WIETNAM 2009

KRAJ RYŻEM PŁYNĄCY

 Warszawa – Bangkok – Hanoi

Pierwszy kontakt Gosi i Michała z Azją Południowo-Wschodnią miał nastąpić w Tajlandii. Wiadomo – kraj turystyczny, samograj – piękne zabytki, świetna pogoda, słynna kuchnia, uśmiechnięci Tajowie, szmaragdowe morze, łatwość podróżowania… Marta i Krzysztof, którzy już tam byli i zakochali się w Azji od pierwszego wejrzenia, zaproponowali wspólny wyjazd do Wietnamu. To już się tak jednoznacznie pozytywnie nie kojarzyło, ale perspektywa miłego towarzystwa przeważyła. Zarezerwowane, promocyjne cenowo, bilety do Bangkoku dały się twórczo wykorzystać – postanowiliśmy polecieć stamtąd tanimi liniami Air Asia do Hanoi na północy, przejechać Wietnam wzdłuż i wrócić z Sajgonu (a właściwie Ho Chi Minh City). W sumie prawie 3 tygodnie, wylot w połowie kwietnia – to już „ostatni dzwonek”, bo od maja zaczyna się pora deszczowa. Ale za to była szansa, że na północy kraju będzie już ciepło.

Zaczęło się pod górkę – od opóźnienia samolotu ukraińskich linii lotniczych Aerosvit do Bangkoku, przez co straciliśmy poranne połączenie do Hanoi i dotarliśmy tam dopiero wieczorem. Bardzo w porządku zachowała się AirAsia, która co prawda nie zaproponowała nam kolejnych darmowych biletów, ale pomniejszyła ich cenę o opłaty lotniskowe i paliwowe. Po gwarnym Bangkoku podmiejskie okolice Hanoi wydały się nam nieco ponure – betonowe, niedokończone domy, pooświetlane zielonkawymi jarzeniówkami. Stare Miasto jednak wyglądało kompletnie inaczej – wąskie uliczki, skutery, Wietnamczycy jedzący kolacje przy ustawionych na chodnikach niskich, plastikowych stoliczkach, na stołeczkach bardziej kojarzących się nam z przedszkolem… Hotelik wyglądał typowo dla tamtejszej zabudowy – wysoki na 5 pięter, a szeroki może na 4 metry. W recepcji chłopak i dziewczyna koło 20-tki, oboje w białych bluzkach i wąskich dżinsach, on – włosy postawione na żel, ona w końskim ogonie (okazało się, że to najczęstszy strój młodych osób). Pokój dwuosobowy kosztował 10 USD – był bardzo czysty, miał klimatyzację, telewizor, lodówkę, a w łazience była nawet suszarka do włosów oraz szczoteczka do zębów z mini-pastą! Nie był to jednak żaden ewenement – później mogliśmy się przekonać, że taki standard prezentuje większość małych hotelików. Obsługa z reguły mówiła po angielsku, można było skorzystać z Internetu, zostawić bagaż (gratis), zarezerwować wycieczki, bilety na autobus, czy pociąg. W bardzo wielu knajpkach było również free wi-fi. Wielka szkoda tylko, że nie można było dzwonić z polskich komórek….

 Hanoi

Stare Miasto w Hanoi, powstałe w XIII wieku, okazało się urocze – wąskie uliczki, wąskie domki, plątanina kabli elektrycznych, mnóstwo sklepików, chodniki zastawione skuterami, straganami, stolikami, tak że trzeba iść ulicą, a na ulicy obłędny ruch skuterowo-samochodowo-rikszowy (rowerowe). Przejście przez ulicę jest naprawdę karkołomne i stresujące – do czasu. Potem widzi się, że w tym szaleństwie jest metoda – choć wszyscy jadą we wszelkich możliwych kierunkach, łamiąc wszelkie możliwe przepisy (np. nasz rikszarz przy skręcaniu w lewo objechał rondo w lewą stroną, żeby sobie oszczędzić trochę wysiłku), to jednak mają oczy dookoła głowy i nogę na hamulcu, mnóstwo cierpliwości i wzajemnej życzliwości. W gipsach widuje się przeważnie turystów. To co Wietnamczycy potrafią przewieźć też robi duże wrażenie – widzieliśmy faceta na rowerze wiozącego lodówkę, inny wiózł na skuterze dwumetrową szybę, cztery osoby na skuterku to standard, a jeszcze inny miał na tylnym siedzeniu psa – bynajmniej niczym nie przywiązanego… Bardzo malowniczy są obnośni handlarze – zwykle kobiety w charakterystycznych stożkowych kapeluszach, ubraniach przypominających piżamę, niosące owoce bądź rozmaite (raczej mało potrzebne) drobiazgi w bambusowych koszach zawieszonych na elastycznym bambusowym kabłąku. Snujemy się po uliczkach noszących nazwy dawnych cechów rzemieślniczych, zatrzymując się przy sklepikach (np. jedwabnych, z pamiątkami, bądź z dziwnie tanimi rzeczami marki North Face…), dochodzimy do bazaru, przed którym w kucki siedzi mnóstwo sprzedawców warzyw, jajek, mięsa, ryb. Obowiązkowo też okrążamy urocze jeziorko Hoan Kiem (wykopane po wyzwoleniu Wietnamu w „czynie społecznym”), przechodzimy czerwonym Mostem Wschodzącego Słońca  na małą wysepką z pagodą Ngoc Son. 70% Wietnamczyków to wyznawcy buddyzmu, głównie odłamu mahajana (wielki wóz), który kładzie nacisk na oświecenie grupowe. Jest on praktykowany m.in. również w Chinach. Wietnamskie świątynie wydają się też być wizualnie nieco podobne do chińskich – filary i przepierzenia w kolorystyce czerwono-złotej, lekko uniesione dachy, biało-niebieska porcelana, kadzidełka. Przed wieloma domami i w hotelach są malutkie kapliczki (wielkości domków dla ptaków, często też na nóżce), przed którymi wyznawcy przyklękają na chwilę, bądź składają owoce w darze.

Wieczorem idziemy na tradycyjne przedstawienie w Miejskim Wodnym Teatrze Kukiełkowym. Kolorowe polakowane drewniane lalki tańczą na wodzie przy dźwiękach tradycyjnej wietnamskiej muzyki, przedstawiając historie z ludowych podań. Robi to wrażenie, szczególnie moment kiedy na końcu podnosi się kurtyna pokazując lalkarzy stojących po pas w wodzie…

Jednym z najpiękniejszym zabytków w Hanoi jest Świątynia Literatury, wzniesiona w 1070 roku na cześć Konfucjusza. Powstała niedługo po wyzwoleniu Wietnamu spod rządów Chin, jest więc symbolem kultury narodowej. Architektura prezentuje styl chiński, ale już z widocznymi wpływami wietnamskimi.

Zmieniając epokę trafiamy do dzielnicy Ba Dinh. Aleje są tu szerokie, w pokolonialnych willach mieszczą się ambasady, ruch uliczny wydaje się nieco bardziej zorganizowany – kierowcy stosują się zgrubnie do sygnalizacji świetlnej! Plac przed Mauzoleum Ho Chi Minha (już zamknięte) ma słuszne rozmiary. Pozostaje nam więc tylko zajrzeć do Rezydencji Ho Chi Minha – małego domku tekowego na palach, w parku za pałacem prezydenckim, w którym mieszkał w latach 1958-1969. „Wujek” Ho był ponoć bardzo skromnym i niewymagającym człowiekiem, cieszy się prawdziwym szacunkiem w Wietnamie. Wyraża to m.in. sam przydomek „Wujek”, określający z reguły najstarszego brata ojca, osobę obdarzoną największym respektem w wietnamskiej rodzinie.

 Sapa

Czas ruszać z Hanoi dalej, ale przecież nie bez kolacji! Kuchnia wietnamska okazuje się być jedną z najlepszych niespodzianek na tym wyjeździe! Na szczęście ma niewiele wspólnego z tłustymi sajgonkami sprzedawanymi w „wietnamskich budkach” w Polsce. Jest lekka, pełna chrupkich warzyw smażonych bardzo krótko w wokach. Główny składnik posiłków to ryż podawany w dużej misie, w małych miseczkach dookoła znajdziemy mięsa (drób, wieprzowina), ryby bądź owoce morza z warzywami. Nigdzie wcześniej nie jedliśmy tak pysznych kalmarów! I krewetki! Do tego bardzo popularny szpinak wodny i jasny sos sojowy z czosnkiem i czili. Najpopularniejsza potrawa to Bo Pho – rosół wołowy z kawałkami mięsa i makaronem ryżowym, dowolnie doprawiany tajską bazylią, trawą cytrynową, czili, limonką, kiełkami fasoli, kolendrą. Sajgonki oczywiście też możemy zjeść – często jednak są w ogóle nie smażone i można je sobie przyrządzić samemu – w  kwadracik przezroczystego papieru ryżowego zawija się np. krewetkę z bulionu, kawałek ananasa, ogórka, szczypiorku, liścia sałaty. Kelnerzy czy właściciele jadalni chętnie przy tym asystują i z dumą tłumaczą tajniki rolowania fresh spring rolls. Najmniejszą atrakcją jest śniadanie – do wyboru opcja „kontynentalna” bądź wietnamska. Ta druga oznacza po prostu…. Bo Pho! W wersji kontynentalnej dostajemy chrupiącą bagietkę (pozostałość po Francuzach), jajko sadzone i dżemik. I tak przez 3 tygodnie… Lekkostrawność wietnamskiej kuchni potwierdza wygląd mieszkańców. Mimo iż wydaje się, że przez cały dzień coś jedzą nie zdarzyło nam się spotkać ani jednej otyłej osoby!

Wyjeżdżając z Hanoi dokonujemy odkrycia, że Wietnamczycy chyba też nigdy nie śpią! Zostawiamy ich wieczorem jedzących na ulicy, a przed 5-tą rano pół miasta jest już na nogach – jedzą, rozkładają kramy, sprzątają, roznoszą gazety, jeżdżą na skuterach!

Hanoi jest doskonałą bazą wypadową w dwa bardzo atrakcyjne turystycznie rejony – do Zatoki Ha Long oraz górskich okolic Sapa. Decydujemy się kupić wycieczki w lokalnym, czyli hotelowym  biurze – ceny niewysokie, a duża oszczędność czasu. Organizacja robi na nas naprawdę wielkie wrażenie. Opcji jest mnóstwo, a tak naprawdę to można sobie skroić wyjazd na miarę, jak u krawca. Chcemy iść na dwudniowy trekking z Sapa i nocować w wiosce? A wcześniej zobaczyć największy bazar w Bac Ha? Nie ma sprawy. Po przyjeździe pociągiem ktoś nas podłączy do osób, które mają ten bazar w planach wycieczki, a potem zapakuje do minibusa jadącego do Sapa. Oczywiście też wcześniej jakimś minibusem podrzuci na dworzec i odstawi do pociągu nocnego w góry, gdzie mamy wygodny 4-osobowy przedział sypialny. Wszystko zawsze tak się zgrywa, że w odpowiednim miejscu i czasie spotyka się kilka innych osób i zawsze wszystkie miejsca w minibusach są zajęte. Wydawałoby się, że taka logistyka potrzebuje czasu. A skąd! Przed północą można się zapisać na parodniową wycieczkę startującą nazajutrz rano i wszystko będzie jak trzeba!

Górzysty region północno-zachodniego Wietnamu jest jednym z najbardziej malowniczych w kraju, a przy okazji – kompletnie niepodobny do innych. Atrakcją są piękne krajobrazy – góry oraz tarasowe niesamowicie zielone pola ryżowe, a także wioski zamieszkane przez górskie ludy kultywujące swoje tradycje, chodzące w charakterystycznych strojach: plemiona Hmong, Yao, Zay i Dao. Popularną bazą wypadową jest Sapa – małe, urokliwe targowe miasteczko. Stamtąd można np. wyruszyć na trekking do wioski Ta Vanh, przez pola ryżowe i górskie wioski. Wyruszamy w dość dużej grupie, która stopniowo się zmniejsza. W końcu zostajemy sami z naszą przewodniczką z plemienia czarnych Hmongów – wesołą dziewczyną postury dwunastolatki. Tarasy ryżowe są niesamowite – praca na nich wygląda dokładnie tak jak prze wiekami – bawół wodny ciągnie drewniane radło, które trzyma rolnik, zanurzony po kolana w wodzie. Nasz „homestay” zakłada spanie na drewnianej antresoli, na wygodnych materacach, pod moskitierą. Wieczorem obserwujemy jak w wiejskiej kuchni powstaje błyskawicznie nasz wielodaniowy posiłek. Przy okazji widzimy też jak syn właścicieli opieka nad ogniem złapaną własnoręcznie żabę… Na bazarze w Bac Ha, gdzie zjeżdżają się osoby z różnych plemion, można kupić żywność, tytoń, a także mnóstwo lokalnego arcydzieła: całe stroje, powłoczki na poduszki, torebki, portfeliki z tkanych ręcznie i farbowanych w naturalnych barwnikach materiałów. Trudno się oprzeć uroczym i kosztującym po kilkanaście złotych torebkom i innym gadżetom. Co prawda większość szybko się popruje, a niektóre też farbują, ale radość negocjacji handlowych jest bezcenna…

Zatoka Ha Long

Zatoka Ha Long, z ponad 1600 wyspami wpisana na listę UNESCO to jedna z największych atrakcji turystycznych Wietnamu. Wapienne skały, rozsiane w szmaragdowej wodzie, nawet w lekkiej mgiełce wyglądają niesamowicie. Zwłaszcza jeśli się płynie stylową drewnianą dżonką. Po drodze jest przystanek na zwiedzanie jaskini (piękna, choć zbyt krzykliwie oświetlona) oraz popływanie kajakiem, wypożyczanym w pływającej wiosce. Pod domkami na wodzie, w dużych klatkach, mieszkańcy hodują różne owoce morza. Noc spędzona na wodzie, wśród nikłych światełek innych łodzi zacumowanych w zatoce – niezapomniana. Miejscowość Cat Ba, na największej wyspie zatoki, oferuje spacer promenadą wśród kwietników i rzeźb kojarzących nam się z lekka z socjalistycznym kurortem oraz kąpiel na ładnej plaży. Szkoda tylko, że zaczyna właśnie kropić… I tak mamy jednak szczęście – miesiąc temu było tu ponoć kilkanaście stopni – teraz jest ok. 30.

Hue i Hoi An

Trasę z Hanoi do Hue, dawnej stolicy cesarskiej (1802-1945), przebywamy w jeden z najwygodniejszych sposobów – autobusem typu „sleeping bus”. Ruszają wieczorem, rano przybywają do celu. Cały autobus składa się z trzech rzędów prawie poziomych kuszetek, umieszczonych dwupoziomowo. Bardzo czysto – przy wejściu nawet zdejmuje się buty. Kuszetki mają nad nogami półeczkę na bagaż podręczny. Do dyspozycji poduszeczka i kocyk. W nocy szybkość jazdy po zapchanych za dnia ulicach jest dużo większa – na niektórych zakrętach czuć siłę odśrodkową. Panowie trochę wybrzydzają na rozmiar kuszetek, ale przy 160 cm można całkowicie spokojnie wyprostować nogi.

Hue robi wrażenie dość spokojnego miasta. Po ulicach jeżdżą na rowerach uczennice w białych ao dai – narodowych strojach kobiet, tu służących za szkolne mundurki. Ao dai składa się z luźnych, długich, prostych spodni oraz zakładanej na nie długiej prostej tuniki, wysoko rozciętej po bokach, z kołnierzykiem i zapięciem w stylu chińskim. Główną atrakcją miasta jest siedziba cesarzy Wietnamu z dynastii Nguyen – kompleks Cytadeli z Cesarskim Miastem. W jego sercu znajduje się Zakazane Purpurowe Miasto, czyli pałac cesarza. Niestety duża część kompleksu została zniszczona w czasie ostatniej wojny. Na jednym z pałacowych dziedzińców natykamy się na nowożeńców. W świątyni Mieu, mieszczącej ołtarze ku czci dziewięciu wietnamskich cesarzy, z tablicy informacyjnej dowiadujemy się, że w odbudowie Hue zasłużył się polski architekt Kazimierz Kwiatkowski, który w jej trakcie zresztą zmarł. Widząc, że nas to zainteresowało mężczyzna pilnujący świątyni kiwa na nas ręką i prowadzi na zaplecze. Tam ze zdumieniem znajdujemy…. ołtarzyk polskiego architekta! Pod portretem pana Kwiatkowskiego palą się kadzidełka – wzruszające przeżycie.

Kazimierz Kwiatkowski kierował też pracami przy odbudowie zabytkowego Hoi An. Tu też go doceniono – uznano za męża opatrznościowego, który uchronił zabytkowy kompleks przed likwidacją i przyczynił się do wpisania Hoi An na listę Unesco. W środku miasteczka stoi płaskorzeźba w kamieniu z jego portretem i nazwiskiem, a placyk nosi imię „Kazik”. My też mu jesteśmy wdzięczni – prześliczne Hoi An to miejsce w którym zostaje się dłużej niż się planowało, bo urzeka atmosferą. Stara część jest niewielka – 4 ulice wzdłuż rzeki Thu Bon połączone wąziutkimi przecznicami. W XVI wieku miasteczko było jednym z najważniejszych portów na Morzu Południowochińskim, pełnym kupców chińskich, japońskich  a nawet europejskich, po których zostały domy, świątynie, warsztaty – w sumie 844 zabytkowe budowle, w tym Kryty Most Japoński. Obecnie w starych domkach mieszczą się głównie sklepy z jedwabiem, pamiątkami, lampionami oraz restauracje. Małgosia daje się namówić na uszycie jedwabnej sukienki – szybkie wzięcie wymiarów, zaliczka i ma być gotowa na jutro. Nazajutrz dochodzi jednak do wniosku, że szyje się tu w myśl zasady: „krzywo prosto, byle ostro”… Rozkoszujemy się lokalnymi pierożkami „white rose” z krewetkami oraz won-tonami w lokalnej knajpce na świeżym powietrzu. Kupujemy za bezcen jedwabne apaszki oraz drewniane figurki przedstawiające Wietnamki w kapeluszu. Robimy sobie owocową ucztę – wybieramy na targu to czego jeszcze nie znamy – trafia się nam sapodilla, dragon fruit, jackfruit, mangostan, custard apple, belly fruit, rambutan. Odważnie też kupujemy duriana – zaczyna śmierdzieć już w plecaku! Uczucia mamy ambiwalentne – w smaku przypomina masę śmietankowo-orzechową, ale trudno się je z zatkanym nosem… W ramach relaksu jedziemy na skuterach na plażę Cua Dai – południowy koniec słynnej China Beach. Plaża piękna, pusta, sznur palm. Jest jednak wietrznie i bardzo duże fale – Morze Południowochińskie to nie tajskie zatoczki… Oczywiście zaczyna się też chmurzyć i mżyć – czuć już tę porę deszczową. Odwiedzamy jeszcze w okolicy (na skuterach!) ruiny dawnego sanktuarium religijnego Czamów w My Son. Do Angor Wat raczej mu daleko, ale ruiny wkomponowane w bujną zieleń zwiedza się bardzo przyjemnie. A dowożą nas od wejścia oryginalnym, starym amerykańskim Jeepem!

Nha Trang

Przed zwiedzaniem Sajgonu postanawiamy dać jeszcze jedną szansę plaży – po drodze wypada popularny kurort w Nha Trang. Dojeżdżamy tam o 5 rano, dopiero zaczyna świtać. W drodze do hotelu widzimy mnóstwo ludzi przemykających bezszelestnie w kierunku plaży. Zaintrygowani podążamy za nimi. Okazuje się że zaczynają poranne tai-chi. Staruszki ćwiczą grupowe układy z wachlarzami. Panowie grają w badmintona, dzieci w piłkę. Panie ćwiczą na ławkach. Po jakiejś godzinie tłum zaczyna się rozchodzić. A my po śniadaniu ruszamy na wycieczkę łódką „na cztery wyspy”, w towarzystwie Wietnamczyków, Malajów i Chińczyków. Wycieczka raczej komercyjna, ale sympatyczna. W ramach 10 USD zatrzymujemy się 2 razy na kąpiel, jemy obiad z owoców morza, owoce na deser, pijemy wino we „floating bar” – pan w kółku zrobionym z opony, serwuje na wodzie wino nalewane z butelek wstawionych w skrzynkę! Obsługa to ludzie renesansu – panowie sternicy zamieniają się w kucharzy, by za chwilę wyciągnąć gitarę, zrobić perkusję z garnków i zabawiać nas graniem i śpiewaniem. Świeci piękne słońce – pod wieczór jednak, gdy idziemy na kolację zaczyna się prawdziwa tropikalna ulewa. Wchodzimy do restauracji, która okazuje się być francuska i czujemy się skonfundowani, gdy obsługa chce od nas odebrać porwane, plastikowe peleryny… Ceny okazują się być jednak takie jak wszędzie – danie obiadowe kosztuje ok. 12 zł. Kolejnego dnia deszcz wygania nas z plaży już w połowie dnia. No trudno! Nha Trang i tak nie było najpiękniejszym miastem, ale wycieczkę będziemy wspominać miło.

Sajgon

Do Ho Chi Minh City znów docieramy rano i po śniadaniu ruszamy na zwiedzanie. Miasto jest dużo większe, bardziej nowoczesne i kosmopolityczne od Hanoi. Spacerujemy po post-kolonialnej Dzielnicy nr 1, czyli Sajgon – przechodzimy przez pełne wszelakiego dobra targowisko Ben Thanh, podziwiamy ratusz miejski, budynek poczty, katedrę Notre Dame, Gmach Opery, modną wśród Francuzów ulicę Dong Khoi. Szersze ulice, butiki z ubraniami od wielkich projektantów, kobiety jeżdżące na skuterach w białych, długich rękawiczkach, żeby sobie nie opalić rąk, drogie hotele, ekskluzywne restauracje. Pod ratuszem robimy sobie pierwsze zdjęcie z pomnikiem Wujka Ho. W ciągu pięciu minut nieprzytomny upał przeradza się w urwanie chmury. Jak spod ziemi natychmiast wyrasta koło nas sprzedawczyni peleryn przeciwdeszczowych – korzystamy. Nie poddając się, w strugach deszczu, szukamy pagody Jadeitowego Cesarza. Wnętrze jest mroczne i tajemnicze, zamglone dymem z kadzidełek, intrygują figury mędrców z długimi brodami. Udaje nam się jeszcze zajrzeć do hinduistycznej świątyni Mariamman i kończy się nasz czas w Sajgonie. Nazajutrz ruszamy na dwudniową wycieczkę w deltę Mekongu.

Delta Mekongu

W zasadzie prawie cała część kraju na południe od HCMC (60.000 km kw.) leży w obszarze rozlewisk Mekongu, a 17 mln jej mieszkańców trudni się głównie rolnictwem i rybołówstwem. Wyruszamy autokarem,  po drodze trzeba korzystać z przepraw promowych. W końcu wypływamy na rzekę dużą, zadaszoną łódką. Rzeka jest bardzo szeroka, w kolorze jasnobrązowym. Po drodze widzimy podczepioną do pływaków hodowlę pangi w dużych, zanurzonych w rzece klatkach – obiecujemy sobie solennie więcej jej nie kupować! Z większej łódki przesiadamy się na mniejszą, wpływając w węższe odnogi rzeki. W błotnistej rzece kąpią się dzieci, kobiety robią pranie. Wokół liczne sady owocowe, produkuje się tu też ręcznie cukierki kokosowe, wyrabia miseczki z kokosów. Kanałki robią się coraz węższe, czas na małe łódeczki. Płyniemy między palmowymi liśćmi, na przedzie i tyle łódki dwie klęczące Wietnamki wiosłują z wprawą. Odwiedzamy „wytwórnię” makaronu ryżowego – duże, cienkie ryżowe placki suszą się na dużych, bambusowych matach, zanim zostaną pocięte w paseczki. Jako jedyni z grupy decydujemy się na „homestay” – u gospodarzy, którzy dla gości wybudowali kilka bambusowych chatek nad samą wodą. Wieczorem razem z dwoma Hinduskami i malajskim małżeństwem podziwiamy rodzinny „ołtarz” w domu gospodarza i smażymy sajgonki z nadzieniem fasolowo-ziemniaczanym. Rano spacerujemy po wiosce – błotnistej i raczej biednej. Mamy problem z powrotem – w nocy poziom wody w rzeczce tak opadł, że niemała łódka, którą podpłynęliśmy pod domki leży teraz na lądzie, a rzeczka jest tak wąska, że nie daje się wykręcić!

Kolejnym punktem programu jest targ na wodzie koło Can Tho. Nie jest to jednak malownicza atrakcja turystyczna, ale prawdziwy „hurtowy” targ. Na środku szerokiej rzeki stoją duże barki, a na nich wory kapusty, ziemniaków, cebuli, stosy kokosów, ananasów. Podpływają „osobowe” łódki, przeważnie sterowane przez jedną, stojącą osobę, zaczyna się sprzedaż.

Po południu ruszamy z powrotem w kierunku Sajgonu. Niestety nie tylko my mamy taki pomysł. Właśnie skończył się „długi weekend” – Święto Pracy 1 maja poprzedza bowiem Święto Wyzwolenia (30 IV) obchodzone na cześć zwycięstwa Północnego Wietnamu nad Republiką Wietnamu (Południowego) w 1975 roku. Droga do HCMC to jeden wielki korek – mieszkańcy miasta wracają od rodzin z prowincji. Nie z pustymi rękami – ktoś na skuterze wiezie gęsi w koszyku, inny – kaczki na dachu samochodu. Docieramy dopiero późnym wieczorem – ostatnia chwila na zakup pamiątek. Wielka szkoda, że lotniczy limit bagażu to tylko 20 kg! Wylatujemy do Bangkoku całkowicie zauroczeni Wietnamem – lekką kuchnią, niesamowitymi krajobrazami, życzliwością mieszkańców i tym nieuchwytnym poczuciem przebywania w zupełnie innej rzeczywistości, którą chłonie się wszystkimi zmysłami…

  • łatwość podróżowania dzięki zmysłowi organizacyjnemu Wietnamczyków
  • doskonałe jedzenie, w ulicznych jadłodajniach dostępne za bezcen
  • zieleń ryżowych tarasów w górach w połączeniu z barwnymi strojami lokalnych plemion zostają na zawsze w pamięci
  • możliwość obejrzenia na własne oczy pokłosia nie tak odległej historii i odbudowy kraju podzielonego wojną
  • 3 tygodnie to zbyt mało czasu na odwiedzenie wszystkich ciekawych miejsc
  • na plażach zdarzają się drobne wymuszenia opłat za leżaki, parking, etc.
  • dostosowanie się do zasad lokalnego ruchu skuterowego wymaga odrobinę praktyki
  • nieważne ile jedwabnych szalików się nabędzie, po powrocie zawsze okaże się, że jest ich zbyt mało

Nasza ocena podróży (w punktach/100)

Jedzenie

Transport

Kwatery

Ludzie

NAPISZ DO NAS

Jeśli masz pytania dotyczące podróży to z przyjemnością na nie odpowiemy

KONTAKT