegdyś rybackim mieście Moynaq, gdzie do lat 70-tych kwitło przetwórstwo rybne (stąd pochodzi też nasz kierowca). Gdy morze zniknęło, większość mieszkańców wyjechała szukać pracy i szczęścia gdzie indziej. Po latach zastoju, nieco życia (= gotówki) tchnęli w miasteczko turyści, fotografujący się przy wrakach statków, które tu pozostały, rdzewiejąc na piasku i posilający się u ‘zaprzyjaźnionych’ gospodyń przed 4-godzinną podróżą po wertepach nowopowstałej pustyni Aral-kum (50 tys. km²) w dalszej drodze do linii brzegowej. Pustynia Aral-kum, będąca dawnym dnem jeziora, oferuje pozornie najnudniejsze widoki, jakie można sobie wyobrazić, zanim pojawią się klify i wąwozy bliżej zachodniego brzegu. Monotonny krajobraz przełamują chińskie rafinerie gazu, bogactwa pozostawionego przez morze, na którym jednak zarabiają wcale nie Karakałpacy. Wytrawne oko tropiciela pomaga wypatrzeć inne ciekawostki, jak np. wielka pustynna piątka 😊 – suseł, wąż, żółw (czeriepacha), biały lis i skorpion – oraz muszelki (rakuszki), których pełno po obu stronach drogi, w końcu jedziemy po dnie jeziora. Cieszymy się z tych małych form życia, bo w wyniku zasolenia wody w jeziorze wymarło niemal wszystko. Także pustynia Aral-kum jest skażona środkami ochrony roślin, a że wieją tu silne wiatry, co chwila zamykamy okna, chroniąc się przed tumanami słonego pyłu. Częste burze solne powodują rozrastanie się pustyni, niszczenie upraw oraz wzrost zachorowalności wśród mieszkańców.

Aral jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku był czwartym pod względem powierzchni jeziorem na Ziemi. Ze względu na słoną wodę i wielkość nazywany był morzem. Obecnie na skutek pustynnienia terenu spowodowanego nawadnianiem pól bawełny przez wody Amu-darii, jezioro praktycznie zanikło. W jego miejscu zostały 4 zbiorniki: Jezioro Północnoaralskie, Jezioro Tuszczybas, basen południowo-zachodni i południowo-wschodni. Bawełna, czyli białe złoto Uzbekistanu pośrednio spowodowała jedną z największych katastrof ekologicznych w historii i nadal wykańcza resztki, które z Morza Aralskiego pozostały. Woda opada w tempie około 90 cm rocznie, zmniejszając do dziś powierzchnię jeziora o 90%. Nie ma planów rewitalizacji południowej części, tylko po północnej, kazachskiej stronie mają miejsce wysiłki nad przywróceniem życia w jeziorze.

Po 8 godzinach docieramy do naszego jurtowego obozu na klifie nad plażą. 10 jurt, 2 lokalne toi toie, urocza rodzina gospodarzy z dwójką dzieci bawiących się ze szczeniakiem, jeszcze trójka turystów, nasi kierowcy, butelka wódki, po piwie na głowę – jest ryzyko, jest zabawa. Jezioro jest obecnie toksycznym akwenem z mulistym brzegiem, zero ryb, tylko Chińczycy próbują hodować w nim coś używanego w kosmetykach. Nie ryzykujemy więc kąpieli. Siedzimy przy czaju z doskonałą konfiturą wiśniową i czekamy 2 godziny, aż płow gotowany przez kierowców dojdzie. Po kolacji wznosimy toasty za przyjaźń polsko-karakałpacką, a potem pijemy, żeby znieczulić nasze obawy związane z tym, czy Wiktor będzie w stanie prowadzić kolejnego dnia po tylu chochlach samogonu. Jurty są wielkie, wygodne, cieplutkie, pięknie zdobione, z pachnącą pościelą i czyściutkimi ręcznikami (prysznice polowe są dopiero w planie). Jedyny problemik, że nad morzem, jak to nad morzem, mocno wieje, więc folia zabezpieczająca robi tyle hałasu, że trudno zasnąć.

Następnego ranka niewzruszony samogonem Diadia Wiktor budzi nas o 6 na wschód słońca. Krajobraz jest księżycowy, a wiatr urywa łeb. Potem śniadanie i w drogę powrotną. Zatrzymujemy się przy wiosce wysiedlonej przez cara za bunt, z grobami paru Polaków i nad jeziorem u rybaków, gdzie Diadia kupuje sobie ryby na kolację. Rybacy rotują w gospodarstwie co pół roku, ale jeśli ktoś szuka miejsca, gdzie psy dupami szczekają, to powinien do nich dołączyć (psy akurat były tam bardzo sympatyczne, choć niestety z zaćmą, mimo że młode – protestuje Gosia). Wracamy zdecydowanie krótszą drogą, po zachodniej stronie jeziora, zatrzymując się na pielmieni w knajpie dla kamazowców w Kungradzie. Fotograficzną atrakcją okolicy zostaje stado wielbłądów zaganiane przez pastucha na motorze.

Nukus

W świeżo odremontowanym hotelu Jipek Joli w Nukusie najbardziej cieszy nas nieskazitelnie czysta łazienka. Gosia dodatkowo odetchnęła z ulgą, gdy obyło się bez aresztowania, kiedy Marta skwapliwie przytaknęła na pytanie recepcjonistki o rezerwację, brzmiące fonetycznie: „U was jest bronia?”. Krótki rekonesans miasta utwierdza nas w przekonaniu, że poza Muzeum Sawickiego nie ma w Nukusie absolutnie nic ciekawego. Wciąga nas bazar, na którym organizujemy sobie kolację warzywno-serowo-kiszonkowo-lepioszkową. Sprzedawczynie dają nam pokosztować suszony jogurt i zsiadłe mleko przypominające wyglądem pastylki miętowe w różnym kształcie – to kurut, azjatycki przysmak do piwa.

1.05 Muzeum Sawickiego w Nukusie

Muzeum, zwane przez Karakałpaków „Uzbeckim Luwrem”, nas nie zawodzi (60k pp, 195k za aparat za jeden budynek). Wszystkie nazwiska artystów wystawionych w obu budynkach słyszymy pierwszy raz w życiu, ale fajnie ogląda się obrazy z tematyką z Azji Środkowej w wersji impresjonistycznej, ekspresjonistycznej, kubistycznej czy awangardowej.

Nie udaje nam się wynająć przewodnika, ale i bez niego spędzamy w muzeum ponad 3 godziny. Igor Sawicki, urodzony w Kijowie malarz, archeolog, etnograf i kolekcjoner sztuk zgromadził w Nukusie obrazy, grafiki, monety, stroje, biżuterię i przedmioty codziennego użytku i w latach 60-tych otworzył muzeum, które obecnie rozrosło się do dwóch budynków i prezentuje ogromną kolekcję kilkudziesięciu tysięcy awangardowych obrazów artystów uzbeckich i rosyjskich, wyklętych w czasach Związku Radzieckiego, działających poza obowiązkowym nurtem socrealizmu (http://museum.kr.uz/ekspoziciya/gallery/; http://www.savitskycollection.org/gallery.html). Muzeum ponoć przez 8 lat po śmierci Sawickiego spłacało jego długi związane z kolekcją.

Symbolem muzeum jest obraz Vladimira Lysenki – „Byk”, reprezentujący wg Sawickiego bunt przeciw rozlewającej się po świecie w latach 30-tych fali faszyzmu, a wg stalinowskich kuratorów – wymierzony w państwo radzieckie. Malarz zapłacił wysoką cenę za swoje niepokorne dzieło: lata w więzieniu (1935-1940), w wyniku których artysta doznał częściowego paraliżu, nieznana data i miejsce śmierci mimo rehabilitacji w 1953 roku. Inny obraz, prezentowany na suwenirach-magnesikach to „Nad morzem. Marie-Louise” pędzla Klimenta Redko (1897-1956). Portret niezwykły, bo bez wiedzy, że powstał w 1933 roku, można by śmiało powiedzieć, że przedstawia współczesną kobietę. Sam Redko, przyjaciel Picassa, wierzący w istotę rewolucji i wolność jaką da ona artystom, chętnie wspierał towarzyszy przy przygotowaniach dekoracji na uroczystości upamiętniające wydarzenia z 1917 roku. Po II wojnie światowej został usunięty ze związku artystów za burżuazyjne tendencje w sztuce. Pozostawiony bez środków do życia zarabiał ucząc w klubikach amatorów malarzy i zmarł w zapomnieniu. Smutne historie, ale piękne obrazy.

1-3.05 Chiwa

Uduchowieni rosyjską sztuką jesteśmy gotowi na powrót do przeszłości, czyli przerzut do najlepiej zachowanego w Azji Środkowej miasta o charakterze feudalnym – Chiwy.

Udajemy się na bazar, bo tam mają być marszrutki do Urgencha i taksówki. Marszrutek jest cała masa, ale taksówek ani widu, ani słychu. Jest jeszcze opcja transportu hotelowego za 50$, ale po co przepłacać… Tuż za bazarem za przejściem dla pieszych słyszymy nieśmiałe i nienarzucające się „taxi?”. Reagujemy natychmiast: „da, nam nada taxi w Chiwu”. Po ustaleniu, że to nie żart (zaczęliśmy się śmiać, że tak szybko poszło), długawych negocjacjach cenowych oraz podmianie auta na większe ze względu na walizki mamy transport za 200k sumów (25$). Okazuje się, że butla z gazem zajmuje pół bagażnika, więc jedna walizka ląduje między nogami na przednim siedzeniu i zaczynamy szaleńczy, 4-godzinny slalom białym chevroletem ze średnią prędkością 130 km/h między dziurami w jezdni wielkości małych basenów. W przeciwieństwie do Diadi Wiktora, który znał każdy kamień na trasie i tylko raz zaskoczył go żółw, nasz nowy taksówkarz nie jeździ chyba zbyt często do Chiwy. Kolega, od którego pożyczył wóz, może nie być szczęśliwy z powodu stanu swoich felg po zwrocie auta. Przed mandatem za przekroczenie prędkości chroni nas najważniejsza rzecz na wyposażeniu uzbeckich samochodów, czyli antyradar, głośno ostrzegający o policyjnych kontrolach. Czuwa też nad nami opatrzność, bo na pasy bezpieczeństwa nie możemy liczyć. Są one zazwyczaj przybite na stałe gwoździem i kwitowane krótkim „nie nada”. Udaje nam się również przeżyć tankowanie, na czas którego zostajemy elegancko wysadzeni z pojazdu i zaproszeni do wiaty pod folią ze sklepikami i poczekalnią, w teoretycznie bezpiecznej odległości od wielkich cystern z metanem i odebrani po zatankowaniu. Jakie to szlachetne, że tylko bohaterscy kierowcy narażają swoje życie w tym procesie.

GPS doprowadza nas na tyły naszego hotelu Qosha Darvoza (36$ za dwójkę), lecz do drzwi frontowych docieramy po 3 kółkach, kilkakrotnym zasięganiu języka i dzięki uprzejmości kierowcy, który nas odpowiednio poprowadził. Hotel bardzo sympatyczny z uroczym patio ze stoło-leżankami, na którym witają nas herbatą w charakterystycznych biało-granatowych czaszkach (miseczkach) ze złotym brzegiem.

Mamy parę kroków do murów wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO starego miasta Iczan Kala (uzb. Ichаn Qаlʼа) i jego północnej bramy (można od niej przejść murami do bramy wschodniej, ale nie ma tam zejścia). Spacer do bramy południowej zajmuje ok. 15 minut i tyle samo od bramy wschodniej do zachodniej. Wyglądające jak dekoracje filmowe stare miasto to praktycznie muzeum samo w sobie. Sprzedawane są zresztą do niego bilety wstępu (jeśli chce się oglądać wnętrza budynków). Na dwudniowym bilecie (100k sumów) do nabycia przy bramie zachodniej jest 15 pozycji do odwiedzenia, przy czym główne atrakcje, takie jak meczet Dżuma z lasem 218 drewnianych kolumn, wejścia na minarety i do mauzoleum Pakhlavana Makhmuda (zapaśnika i poety, otaczanego tu dużą czcią) są extra płatne (8-10k). Warto wstąpić do największej medresy Muhammad Aminkhan, mieszczącej obecnie hotel Orient Star, którego goście zajmują cele dawnych studentów Koranu. Niezapomnianym przeżyciem pozostaje wejście na najwyższy uzbecki minaret Islam Hodża – a w zasadzie wdrapanie się po ciemku na czworakach. Symbolem miasta jest niedokończony minaret – Kalta Minor, który wabi fotografów o każdej porze dnia. Bardzo duże wrażenie zrobił na nas pałac i harem Tasz Chauli, wybudowany w latach 1832-1841, składający się ze 150 komnat wyłożonych ceramicznymi mozaikami. Na dziedzińcu, na który wychodzi sala audiencyjna, rozbijano jurtę władcy, gdy pragnął spędzić czas tak, jak jego koczowniczy przodkowie.

Aby zaliczyć większość medres, meczetów i muzeów warto w Chiwie zostać 2 dni. Michał stwierdził, że pora wyjeżdżać, kiedy powtórzyliśmy restaurację Khorezm Art przy 3. kolacji. Wybór dań, wbrew zapowiedziom w przewodnikach, nie jest tragiczny. Co prawda, nie ma połowy potraw wymienionych w menu – problem, który np. Czajchana Farukh rozwiązuje ustnym wygłoszeniem menu przez kelnerki – ale nie trzeba wybierać między płowem a płowem. Próbujemy też szaszłyków, lula kebabów z mielonego mięsa, kebabów w naleśnikach (zarafashion), barszczu, soljanki, szurpy (czyli wołowego rosołu z ziemniakami), mant z mięsem i dynią, pielmieniowej zupy, mixu pierogów, a nawet karpia i gołubców (nadziewanych ryżem i mięsem papryk). Ceny dań są proporcjonalne do ich wielkości – za parę płacimy od 60k do 150k sumów. Przy 3 posiłkach dziennie w sam raz, a hotel Qosha Darvoza dba o nas śniadaniowo, serwując nam doskonałe naleśniki, słodkie bułki, serki, kajmak, kiełbaskę, jajka i przepyszne marmolady morelowe i śliwkowe.

Chiwa zaskakuje nas wycieczkami krajoznawczymi uzbeckich kół gospodyń wiejskich, zwiedzającymi wielką trójcę miast Jedwabnego Szlaku. W cytadeli Kunja Ark na prośbę takiej lokalnej wycieczki pozujemy do grupowych zdjęć i wspólnie tańczymy do uzbeckiej melodii z paniami z Andijanu. Prośby o wspólne zdjęcie będą pojawiać się na tyle regularnie, że po dwóch tygodniach mamy wrażenie, że zyskaliśmy status turystów-celebrytów, dominujących uzbeckie media społecznościowe. Trudno jednak odmówić tak miłym ludziom, szczęśliwym, że inni są zainteresowani ich krajem.

Z dowodami bezinteresownej pomocy spotykamy się na każdym kroku. Bank, w którym nie dało się wymienić pieniędzy, oddelegował do nas przewodnika mówiącego nieco po angielsku i rosyjsku, aby zaprowadził nas do drugiej placówki świadczącej usługi wymiany. W warsztatach produkujących jedwabne dywany, wyroby z drewna i żelaza, rzemieślnicy cierpliwie tłumaczą nam proces powstawania jedwabiu, farbowania i tkania, tworzenia z jednego kawałka drewna podstawek pod Koran i tajemniczych puzderek z niespodzianką w środku, dla tych, którym się uda je otworzyć bez podpowiedzi. Na dziedzińcach medres panie biletowe bez żadnego znużenia namawiają nas na zakup robionych na drutach kapci za euro, będących specjalnością Chiwy (rzeczywiście w innych miastach już ich nie widzieliśmy). Także policja turystyczna pomaga jak może, mimo że proszę sprzedawców o tłumaczenie pytań zadawanych w języku angielskim. Ewidentnie kompetencje językowe handlowców są dużo wyższe od przedstawicieli władzy.

Targujemy się po rosyjsku, bo ceny wtedy od razu startują z niższego pułapu. Jest różnie – niekiedy zdarza nam się nieco zbić cenę (naczynia z 360k na 300k, magnesy z 25k na 15 k), innym razem – sprzedawca pozostaje nieugięty (szaliczki jedwabne po 40k).

Na zachód słońca udaje nam się zdobyć stolik na obleganym dachu kawiarni Tarrassa, vis-à-vis Kalta Minor, skąd podziwiamy spektakl serwowany nam przez naturę. Mury i minarety w zachodzącym słońcu zyskują nowe oblicze i są jeszcze piękniejsze.

Wieczorem zamawiamy hotelowego kierowcę do Urgenchu (10$) i żegnamy Chiwę. Łapiemy samolot do Taszkentu ze śródlądowaniem w Bucharze, w której jesteśmy po 45 minutach lotu.

3-6.05 Buchara

Na lotnisku w Bucharze do jednego autokaru ładuje się grupa włoska, a do drugiego japońska i przed terminalem zostaje nasza czwórka. Dziwnym trafem nie ma też tłumu taksówkarzy, ale jeden jest, do tego zdesperowany, bo widzi, że albo my, albo nikt. Zapowiada, że jest skrajnie uczciwy i za 50k sumów dostarczy nas do hotelu. Odpowiadamy, że chyba jednak za 15k, bo to 5km, 10 minut drogi. Jeszcze 2 okrążenia negocjacyjne i prowadzi nas na parking. Niespodzianka – auto jest na benzynę, więc do bagażnika mieszczą się wszystkie nasze bagaże. Zaskakuje nas też nieco prośba o niepodeptanie progów, ale każdy ma prawo do swojego fetyszu. W hotelu Sarrafon B&B, mimo późnej pory, czekają na nas gospodarze z herbatą. Michałowi zawieruszył się paszport, więc jest problem z meldunkiem. Kiedy plan działań mających na celu powiadomienie następnego dnia policji, zgłoszenia zaginięcia w ambasadzie, etc. jest już w pełni opracowany, paszport zostaje namierzony, a więc następnego dnia będziemy dalej zwiedzać medresy, nie komendy.

Po domowym śniadaniu z owsianką, obowiązkowym jajkiem smażonym i naleśnikami, ruszamy do twierdzy Ark i dalej położonych zabytków. Poza muzeami w twierdzy (nie robiącymi wielkiego wrażenia), położonym naprzeciwko Piątkowym Meczetem Bala Hauz z XVIII wieku z pięknymi, drewnianymi kolumnami (gdzie właśnie zaczynają się modły), najstarszym zachowanym w Azji Środkowej mauzoleum Ismaila Samanidy z IX–X wieku (wyróżnia się dekoracją ścian z wypalanych cegieł), kompleksem Kosh z mauzoleami Modari Khon i Abdullah Khan, czyli chana i jego teściowej, zaglądamy też na centralny bazar i do wesołego miasteczka. Następnie kolej na największą atrakcję Buchary – kompleks Po-i-Kalyan, w skład którego wchodzą Minaret Kalyan, meczet Kalyan, medresa Amir-Allimkhan i Miri-Arab, w której nauki pobierał m.in. Kadyrow. Nikt nie pobiera opłaty za wstęp w przeciwieństwie do Ark (15k pp). Do medresy można tylko zajrzeć przez kratkę, szkoła nadal działa, ma około 120 uczniów i dwóch cerberów przy wejściu. Po kolejnych zachwytach architektonicznych, pijemy herbatę na tarasie vis-à-vis kompleksu, patrząc na niego z góry (substytut widoku z remontowanego i zamkniętego minaretu Kalyan).

Zwiedzanie kończymy zespołem medres Uług Bega i Abd al-Aziz Chana. Kolejny punkt to już handlowo-łaźniowy środek starówki pełen dywanów, tiubietiejek (tradycyjnych, uzbeckich nakryć głowy), wyszywanych tkanin suzani i innych gadżetów dla turystów. Dywanik – cena wyjściowa – 700$, obrusowe suzani – 100 euro, wersja bawełniana – 15$, jedwabny bieżnik – 35$; jest oferta dla każdego, kto ma talent do targowania się. Ceny są odbiciem zniesienia wiz dla Hiszpanów, Włochów i Niemców, którzy są tu oczekiwanymi klientami (często mijamy zorganizowane grupy emerytów z tych krajów właśnie).

Kolację jemy przy sadzawce w samym sercu miasta w czajchanie Lyab-i Hauz (herbaciarnia to w Uzbekistanie myląca nazwa, można w niej bowiem nie tylko napić się herbaty za grosze, ale także zjeść 2-4 wszechobecne dania). Tu pełen wypas – rosyjskie sałatki z majonezem, kurczaki, steki, lagman, tylko płowu zabrakło. Czekamy na występy o 20, domawiając piwa, lokalne wino, herbaty i bakalie, ale występy odbyły się chyba wewnątrz i po 40 minutach wyfiokowane tancerki pobiegły do kolejnego lokalu, kończy się więc na śpiewie po rosyjsku przy akompaniamencie skrzypiec i bębenków. Ciekawsze występy mamy dookoła, na podestach porozsiadały się na poduchach wokół niskich stoliczków całe rodziny i obserwujemy z ilu szaszłyków składa się typowa, uzbecka kolacja oraz iloma butelkami wódki należy ją popić. Islam w wersji post-sowieckiej 😊.

Drugi dzień w Bucharze zaczynamy od czterowieżowej bramy Chor Minor z okładki przewodnika Lonely Planet i zakupu książęcej tiubietiejki. Pani sprzedawczyni, aby zaakceptować naszą ofertę potrzebuje czasu, który my wykorzystujemy na wejście na górę budowli. Schodzimy i tiubietiejka jest nasza.

Oglądamy też medresy tworzące kompleks Lyab-i Hauz. W jednej jest urocze muzeum, gdzie w dwóch celach można zobaczyć, jak wyglądało życie w medresie. Kawałek dalej Marta zostaje ubrana w wyszywaną kufajkę, a że leży jak ulał, kurteczka za 40$ szybko zmienia właściciela. Będzie wdzianko na taszkencką operę „Poławiacze pereł” (tak wtedy myślimy). Natchnienie zakupowe udziela się też Gosi i Michałowi, którzy nie mogą się oprzeć makatce suzani z granatami (35$) oraz szalom z wielbłądziej wełny w XVI-wiecznej hali targowej Tak-i Zargaron, które przy 3 sztukach schodzą z 32$ do 20$ za sztukę. Po herbatce z bakaliami i kawie z kardamonem w stylowym Tea House zachodzimy do galerii fotografii Shavkata Boltaeva i kontemplujemy stojący za nią kompleks medres Gaukuszon i Chodżdża. Odwiedzamy też bucharską synagogę. Przed wojną Buchara miała największą w Uzbekistanie społeczność żydowską – w tej chwili zostało jedynie ok. 500 osób.

Naszych gospodarzy pytamy, czy znają biuro podróży, które miałoby wycieczki po okolicy, bo mamy jedną niezagospodarowaną noc przed Samarkandą. Ale po co biuro, skoro mają Juszczyka, który nas za 270$ obwiezie po okolicy, zawiezie nad jezioro Aidar-kul, na nocleg do obozu jurtowego z kazachskimi pieśniami i turystycznymi tańcami, a na koniec odstawi do Samarkandy. Wchodzimy w to. W ramach przygotowań do wyjazdu udajemy się taksówką pod miejski bazar i odbywamy tour po rzadko spotykanych sklepach monopolowych.

Kolację jemy w najlepszej knajpie w mieście, w Manzifie, na tarasie z widokiem na kopuły łaźni: płow, kurczak w cytrynie, zupa z frykadelkami i lula kebab (244 500 net + 15% za 4 osoby). Na sziszę, czyli kalian przenosimy się w inne miejsce i czekamy 45 minut na jej rozpalenie (50k), ale kolejny punkt z planu atrakcji zostaje odhaczony.

6-7.05 Aidar-kul

Aidar-kul to długi na 250 kilometrów i szeroki nawet na 15 kilometrów zbiornik wodny, który powstał w miejscu słonego zapadliska z 1969 roku. Wypad nad jezioro jest fajną odmianą pomiędzy zwiedzaniem kolejnych medres, więc decydujemy się na tę opcję.

W drodze do Aidar-kul robimy przystanek w sanktuarium w Nurocie i oglądamy pozostałości fortu Aleksandra Macedońskiego. Nurota jest znanym miejscem pielgrzymek muzułmańskich ze względu na czaszmę (źródło). Kompleks obejmuje źródło i staw z rybami, studnię, meczet Dżuma, mauzoleum, muzeum oraz łaźnię. Droga na górę do ruin obudowana jest straganami ze świecidełkami. Przekonujemy się też, że samotna turystka nie wyjedzie z Uzbekistanu bez zaprosin do uzbeckiej rodziny na obiad. Troska Uzbeków wyrażana jest w licznych pytaniach, dlaczego przewodnika z Tobą nie ma i propozycjach ochrzanienia niesubordynowanego kierowcy, nietowarzyszącego kobiecie.

Tymczasem nasz kierowca, Juszczyk, okazuje się być bardzo rozrywkowym wodzirejem. Co chwila otwiera drzwi i spluwa przez nie przeżutym tytoniem – cud, że przy tej prędkości zawartość jego ust zostaje na zewnątrz. Funduje nam też inne atrakcje w postaci przebiegania przez 4-pasmówkę między gigantycznym zbiornikiem na wodę z XI wieku (Sardoba Malik, chłodzącym wodę dzięki 12-metrowej kopule) a karawanserajem Rabat-i-Malik, czy propozycji kąpieli w jeziorze, nad którym wiatr urywa głowę. Kiedy wybieramy spacer wzdłuż brzegu, okazuje się, że nie musimy wracać, bo samochód rusza w nasze ślady i nie odstępuje nas na krok. Jeszcze ciekawiej robi się w porze lunchu – o 12:30 na stół w przydrożnej knajpie wjeżdżają 2 gigantyczne talerze baraniego tandiru (walory smakowe stanowczo przewyższają te wizualne) i 4 wielkie szaszłyki z mielonego mięsa (extra 280k). Ten obfity posiłek sprawia, że nasz kierowca wieczorem ma siłę na niekończące się tańce przy ognisku przy akompaniamencie kazachskiego grajka Jumy.

Nad Aidar-kul doświadczamy mocy rozwijającego się szybko przemysłu turystycznego. Jurty na wypasie (ze wstawionymi drewnianymi łóżkami), toalety z kanalizacją, miła odmiana od warunków zastanych w restauracji i na stacji benzynowej, które Gosia skomentowała krótkim: „no cóż, wyjechaliśmy z miasta”. Tu też nie jest jednak tak różowo – wycieczka niemieckich emerytów zużyła cały papier toaletowy i nad ranem z latryny skorzystać już się nie dało. Ku rozczarowaniu naszego kierowcy nie przejechaliśmy się na wielbłądach, ale po 60 Niemcach zwierzęta naprawdę miały dość i nie mieliśmy sumienia.

Noc w jurtach mega zimna, więc rankiem tylko Krzysztof decyduje się na kontrolę jakości pryszniców i dalej w drogę. A droga nawet ciekawa: stada owiec, kóz i krów, góry na horyzoncie, wioski pośród sadów i pól. Po 3,5-godzinnej jeździe z walizką między nogami docieramy do Samarkandy około 13.

7-11.05 Samarkanda

Nasz hotel Emir okazuje się być w remoncie. Pokoje z ładną częścią wspólną wyłożoną licznymi dywanikami nie mają okien na zewnątrz, ale po krótkich negocjacjach kwaterujemy się tak, że każdemu pasuje.

Znajdujemy bank, w którym nie wymieniają kasy. W innym zaopatrujemy się w miliony sumów i na azymut, czyli na turkusowe kopuły i minarety kierujemy się do największej atrakcji Samarkandy – Registanu. Wchodzimy od dupy strony i od razu zostajemy shaltowani przez uprzejmego pana policjanta, który z oficjalną miną wyjaśnia nam, że bilety w kasie są po 30k, a u niego po 20k. Nie dodaje, że te w kasie są całodniowe (wielokrotnego wstępu), a on nie potwierdza wpłaty żadnym formalnym kwitem. Odmawiamy skorzystania z jego usług – billboard widziany w banku o tym, co grozi za korupcję zrobił swoje i zasilamy budżet państwa. Już ze środka obserwujemy czwórkę Polaków, którzy dają się namówić na tańszą opcję. Registan jest absolutnie wart każdej ceny. Kompleks obejmuje 3 medresy: astronoma Uług Bega z XV wieku, z mozaiką na froncie przedstawiającą niebo i gwiazdy (ponoć kurs matematyki prowadził tu sam Uług Beg), Sher Dor (czyli Lwią) z bramą z nietypowymi dla islamu zdobieniami w formie lwów (wyglądających jak tygrysy, mimo że Islam zakazuje portretowania żywych stworzeń) oraz Tilla Kari, czyli ‘pokrytą złotem’ z meczetem, którego płaski sufit jest zdobiony płatkami złota, tak, że tworzy się efekt kopuły. Na dziedzińcach standardowo handel suwenirami i pięknymi suzani. Za niewielką dopłatą można wspiąć się na jeden z minaretów i spojrzeć na kompleks przez uchylany na jego szczycie lufcik. Strażnik informuje, że przegląda zdjęcia i jeśli ktoś wychyli się bardziej niż do pasa, zdjęcia będą usuwane.

Z tarasu widokowego można podziwiać Registan w zachodzącym słońcu, a po zmroku jeszcze przez jakiś czas pięknie podświetlony. O 21:30 światła gwałtownie gasną i życie przenosi się do pobliskiego parku, pod dość świeżą atrakcję – posąg ojca narodu, Karimova. Uzbecy równie chętnie cykają sobie selfies z Registanem i Karimovem, co z ukrycia z nami. Skwapliwie korzystają z najmniejszej zachęty i do zdjęć z inostrańcami ustawiają całe rodziny.

Pierwszego wieczora mamy problem z namierzeniem restauracji. W Cafe Labig’or vis-à-vis Registanu został tylko kurczak i płow, więc szukamy dalej, korzystając z GPSa (nie bez powodu uzbeccy taryfiarze na turystów mówią ajfony). Namierzamy w końcu knajpę, w ostatniej chwili przed omdleniem co poniektórych z głodu i spożywamy kolację jako jedyni goście… dyskoteki. Kelner włącza nam instalację stroboskopową i muzę – hity disco z lat 80-tych i zamawiamy dania z dość obszernego menu ze zdjęciami. Dostajemy pierwsze świeże bakłażany, choć to nie sezon i na zachodzie kraju dostępne były tylko suszone. Rosołek, ryba i medalion wołowy w pieczarkach znośne. Wtopą okazuje się tabaka, wg karty potrawka z kury w warzywach, a na stole lądują suche kawałki kurczaka z grilla. Kelner po desperackiej próbie przekonania nas, żebyśmy je zabrali na później do hotelu, poddaje się i przyjmuje ‘odkaz’.

Kolejnego dnia, w związku z brakiem internetu w hotelu, w pobliskiej Cafe Magister z wifi dokonujemy rearanżacji bookingów i skracamy pobyt w stolicy o jedną noc na rzecz Samarkandy. Kupujemy też bilety na pociąg na 15:02 (konieczne są do tej operacji paszporty). Niestety nie łapiemy się na Afrosiab (2,5 godz.) i czeka nas 3,5-godzinna podróż. Za to cena 11.05 jest 100k niższa niż 10.05, bo są dostępne miejsca w klasie innej niż delux i wynosi 78k.

Bierzemy taxi za 12k i jedziemy do obserwatorium Uług Bega (22k pp). Oglądamy siedzącego chana-astronoma, część jego sekstansu, podziwiamy opisy dokonań. Obserwatorium, okrągły budynek o średnicy 46 m i wysokości 30 m, zostało odkopane w 1908 przez rosyjskich archeologów. Oś północ-południe budynku zajmował olbrzymi sekstans, umieszczony w otworze wyrytym w skale, składający się z dwóch równoległych łuków (zachowana część mierzy 63 m). Wikipedia wyjaśnia, jak działało urządzenie: „promień światła obserwowanej planety przechodząc przez dwa maleńkie otwory padał na dwa łuki sekstansu, na których oznaczone były stopnie, minuty i sekundy. Na skali sekstansu 70 cm odpowiadało jednemu stopniowi łuku, tak że pozycja słońca mogła być odczytywana z dokładnością do pięciu sekund”. Uług Beg zmierzył m.in. szerokość geograficzną Samarkandy jako 39° 37’33” N (współcześnie 39° 40′); długość roku jako 365 dni, 6 godzin, 10 minut i 8 sekund (minutę dłużej niż przyjmuje się obecnie) oraz skatalogował ruchy 1018 gwiazd z dokładnością, którą prześcignęły dopiero obliczenia komputerowe.

Spacerkiem docieramy do miejsca spoczynku proroka Daniela i świętego źródełka, przy którym ktoś wdzięcznie sprzedaje pielgrzymom plastikowe kanistry i butelki z odzysku. Legenda mówi, że prorokowi rośnie noga, w związku z czym parę razy już wydłużano jego sarkofag. Jeśli przekroczy 18 m (długość ostatniej modyfikacji), nastąpi koniec świata.

Kolejny punkt programu to ruiny fortu Afrosiab, czyli starożytnej i średniowiecznej Samarkandy, centrum kultury Sogdian, zniszczonej i porzuconej po najeździe Mongołów oraz muzeum z malowidłami przeniesionymi ze starego ‘goradiszcza’. Tam mała aferka z paniami biletowymi, które najpierw nie chciały wydać nam wydruku biletu, a potem chciały skasować dodatkowo za puszczenie fajnego wideo wyjaśniającego historie przedstawione na muralach. W muzeum sami czujemy się jak eksponaty, kiedy pojawiają się wycieczki szkolne i cała uwaga skupia się na nas (‘odkuda wy?, are you tourists?’, etc.).

Z Afrosiabu, idąc na azymut wzdłuż cmentarza i mijając posągi karawany, wpadamy na zasieki, bramki bezpieczeństwa, tłumy i świeżutki, prosto spod igły, meczet. To mauzoleum Karimova. Ex prezydent jako samarkandczyk pochowany został w swoim rodzinnym mieście i Uzbecy pielgrzymują do niego niczym do proroka.

Przebiwszy się przez tłumy fanów Karimova, robimy sobie krótką przerwę na bazarze Siyob, połączonym z mauzoleum zamykaną na noc kładką. Zaraz na początku wciąga nas do swojego baru na szurpę zażywna właścicielka. Posileni, orientujemy się w ofercie bazarowej. Przebieramy w bieżnikach na stół z tradycyjnym wzorem (po 30k za metr), zakupujemy 2 pomarańczowe cytryny za 16k i wymagamy na Krzysztofie poranne zakupy śniadaniowe o wschodzie słońca – pragniemy czereśni wielkości pięści i warzyw, produktu deficytowego w hotelach i knajpach, a łatwo dostępnego na targach.

Pora na strawę duchową, czyli dwie największe atrakcje Samarkandy poza Registanem – Meczet Bibi Chanum i mauzoleum Shah-i-Zinda. Oba miejsca magiczne: meczet w XV wieku był jedną z największych i najwspanialszych budowli w świecie islamskim. W XX wieku Sowieci przywrócili ruinom dawny czar i choć ortodoksi narzekają na wolną interpretację renowacji, laika rozmach i przepych budowli nieodmiennie zachwycają. Według legendy meczet zbudowała ukochana żona Timura, Bibi-Chanum, aby uczcić jego powrót z podboju Indii. Architekt kierujący pracami miał nieszczęście szaleńczo się w niej zakochać, w wyniku czego jak mógł, tak opóźniał prace, by dłużej przebywać w towarzystwie ukochanej. Bibi-Chanum opóźnienia nie przypadły do gustu, delikatnie mówiąc, chciała bowiem, aby prace dobiegły końca przed powrotem Timura. Niechętnie przystała na warunek przyspieszenia prac postawiony przez architekta – jeden pocałunek. Pocałunek pozostawił znak na jej delikatnym policzku, co nie umknęło uwadze Timura i prawdopodobnie skończyło się fatalnie dla architekta. Co do losu żony to, wg jednej z wersji legendy, Timur nakazał, by od tego momentu kobiety okrywały twarz welonem.

Nekropolia Shah-i-Zinda, nazwana ku czci żywego króla, znajduje się niedaleko od meczetu i obejmuje 11 grobowców (XIV-V wiek), m.in. sióstr Timura i innych członków królewskich rodzin. Niebieskie i turkusowe mozaiki na ścianach mauzoleów pięknie mienią się w zachodzącym słońcu, kiedy mijamy je, przechadzając się wzdłuż wąskiej, średniowiecznej alejki. Początek nekropolii dał ponoć grób kuzyna Proroka Mohameta – Kusama ibn Abbasa, który przyjechał do Samarkandy w 640 roku, aby głosić islam i został pozbawiony głowy przez czcicieli ognia podczas modlitwy. Według legendy nie umarł jednak, lecz trzymając odciętą głowę w rękach, schował się w studni, gdzie żyje do dziś.

Łapiemy już orientację w mieście. Okazuje się, że wszystko jest w zasadzie blisko, a przy ulicy kiedyś Toshkent, teraz Karimova są knajpy i bogata oferta suwenirowa. Obok meczetu jemy kolację za ok. 100k na parę, wzbogacając swój jadłospis m.in. o zupę szi (szczawiowa), surówkę z młodej kapusty i ogórka oraz ciecierzycę z obowiązkowym, oczywiście, kawałkiem baraniego tłuszczu, którym Gosia częstuje kręcącego się w pobliżu szczeniaka.

9. maja Uzbecy mają wolne i obchodzą Dzień Pamięci i Szacunku (lokalny odpowiednik Dnia Zwycięstwa). Nie ma spodziewanej przez nas parady wojskowej, ale organizowany jest ogromny festyn: orkiestra dęta gra „Rozkwitały jabłonie i grusze”, żołnierki tańczą, dzieci wspinają się na wystawione pojazdy opancerzone, rodzice pstrykają im fotki z żołnierzami, na drzewie umościł się na stanowisku snajper, wnuczki towarzyszą dziadkom dumnie prezentującym ordery na piersiach, inni paradują ze zdjęciami walczących przodków, wodzirej w białym garniturze w dwóch językach zapowiada kolejne występy artystyczne, a między tłumami biegają sprzedawcy waty cukrowej w foliowych torebkach. Można też się pofotografować ze starymi samochodami, na czele z Czajką. Nawet wielki pomnik siedzącego na tronie Timura na sąsiednim rondzie został z okazji święta porządnie wypucowany!

Pogapiwszy się na to, jak przeszłość przeplata się z współczesnością, opuszczamy festyn i postanawiamy odnaleźć starą Samarkandę, nie tę odremontowaną, lukrowaną i odgrodzoną od pozostałych zabudowań białym płotem, a tę prawdziwą, z piekarenkami, mieszkańcami naprawiającymi auta i zrywającymi morwy na marmoladę, ganiającymi się na rowerkach ciekawskimi dziećmi, małymi, zniszczonymi meczetami (np. Koroboy Oksokol) i starą synagogą Gumbaz, kryjącą w szafach polskie książki, które dotarły tu podczas wojny wraz z polskimi żydami (w Samarkandzie z 350k żydów pozostało 250). Do starego miasta prowadzą drzwi w ścianie (niedaleko punktu informacji turystycznej). Warto zagłębić się w wąskie uliczki, których istnienie włodarze miasta próbują przed zwiedzającymi ukryć. To właśnie po tej drugiej stronie muru zatrzymał się czas i można tu odnaleźć echa miasta Jedwabnego Szlaku.

Jako że mamy dzień ekumeniczny, jedziemy taksówką pod Sobór św. Aleksego, następnie udajemy się do kościoła katolickiego św. Jana Chrzciciela i Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Potem przechadzamy się po starej części rosyjskiej miasta, mijamy pomnik Matki Płaczącej z płonącym ogniem, pod którym składa kwiaty i robi sobie zdjęcia grupa wystrojonych jak na wesele nastolatków. Kończymy dzień w restauracji Platan (rosół – lapsza, chalup – jogurt z ogórkiem i koperkiem, okroszka – chłodnik ogórkowy z kawałkami mięsa i jajka, soljanka, dolma, pielmieni, manty, kebab w warzywach, deser czekoladowy). Restauracja, ponoć najlepsza w Samarkandzie, ma bardzo ciekawy wystrój, składa się z osobnych pomieszczeń, które można zarezerwować na rodzinne lub służbowe okazje.

10.05 Shahrisabz

Do miejsca urodzenia Emira Timura wiezie nas znajomy szefa naszego hotelu po ustaleniu ceny (30$) i komplemencie, że targujemy się, jak Uzbecy. Nasz kierowca to człowiek światowy, władający językami, mający poczucie humoru i nieustającą potrzebę popisania się. Na dzień dobry otwiera drzwi rozpadającej się Łady, informując nas, żebyśmy szybko wsiadali, póki wnętrze się jeszcze nie nagrzało w słońcu. Interesuje go też wszystko: od cen czereśni i gazu w Polsce po nasz stan rodzinny. Po snuciu się ledwo 50-tką przez teren miejski, w górach wstępuje w niego duch rajdowca i mkniemy między baranami przez przełęcz (widoki jak w Gruzji w drodze do Kazbegi), nieomalże przejeżdżając osły spacerujące po jezdni. Zatrzymujemy się na przełęczy okupowanej przez babcie sprzedające orzechy, bakalie, kisz misz (suszone rodzynki), kurut i lepioszki.

Samo Shahrizabz to turystyczne miasto-widmo. Park z pozostałościami Białego Pałacu Timura Dar as-Sijawat (inaczej Ak Saraj, XIV w. z napisem „Jeśli wątpisz w naszą potęgę, spójrz na nasze budowle!”), dwoma mauzoleami, w tym grobowcem najstarszego i ulubionego syna Timura (XIV w., XV w.) i meczetem Kok Gumbaz zbudowanym przez Uług Bega (XV w.), ruinami portalu pałacowego i nieczynnym bazarem (XVII w.), niewielkim Muzeum Timurydów (z licznymi obrazami oraz m.in. konikiem na patyku i łukiem, którymi wódz bawił się w dzieciństwie) oraz obowiązkowym wielkim pomnikiem Timura (dla odmiany stojącego) odgradzają od reszty miasta dwa równiutkie rzędy pięknych budynków, mających mieścić hotele, restauracje i sklepy z suwenirami. Rząd tworzy turystyczny timurowski Disneyland bez miejsca na prawdziwe życie. Tymczasem mimo naliczonych 6 szyldów hotelowych, na Booking.com nie da się zarezerwować noclegu w Shahrisabz. Nawet jeśli cała infrastruktura jest nastawiona na grupy, a nie turystów indywidualnych, w tej chwili całość sprawia wrażenie wielkiej pralni pieniędzy. Nie zawodzą tylko lokalne hafciarki, u których nabywamy nietypowe, białe suzani (nada się na odświętny obrus).

Na koniec wycieczki kierowca, doliczając 3$, wiezie nas do restauracji Karimbek (https://www.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g298068-d1128268-Reviews-Karimbek-Samarkand_Samarqand_Province.html) na manty. Rewelacja. I jedynie 3,3k za sztukę. Kończymy wieczór herbatką i piwkiem w lokalnej knajpie na tyłach ul. Registańskiej. To był nasz najgorętszy dzień w Uzbekistanie – temperatura przekroczyła 40 stopni.

11.05 Samarkanda

Ostatniego przedpołudnia w Samarkandzie kontynuujemy wątek timurowski i odwiedzamy mauzoleum Timura – Gur-e-Amir, rzut beretem od naszego hotelu (22k pp). Akurat, niestety, przywieźli wycieczki, więc w sali z grobowcami, wyjątkowo pięknie zdobionej, trudno się przedrzeć przez tłum, żeby rzucić okiem na sarkofagi- atrapy (ponoć prawdziwe groby znajdują się w piwnicy). Zachodzimy też do mauzoleum Ak-Saraj z XV wieku i do mauzoleum Ruchabad z połowy XIV wieku (kupujemy tu dwa suzani i słyszymy komplement „Ja dumała, szto wy w Taszkentie rabotajecie, ja wam za bezcen pradała”). Jeszcze raz wpadamy na bazar, aby uzupełnić zapas bakalii, orzechów i solonych pestek moreli i nabyć obłędnie pachnący kumin. Pożegnalny, samarkandzki płow (serwowany do 14) jemy w znanej nam już restauracji przy meczecie Bibi Chanum.

11-12.05 Taszkent

Na dworzec kolejowy, duży i zadbany, docieramy 45 minut wcześniej, bo bardzo się przejęliśmy uwagą na bilecie, że odprawa paszportowa kończy się pół godziny przed odjazdem pociągu. Uwaga była na wyrost, bo owszem, sprawdzają dokumenty i bilety na dwóch bramkach i trzeba prześwietlić bagaż, ale ludzi jest mało i dalej nic się już nie dzieje, a peron ogłaszają dopiero 10 min przed odjazdem.

Uzbeckie koleje Państwowe wiozą nas do Taszkentu (3,5 godz.) w 6-osobowym wagonie bez klimy, ale z limonowym czajem, dzięki panu konduktorowi. W telewizorze lecą uzbeckie przeboje oraz film o losach sierot podczas wojny ojczyźnianej. Na dworcu w stolicy wymijamy taksówkarzy i na ulicy łapiemy lokalny Uber. Samo zatrzymanie się przy jezdni wystarczy, aby kierowcy zaczęli oferować swoje usługi. Jak pasuje im kierunek, zabierają dowolną liczbę pasażerów za z góry uzgodnioną kwotę. 10 minutowa przejażdżka (6-7 km) kosztowała 4 osoby około dolara, a z bagażami 2$.

Na kolację wybieramy restaurację Caravan, znajdującą się tuż przy naszym pierwszym hotelu Grand Orzu. Jest to miejsce turystyczne, ale klimatyczne, z paroma salkami ozdobionymi suzani i innymi lokalnymi gadżetami. Jemy fajne manty z dynią i pierogi z jajkiem oraz zupy lagman i mastawa. Niewypałem okazuje się akcent europejski, czyli zupa-krem szpinakowa.

Ostatniego dnia odwiedzamy bazar Chorsu, dokąd ze względu na deszcz zabieramy się za grosze ‘taxi’. Całe górne piętro okrągłego, głównego budynku zajmują sprzedawcy orzechów, pestek, przypraw i suszonych owoców. Z galerii można podglądać rozbieranie koni i baranów na parterze, a także nieustający handel warzywami, twarogami i lepioszkami. Badamy kolejne zakamarki bazaru, mamy bowiem zadanie specjalne – zakup za max. 10$ spodni dla Krzysztofa do opery, bo dysponuje tylko szortami i dresami. Gosia z Michałem kupują na stoisku gospodarstwa domowego dzbanek i czaszki w wersji wszechobecnej i 4-krotnie tańszej niż opcje turystyczne.

Z bazaru spacerujemy w stronę cyrku do średniowiecznej medresy Kukeldasz i meczetu Dżuma (zwanego też Piątkowym). Dalej taxi (zakupione tony orzechów nieco nam ciążą) przemieszczamy się do kompleksu Hast Imam (Khast Imam), który każdy taszkencki uberowiec polecał nam jako must see. Hast Imam obejmuje spory plac z meczetami, medresami, instytutem islamskim oraz mauzoleami islamskich przywódców i uczonych. XVI-wieczne budowle uległy uszkodzeniom podczas trzęsienia ziemi w 1966 roku i zostały wyremontowane dopiero w 2007 roku. Uwagę przyciągają trzy stare budynki – meczet szejka Tilla, medresa Muji Mubaraka, medresa Barak Chana (XV/XVI wiek). Tu oglądamy najstarszy Koran świata – spisany na skórze jeleniej, splamiony krwią ponoć samego kalifa Usmana, który zginął podczas lektury (jak na tak cenny obiekt dość słabo pilnowany). Na dziedzińcu kibicujemy spóźnialskim, biegnącym do nowego meczetu Hazrat Imam na modlitwę. Ten gigantyczny meczet zbudowano ponoć na rozkaz Karimova w zaledwie 4 miesiące w 2007 roku. Od czasów Karimova sporo się zmieniło, wierni są wzywani na modlitwę z głośników, które do 2017 roku milczały.

Lunch decydujemy się zjeść vis-à-vis kompleksu, co okaże się błędem, jako że 3 z 4 osób doznają po szurpie i somsach poważnej kontuzji żołądka, która zepsuje nam powrót i śródlądowanie w Stambule. Tymczasem cieszy nas spożycie wypas obiadu za 5$ za parę.

Taxi zabiera nas do Art. Hotelu, gdzie szykujemy się na operę „Poławiacze Pereł”. Podjeżdżamy z fasonem pod Operę i Teatr Baletowy im. Aliszera Nawoi, a tam ani żywego ducha na 20 minut przed rozpoczęciem. Niezrażeni, ruszamy ku drzwiom i ups – „opiery niet, odmienilos, artisty uże ujechali, po diengi nada w kassu”. A co my zrobimy ostatniego wieczora z takim nieoczekiwanym zastrzykiem sumów? Gosia ze łzami w oczach błaga strażnika o wpuszczenie nas na chwilę do środka, tłumacząc, że zwrot ‘dienieg’ to nie wsio, że my z daleka i przynajmniej budynek opery, jak już nie samą operę, chcieliśmy zobaczyć. Pan jest nieugięty – można na jutrzejszym spektaklu albo podczas jutrzejszej wycieczki, dziś wpuszczać ‘zakazali’. No cóż – innym razem. Wystrojeni przechadzamy się pod muzeum Timurydów i pomnikiem Timura, przy którym obserwujemy weekendowe obyczaje elitarnej uzbeckiej młodzieży – randki, selfies, kawa, lody, swoboda ubiorów.

Łapiemy taxi z prośbą o podwózkę do Czajchany Szafran, ale okazuje się, że herbaciarni pod wskazanym w Lonely Planet adresem nie ma (nieszczęścia zawsze chodzą parami). Zmieniamy destynację i lądujemy w polecanej przez ten sam przewodnik knajpie Jumanji – głośna muza na żywo i nakopcone. Marta z Krzyśkiem opuszczają lokal po dwóch minutach, bo dają o sobie znać komplikacje polunchowe (to już hat-trick – nie fair). Gosia z Michałem próbują jeszcze szczęścia z bardziej folkową Manas Art Cafe – kolejna wtopa, bo zmieniła się w lokal z dyskoteką.

Obsługa na recepcji zmienia się z taką częstotliwością, że nikt nie zauważa, jak jeden pokój opuszczają 4, a nie 2 osoby. 10 minut, 15k sumów i jesteśmy na lotnisku.

Stambuł

W Stambule, ze względu na różny stan samopoczucia i znajomości miasta, decydujemy się na zajęcia w podgrupach. Free city tour ze śniadaniem i lunchem w restauracji Tamara, wejściem do Aya Sofia i ogrodu Błękitnego Meczetu (w środku remont i wstęp niemożliwy), niemiecka fontanna i 3 obeliski na hipodromie oraz mini bazar wypełniają Marcie i Krzysztofowi czas od 9:30 do 15 dzięki uprzejmości Turkish Airlines. W porównaniu z Uzbekistanem przerażają nas tłumy turystów, wydaje się, że nie da się już szpilki wsadzić. Kolejka po bilety do Aya Sofia na 2 godziny stania, szczęśliwie wycieczki sponsorowane przez narodowego przewoźnika wchodzą bez czekania. Teraz doceniamy fakt, że we wspaniałych miastach Jedwabnego Szlaku wystarczało poczekać 2 minuty, aby mieć w miarę czysty kadr 😊. Gosia z Michałem, bardziej zaznajomieni ze Stambułem, wykorzystują czas na poszwendanie się, wypicie kawy parzonej w tygielku w gorącym piasku, degustację soków z granatów i pomarańczy i corby soczewicowej, nabycie słonego sera na Spice Baazar oraz zakupy odzieżowe w Mavi.

  • potrzebne jest zaproszenie, aby uzyskać wizę do Uzbekistanu (od 2018 już nie)
  • trzeba przygotować spis gotówki, gadżetów elektronicznych i lekarstw do deklaracji
  • walutę opłaca się wymieniać tylko na czarnym rynku
  • każdą cenę da się znegocjować
  • warto przygotować się mentalnie na jedzenie wyłącznie płowu i baraniny
  • jest problem z dostępem do internetu (większość B&B ma wi-fi).
  • uzbeckie kobiety są wycofane i nieśmiałe
  • Trzeba natomiast zbierać meldunki w hotelach – jedna osoba z naszej czwórki została o nie zapytana podczas kontroli paszportowej na lotnisku, a w hotelu w Taszkiencie chcieli zobaczyć ‘registrację’ z poprzedniej nocy. Ta niedogodność też się niedługo zmieni, bo wprowadzana jest już powoli opcja elektroniczna.
  • 3 lotniska w Taszkiencie
  • Brak bakłażanów, granatów i arbuzów
  • Żółta marchew i pomarańczowa cytryna
  • 15-20%-owe dopłaty za ‘obsłużiwanie’ w restauracjach
  • Kafelki mocowane w medresach na gwoździe i numerowane, żeby nie pomylić wzoru
  • Kwitnąca seks turystyka dla Hindusów w Taszkencie
  • Podtrzymywana tradycja małżeństwa, jako rodzinnego interesu; wg Uzbeków miłość przychodzi po pierwszym dziecku, a do wyprowadzki młodych rządzą rodzice, młodzi (nawet Ci obdarzeni już potomstwem) nie mają nic do gadania
  • Złote licówki wszędzie
  • Morwy zbierane przez walenie drągiem w drzewo, podczas gdy owocowa miazga wpada do podstawionego prześcieradła
  • Powszechna wiedza gdzie leży Polska (każdy zna kogoś, kto tam kiedyś stacjonował) i znajomość serialu „Czterej pancerni i pies”
  • Białe Chevrolety, stanowiące 90% samochodów, ponieważ na inne marki obowiązuje 100%-owe cło. Spadek po poprzednim prezydencie, który tak się dogadał z Daewoo. Kiedy Chevrolet odkupił ich fabrykę, umowa została. Każdy uzbecki właściciel mercedesa, zapłacił za niego podwójnie.

Nasza ocena podróży (w punktach/100)

Jedzenie

Transport

Kwatery

Ludzie

NAPISZ DO NAS

Jeśli masz pytania dotyczące podróży to z przyjemnością na nie odpowiemy