ERYWAŃ 2019

RÓŻOWY TUF, KONIAK I CHACZATURIAN

W marcu jak w garncu – w Armenii niestety się to sprawdziło… Chwilowe załamanie pogody zafundowało nam w Erywaniu 3 dni deszczu, mżawki, śniegu i chmur. Można było pożegnać się z myślą o zobaczeniu Araratu czy wypadzie do górskich kościółków… Ale w końcu będziemy w mieście, więc jakoś to będzie! Poza tym chyba po prostu lubimy być tam, gdzie nas nie było, a nie było nas w Armenii. I taki kierunek wyłuskaliśmy spośród propozycji promocyjnych na 90-lecie LOT-u.

STOLICA Z RÓŻOWEGO TUFU

Armenia to jedno z najstarszych państw świata – starożytne królestwo Urartu w IX wieku p.n.e. było jedną z potęg Bliskiego Wschodu. Armenia to także pierwszy chrześcijański kraj na świecie – już w 301 roku n.e. król Tirydates III, nawrócony przez Grzegorza Oświeciciela, ogłosił chrześcijaństwo religią narodową. Można więc oczekiwać zawrotu głowy od ilości zabytków.

Ale Erywań to zupełnie inna bajka. To młoda stolica, pełni tę funkcję dopiero od lat 20-tych XX wieku, choć samo miasto, położone na skrzyżowaniu szlaków karawan, funkcjonowało pod tą nazwą już w VII wieku. Rozwinęło się znacznie w XIX wieku – powstały instytucje kulturalne, rezydencje i pierwsza reprezentacyjna aleja stolicy – ulica Abowiana. W 1920 roku Erywań stał się stolicą jednej z republik ZSRR , a Sowieci rozpoczęli realizację własnej wizji „nowego” 200-tysięcznego miasta. Zdemolowano wiele pomników przeszłości – m.in. perskie łaźnie i meczety (z 10 ostał się jeden), a także najstarszą chrześcijańską świątynię – cerkiew św.św. Piotra i Pawła (i stawiając na jej miejscu kino „Moskwa”). Na szczęście na „ojca” nowego układu miasta wybrano zdolnego architekta Aleksandra Tamaniana, który zaprojektował szerokie aleje obsadzone drzewami, parki, obwodnicę okalającą centrum, budynek opery oraz reprezentacyjny, owalny Plac Republiki, otoczony monumentalną zabudową w stylu neoklasycznym. W Erywaniu jednak nawet monumentalizm socjalistyczny ma swój urok, a to za sprawą różowawego wulkanicznego tufu, elastycznego i łatwego do obróbki materiału, z którego pobudowana jest większość budynków. Składają się z dużych kostek w różnych odcieniach – różowych, ale i pomarańczowych, rudych, a nawet czarnych – na zdjęciach niekiedy wygląda to jak konkretna pikseloza… Dzięki tufowi jednak armeńskie ulice są niepowtarzalne i zgrane stylistycznie. Domy są podobnej wysokości, siatka ulic przejrzysta, centrum jest akurat „w zasięgu buta” – spaceruje się tu sympatycznie i robi bardzo dobre wrażenie.

Poza centrum Erywań to już znajoma mieszanina azjatyckiego bałaganu i socjalistycznych blokowisk; co chwilę też trafia się na jakieś budowy. W poszukiwaniu czegoś bardziej „starego” wspinamy się do poplątanych, wąskich uliczek dzielnicy Kond ostałej jeszcze z XVII wieku – jedynej części, którą można nazwać starym miastem. Nic tam nie przebudowano, ale też niestety nic nie remontowano… Kamienne i drewniane domy, które pewnie można uznać za zabytki, to w dużej części już ruiny, połatane blachą falistą i folią. Tli się tu jeszcze życie, widać starsze osoby, a między ruderami z wybitymi oknami trafiamy na sklepiki. Ze zdziwieniem i pewną nieufnością witają nas wałęsające się tu lokalne psy. Wygląda jednak na to, że to mogą być ostatnie chwile tego dystryktu – w samym jego środku budują już jakiś gigantyczny nowoczesny wieżowiec… 

SPACEROWO

Jako że deszczowo-chmurna pogoda zniechęca skutecznie do wspinania się na okoliczne wzgórza w celu podziwiania pomników, spacerowania dolinami i odpoczywania w parkach, pozostaje nam chłonięcie klimatu uliczek w centrum. Widać, że Erywań ma aspiracje być miastem w stylu europejskim – w zadbanych kamienicach w centrum pełno jest kawiarni, restauracji, sklepów (także zachodnich marek), usług kosmetycznych, punktów sieci komórkowych, banków. Najbardziej „nowoczesna” jest tzw. Północna Aleja odchodząca skosem od Opery, z połyskującymi świeżością budynkami, pełna młodzieży, ale jakoś trąci sztucznością. Miło jest za to na ulicy Abowiana, pełnej życia i będącej architektonicznym misz-maszem – można porozglądać się w poszukiwaniu kamienic z XIX wieku, ale też pograć w plenerowe szachy pod kinem „Moskwa”.

Klimatu „staroci” można też zasmakować na „pchlim targu” na bazarze Wernisaż, ale można stamtąd wyjść bogatszym o zestaw rożnów do szaszłyków, fartuchy kuchenne, dżezwy do kawy, obudowy do smartfonów, przedmioty rzeźbione w drewnie czy torebki/saszetki/kapce z materiałów w tradycyjne wzory (mała torebka 2500 AMD). Drugim wartym odwiedzenia targiem jest kryty bazar Pak Szuka na ulicy Masztoca (twórcy ormiańskiego alfabetu). Wprawdzie w środku na większości powierzchni zrobiono supermarket, ale sama hala, z lat 40-tych, wygląda bardzo ciekawie. Można tu nabyć np. tradycyjne „korale” z orzechów włoskich zatopionych w syropie, zwane sudżukiem, czy przepyszne przetwory owoce (m.in. z morwy, białek czereśni, orzechów czy moreli będących narodowym owocem) i lokalne herbaty.

Vis a vis bazaru znajduje się Błękitny Meczet – jedyny pozostały perski meczet  z XVIII wieku. Robią wrażenia obłożone mozaiką bramy, piękny minaret i zdobiona turkusowa kopuła. (deja vu z Uzbekistanu). W środku trafiamy nadgorliwego „opiekuna” meczetu, z zawodu dentystę, który prezentuje nam prostokątne „kamyki” z gliny, zwane Turbah, na których szyici opierają czoło podczas modlitwy, w przeciwieństwie do sunnitów, dotykających nim bezpośrednio dywanu.

Pod słynne Kaskady, będące ulubionym miejscem spotkań młodych ludzi, docieramy dopiero tuż przed zmierzchem. I dobrze, bo i tak o głównej atrakcji, czyli widoku Araratu ze szczytu, możemy zapomnieć. Ambitna inwestycja, zaczęta za komuny, zakładała urządzenie wspaniałego ogrodu wzdłuż majestatycznych schodów, gdzie środkiem, licznymi fontannami, spływałaby na dół woda.  Jak to bywa – inwestycji nie udało się dokończyć. Szczęśliwe zrobiono też schody ruchome wewnątrz Kaskad gdzie powstaje muzeum sztuki współczesnej. Na górze schody dochodzą jednak do wielkiej dziury w ziemi, osłoniętej siatką… Ale trzeba przyznać, że widok na miasto jest imponujący. Przerzedzone krzaczki wzdłuż schodów w marcu wyglądają jednak smętnie, więc z ulgą witamy zmrok. Podświetlenie  wydobywa rzeźby na poszczególnych poziomach Kaskad i płaskorzeźby (suchych) fontann. To jeden z bardziej magicznych wieczornych widoków Erywania!

Wieczór służy też Placowi Republiki. Wprawdzie różowy tuf i w dzień wygląda ładnie, ale jako że okoliczne budynki to ministerstwa/muzea/banki/hotele, a środkiem placu jadą samochody, w dzień trudno tam o klimat. Wieczorem zaś rozpoczyna się pokaz fontann. Nic już w zasadzie niezwykłego, niejedno miasto ma taką atrakcję, ale tu stanie w tłumie Erywańczyków przy dźwiękach „Jeziora Łabędziego” ma nieodparty urok. Czyż nie tak nazywa się w końcu stawik pod budynkiem tutejszej Opery?

TEATRALNIE

Już od dłuższego czasu chodziło nam po głowie obejrzenie baletu w krajach byłego ZSRR, jako że sztuka ta stoi tam na wysokim poziomie artystycznym, w przeciwieństwie do cenowego. Kiedy na stronie z repertuarem Opery erywańskiej zapowiedziano balet „Spartakus” Chaczaturiana 30 marca – zatarliśmy ręce, że wreszcie. I jeszcze w dodatku balet z muzyką wybitnego ormiańskiego artysty! Trzeba zdobyć bilety, ale łatwo nie będzie… Jako, że rezerwacji on-line nie ma, a mail wysłany w 2 językach pozostaje bez odpowiedzi, nie ma wyjścia – trzeba dzwonić i wystawić na próbę zaśniedziały rosyjski. 1 marca słyszymy, że biletów jeszcze nie ma, proszę dzwonić w przyszłym tygodniu. Hmm… 6 dni później kolejne zaskoczenie – pani mówi że jest zmiana. „Spartaka” nie budziet, budziet „Maskarad”. Eto toże baliet, toże Chaczaturian”. OK, grunt, że balet – zamawiamy na bogato 2 bilety w pierwszej strefie po 10.000 AMD czyli po 80 zł, jest już połowa sukcesu. Na miejscu też idzie gładko – wykupujemy bilety w z trudem znalezionej kasie (budka poza budynkiem teatru). Kolejnego dnia dopada nas lekki niepokój – na odwrocie całkowicie po ormiańsku zapisanego biletu widnieje pieczątka z datą 23 marca. Tydzień wcześniej, kiedy też „Maskaradę” grali… Zestresowani wizją niewpuszczenia nas do teatru przez pomyłkę kasjerki, wchodzimy jednak gładko – bileterce nie przyszło do głowy sprawdzać rewers… Uff, siedzimy na miejscach, jest 19-ta. I wtedy na scenę, przed kurtynę, wchodzi dyrygent, a zanim jakaś setka osób „w cywilu”… Dyrygent przemawia po ormiańsku, ludzie klaszczą, a nam udaje się zrozumieć tylko słowo „protest”. Starszy mężczyzna w głównej loży, na którego kierują się światła z kamer, dostaje standing ovation. O co chodzi? Czy nie będzie przedstawienia? „Daj spokój, ludzie mają problem, może jakiś minister wyrzucił dyrektora i protestują” prorokuje Michał. Po ok. 20-minutach protestujący schodzą, zaczyna grać orkiestra. Jest! Sala balowa i przepiękny walc Chaczaturiana, wykorzystany później w filmie „Wojna i pokój”. Kupiony za 500 AMD program pozwala lepiej zrozumieć akcję. Patrzymy jak urzeczeni, chcemy więcej, ale wszystko co dobre szybko się kończy… Za szybko – 2 akty po pół godziny i już?… Ale już wiemy, że pokochaliśmy balet – wybierzemy się znowu jeszcze w tym roku!

Jako że nurtuje nas protestowy prolog, próbujemy się dowiedzieć o co chodzi. Panie sprawdzające bilety nabierają wody w usta i mówią, że nic nie zauważyły. Nagabujemy więc wychodzących widzów. „A, wyrzucili dyrektora, wczoraj był meeting”. Wertujemy internet i wszystko jasne: minister kultury zwolnił 28 marca zasłużonego dyrektora i cenionego artystę i dyrygenta Constantine’a Orbeliana pod pretekstem, że nie może pełnić dwóch funkcji na raz (jest też dyrektorem artystycznym). W poniedziałek, już po naszym wyjeździe, artyści z teatru protestowali przed siedzibą rządu. Jest jednak szansa na happy end, bo z delegacją spotkał się premier…

RELIGIJNIE…

Chociaż Armenia to ojczyzna najstarszych kościołów, a maleńkie kościółki w pięknych okolicznościach przyrody to ikoniczny obrazek, w samym Erywaniu się ich specjalnie nie uświadczy. Najstarszy kościół w mieście – św. Katogike – ocalał cudem. Kiedy Sowieci rozpoczęli wyburzanie XVII-wiecznej katedry okazało się, że apsyda główna jest prawie nietkniętym małym kościołem Matki Bożej z XIII wieku – ocaliły go protesty mieszkańców i archeologów. Obecnie ta urocza prawie kapliczka stoi na tle nowo wybudowanego kościoła św. Anny, sfinansowanego przez Amerykanina Ormiańskiego pochodzenia (co nie jest rzadkością). Drugim ciekawym starym kościółkiem jest średniowieczny kościół św. Zorawora, z dobudowaną później kaplicą św. Ananiasza z Damaszku. Niestety uroki architektury psują posępne, stalinowskie bloki dookoła – w zasadzie stoi on w podwórzu. Wciśnięta między bloki jest też, warta odwiedzenia, katedra św. Sarkisa, z długą historią, choć obecny budynek pochodzi w zasadzie z XIX wieku. Warty odwiedzenia jest też położony w Kond kościół św. Hovhannes (czyli Jana Chrzciciela) z 1710 roku, z dużą ilością starych chaczkarów, czyli kamiennych ozdobnych krzyży, na dziedzińcu.

W Armenii jednak prawdziwe emocje wzbudzają dopiero kościoły  pochodzące najpóźniej z VII wieku. Mając pół dnia czasu decydujemy się pojechać do Eczmiadzyna, korzystając z okazji, czyli taksówkarza proponującego nam taki trip za 6000 AMD (niecałe 50 zł). Eczmiadzyn, nazywany przez Ormian „armeńskim Watykanem” to duchowa stolica kraju – tutaj jest siedziba katolikosa, czyli głowy Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. I katedra będąca najstarszą świątynią chrześcijańską, wybudowaną w latach 301-303. Niestety jest w remoncie, tak obudowana rusztowaniami, że przy najlepszych chęciach trudno powiedzieć, że się ją obejrzało… Za to w sąsiednim muzeum-skarbcu można zobaczyć m.in. relikwiarz z drzazgą z drewna, z której zbudowano Arkę Noego (!) i grot, którym przebito bok Chrystusa (jeden z kilku na świecie uznanych za relikwie…)

Po drodze do katedry robimy jeszcze przystanki przy trzech kościołach nazwanych od imion męczennic. Kościół św. Hripsime upamiętnia zakonnicę, która uciekła przed niechcianymi zalotami króla Tirydatesa III, który w odwecie kazał ją zabić. Budowla z 618 robi wrażenie swoją ascetycznością. Wielka tylko szkoda, że nie możemy jej podziwiać, jak opisuje przewodnik Bezdroży,  „na tle szmaragdowozielonej doliny zdominowanej ośnieżonym szczytem gry Ararat” – jest szaro, pochmurno i łyso… Druga świątynia to mały kościółek Szogakat z XVII wieku, gdzie właśnie zaczyna się liturgia. Ale kierowca czeka, więc ruszamy do trzeciego – św. Gajane, kolejnej zakonnicy-męczennicy, z 630 roku. Tu liturgia już trwa, więc przyglądamy się obrzędowi z ciekawością. Zwłaszcza byliśmy ciekawi, czy zostaje odsłonięta zasłona z ołtarza, ale tego nie doczekaliśmy. Wyczuwamy jednak, że coś się święci, bo sporo policji, rozkładają przed świątynią dywan, a przed bramą formuje się „komitet powitalny” z kapłanów. Za chwilę wszystko jest jasne – przyjechał katolikos! Wprawdzie zaraz się schował w budynku, ale widzieliśmy samego Karekina II, sprawującego urząd od 20 lat – spory fart!. Kolejny ma miejsce, gdy na rozległym terenie kompleksu sakralnego czekamy na wejście do muzeum katedralnego (tu, na modłę sowiecką, wszystko się zwiedza z przewodnikiem). Zachodzimy do kaplicy w sąsiednim kościele i trafiamy na chrzciny. Pierwszy raz jesteśmy świadkami, jak kilkunastomiesięczny nagi maluch zostaje zanurzony trzykrotnie w chrzcielnicy  po szyję… Dziewczynka była bardzo dzielna – skrzywiła się wprawdzie, ale nie rozpłakała. Swoją drogą ciekawe jak na głębokość wiary w narodzie wpływa stopień kontaktu ze święconą wodą?…

W drodze powrotnej stajemy jeszcze przy ruinach katedry Zwartnoc, z VII wieku. Mimo, że zostało z niej niewiele więcej niż kolumnada na planie koła to wygląda to niezwykle malowniczo, a modele rekonstrukcji pokazują, że budowla była niezwykła, bo zupełnie okrągła – miała odebrać palmę pierwszeństwa katedrze w Eczmiadzynie. I tu mamy jeszcze niespodziankowy hattrick dnia – w muzeum trafiamy na grupę śpiewającą tradycyjne pieśni – głosami, od których wibrują ściany… 

KONIAK A SPRAWA ORMIAŃSKA

Ararat – ta nazwa znaczy dla Ormian więcej niż jakakolwiek inna. To święta góra na której osiadł Noe, od którego prawnuka Hajku Ormianie wywodzą swój rodowód. Nic więc dziwnego, że tak też nazwali swój narodowy skarb – brandy, które jako jedyne na świecie ma prawo się nazywać koniakiem, mimo że nie pochodzi z francuskiego regionu Cognac. Stało się tak, gdyż w 1901 anonimowa próbka wysłana na najbardziej prestiżowe targi win i koniaków w Paryżu zdobyła Grand Prix, a po fakcie, mimo szoku, jury nie chciało już robić z gęby cholewy… Chociaż koneserami trunku dotychczas nie byliśmy grzech jednak przy tak barowej pogodzie nie zwiedzić fabryki. Mamy pecha – fabryka „Araratu” jest w remoncie… Uderzamy więc vis a vis – do fabryki brandy „Noy” (czyli Noe – pozostajemy w temacie) – brandy, którą Ormianie powołali do życia po tym, gdy marka „Ararat” została w roku 2002 sprzedana Francuzom. Obecnie to właśnie Noy jest produkowany w dawnej fabryce, powstałej w 1877 roku w murach starej perskiej twierdzy. Na razie w „Noy” zagustowali rosyjscy oficjele, którym dedykowana jest ekskluzywna linia „Kremlin”.  Muzeum zwiedzamy, oczywiście, z rosyjskojęzyczną przewodniczką, po 5000 AMD z degustacją. Pani zasuwa z tekstem jak karabin maszynowy, przeganiając nas po dziedzińcu z perskimi armatami, samochodami dostojników komunistycznych i po biurach pierwszych rosyjskich właścicieli, a potem komunistycznych dyrektorów, pokazując gablotki z limitowanymi edycjami trunków. Ciekawiej robi się 2 piętra niżej. W fortecznych lochach oglądamy wielkie dębowe beczki, w których dojrzewa trunek. Najstarsze roczniki leżakują w starych, tajemnych przejściach – jest tu stała temperatura 18C i unosi się zapach pleśniowego sera…  Dawniej, oprócz koniaku, w fabryce produkowano także madery i portweiny  -mamy więc okazję spróbować doskonałego wina, rocznik 1944. Końcowa degustacja ma miejsce w osobnej sali. Nie może być profanacji – trzeba kieliszek do koniaku odpowiednio trzymać, ogrzać drugą dłonią, poczekać aż się uwolni aromat, zagryźć mandarynką, gruszką czy czekoladką… Ciężko więc się skupić na smaku i zostać koneserem. Ale fakt, że po spróbowaniu starszego rocznika, młodszy wydał nam się za ostry, ordynarny, więc może jednak coś nam zaświtało… Ale jako, że zdaniem Erywańczyków najlepszy jest jednak „Ararat” to nabywamy butelkę na lotnisku. Może dojrzejemy do siebie nawzajem…

KULINARNIE

Tego tematu nie sposób nie zacząć od śniadań w naszym 2x2 Hotel. Nie dosyć, że sama ilość jedzenia robiła wrażenie, to jeszcze dostaliśmy nadprogramowe śniadanie w dniu, w którym przylecieliśmy przed świtem! W kolejnych dniach byliśmy więc rozpieszczani jajecznicą ze szpinakiem, racuchami z konfiturą z białej czereśni, a nawet adżarskim chaczapuri!

Jedliśmy w eleganckiej tawernie, w restauracji gruzińskiej, w sieciówce Karas z kuchnią narodową, a nawet w food courcie poza centrum, gdzie nas przywiózł taksówkarz od wycieczki. Wszędzie było bardzo smacznie. Kuchnia Armenii to lawasz, kebaby, dolma na ciepło, jogurtowa zupa spasz z mieloną pszenicą i ziołami, w erywańskich kartach dań jest też mnóstwo kebabów, szaszłyków, ale też ryby. Bardzo popularne są dania kuchni gruzińskiej: chinkali, roladki z bakłażana, lobio, chaczapuri, czachobili (np. z królika), zupa charczo. Zje się też potrawy bliskowschodnie – sałatkę tabouleh, hummus i co nieco z dań rosyjskich – soljankę czy sałatkę jarzynową. Nie ma opcji, żeby ktoś czegoś dla siebie nie znalazł!  W zależności od standardu płaciliśmy za obfity obiad dla 2 osób od 2800 (food court) do ok. 10000 AMD.

W Erywaniu kwitnie życie kawiarniane. Oprócz różnych „Cafe de Paris” i kawiarni „włoskich” można się też na szczęście napić kawy tradycyjnie parzonej w metalowej dżezwie, w rozgrzanym piasku. Fajnym miejscem sprzedającym tradycję w nowoczesnym wydanie jest np. „Jazzve cafe”, gdzie warto też spróbować baklawy. Podpasowała nam też armeńska herbata – ziołowego napar, np. z tymianku i mięty czy z kwiatów granatu. Zaskakującym patentem są butelkowane kompoty z owocami, od których uginają się półki w sklepach. Próbowaliśmy granatów i dzikiej róży – gdyby tylko odjąć trochę cukru byłaby ambrozja 😉 Alternatywą są mniej słodkie morsy – z żurawiny, ale i  np. z rokitnika. Na ulicy można skosztować świeżo wyciskanych soków z granatów.

No i last but not least – napoje „wyskokowe” . Wielbiciele piwa kręcą nosem nad Kilikią i Araratem, a i do wina czerwonego nie mieliśmy farta – zarówno „domowe” w knajpach, jak i kupione w sklepie było bez rewelacji. Jednogłośnie więc naszym faworytem zostało wino z granatów. Polecamy! J Nie odpuściliśmy sobie też przyjemności zapalenia fajki wodnej.  Jako że nie jest to jednak tradycyjna przyjemność, hookah nie ma okazyjnej ceny – od 5000 AMD.

PODSUMOWANIE

Chociaż niewątpliwie najwięcej atrakcji oferuje armeński interior – piękne górskie widoki i cerkiewki położone w odludnych miejscach, a Erywania w żadnym razie nie da się nazwać „Armenią w pigułce”, bo ma zupełnie inny charakter, to warto tu przyjechać choćby na weekend. Można tu zanocować tanio i zaskakująco, zasmakowując ormiańskiej gościnności i bardzo smacznie zjeść. Warto zobaczyć ocalałe zabytki, obejrzeć pokaz grających fontann, popatrzeć na pary randkujące przy Kaskadach, pójść na balet czy porozbijać się wyjątkowo tanimi taksówkami (zapłaciliśmy ok. 16 zł za kurs w środku nocy na lotnisko!). No i w końcu czy gdzieś będziemy mieli okazję za mniej niż 50 zł zwiedzić fabrykę prawdziwego koniaku i spróbować trzech trunków? 😊 Stolica stanowi też dobrą bazę wypadową do zwiedzenia wielu okolicznych zabytków w ramach jednodniowych wycieczek – z wycieczką lub samemu taksówką czy marszrutką.

W zasadzie więc same plusy. Prawie. Bo największy minus to palenie, będące chyba ormiańskim sportem narodowym (no cóż, papierosy po ok. 1$ za paczkę). Pali się w restauracjach (nie ma podziału na strefy), palą kierowcy taksówek, a w hotelu nawet jak się nie pali to kiedyś się jednak paliło… Ale brzmi to gorzej niż jest w realu, daliśmy radę – może mają dobrą wentylację?

Na pewno chcielibyśmy do Armenii wrócić. W końcu wypadałoby jednak zobaczyć ten Ararat, nie?

NAPISZ DO NAS

Jeśli masz pytania dotyczące podróży to z przyjemnością na nie odpowiemy