KUBA 2008

SALSA, MOJITO I KONIEC ERY JEDNEGO Z BRACI CASTRO

W drodze do Hawany (19.02.2008)

Nużąca podróż z powodu 3-godzinnej obsuwy (awaria klimatyzacji opóźniła odlot, ale nie przeszkodziła trzymać pasażerów w totalnej duchocie bez wody i słowa wyjaśnienia) i ciasnoty w klasie ekonomicznej w Air France. Dla Marty były to najdłuższe urodziny w życiu, każdy kilometr na zachód cofał nas w czasie i pozwalał na celebracje w Warszawie, Paryżu i docelowo w Hawanie. Po wyjściu z lotniska przywitała nas fala wilgotnego, gorącego powietrza, czytelny znak, że zaczynamy wakacje. Zaraz po niej nadeszła fala pewnego zagubienia – charakterystyczne uczucie dla stawiających pierwsze kroki w obcym kraju. Opuszczamy bezpieczne lotnisko i nie bardzo wiadomo, co dalej. Kłębi się tłum, miejscowi się przekrzykują, taksówek stoi niewiele i wszystkie pozajmowane. W takiej sytuacji największe szanse ma najwyższy, czyli Krzysztof. Rozgląda się ponad tłumem, macha do łysego Kubańczyka i po 15 minutach mamy wypasioną taryfę. Nie jest to może chevrolet z lat 50-tych, ale mieścimy się całą czwórką wygodnie wraz z bagażami. Kierowcy nic nie mówi zapisany na kartce adres naszej kwatery, czyli casa particular, zarezerwowanej na pierwsze 3 noce jeszcze w Warszawie (pomocna sprawa, usprawniająca wjazd). Po krótkiej konsultacji z kolegami podejmuje jednak wyzwanie, a po kolejnych wskazówkach po drodze, dostarcza nas na Teniente Rey/Calle Brasil #207 (tel. (537) 860 1898), niedaleko Plaza Vieja w samym sercu starej Hawany.

Na lotnisku sprawdziliśmy ceny wynajmu aut:

  • Rex: Seat Aguila 85 CUC + ubezpieczenie 28 CUC + drugi kierowca 10 CUC + zastaw 500 CUC + zostawienie auta w Santiago 300 CUC
  • Cubanacar: Hyundai Accent 70 CUC + drugi kierowca 3 CUC + kaucja 200 CUC + zostawienie w Santiago 100 CUC

Mimo zapewnień wypożyczalni ceny w mieście są nieco inne, w Hotelu Inglaterra wynajęcie Hyundaia to koszt 85 CUC + 3 CUC + 100 CUC, ale nikt nie chce nam auta z wyprzedzeniem zarezerwować. Mamy jednak większy problem – choć nasza gospodyni, Nancy Perez, zapewnia nas, że jest on maluteńki (problemito pequenito) – a mianowicie dostępny jest tylko jeden pokój z dwóch zarezerwowanych. Jest też rozwiązanie. Rzucamy monetą i Gosia z Michałem oraz przystojnym (ku uciesze Gosi) synem Nancy przenoszą się do kwatery w pobliżu (nocleg 30 CUC + 4 CUC śniadanie). Wąskie schody, pokój bez okna i gaz, który czuć z kuchni – ale na szczęście tylko na jedną noc – kolejne już u Nancy.

Stara Hawana (La Habana Vieja) 20.02.2008

Śniadanie zaskakująco wypasione: owoce (banan, ananas, papaja), świeżo wyciskany sok z pomarańczy, omlet z cebulką + pomidor, słodka chlebo-bułka, miód, kawa, mleko – pełnia szczęścia. Wzmocnieni, odbywamy obowiązkową rundę po mieście (wg przewodnika NG):

  • Plaza Vieja z tarasem widokowym i z Camara Oscura (2 CUC, dla miłośników nietypowego oglądania miast, z wysokości z pomocą gigantycznej kamery otworkowej),
  • Plaza de Armas (dla miłośników restauracji, barów i koncertów na świeżym powietrzu),
  • Plaza de Catedral (dla miłośników katedr i muzeów sztuki kolonialnej),
  • Calle Obispo (dla miłośników architektury w stylu kubańskiego baroku i Art Nouveau oraz Hemingwaya – przy Obispo znajduje się Hotel Ambos Mundos, w którym autor mieszkał 7 lat i jego ulubiona restauracja – słynna El Floridita, serwująca słynny drink daiquiri),
  • Capitolio (dla miłośników starych Cadillaców i Chevroletów, najwięcej ich parkuje w pobliżu kapitolu, obecnie siedziby akademii nauk),
  • Gran Teatro (dla miłośników opery i baletu),
  • Hotel Inglaterra i Parque Central (dla miłośników starych hoteli i andaluzyjskich mozaik, mieszkali tu m.in. Anna Pavlova, José Martí, Winston Churchill),
  • najstarsza knajpa w mieście Zaragozana (dla miłośników paelli za 19 CUC i kolekcjonerów miejsc, w których jadały sławy, takie jak Federico García Lorca, Ernest Hemingway, Rocky Marciano, Javier Sotomayor),
  • Edificio Bacardi (dla miłośników rumu),
  • Museo de Revolucion (dla miłośników rewolucji),
  • nadmorski deptak Malecon (dla miłośników wielkich morskich fal, szumu morza i całujących się par).

Z rozdawanej na ulicach gazety ‘Granma’ dowiadujemy się, że w dniu naszego przyjazdu abdykował Fidel na rzecz swojego brata Raula – szału na ulicach nie ma, ludzie są ostrożni, nie wiedzą co to dla nich oznacza, ale widać nadzieję na odwilż.

Przy Maleconie (nr 27) znajdujemy rodzinną jadalnię (Paladar Torresson z widokiem na morze), czyli realizujemy program wspierania przedsiębiorczych Kubańczyków, a nie rządu i przyjmujemy obiad: cristianos y moros (ryż z czarną fasolą), pomidory, maniok, krewetki i bataty (15 CUC), ryba (12 CUC), kurczak (8 CUC), piwko (1,50 CUC) i owoce na deser. W międzyczasie testujemy jeszcze lokalną „pizzę” z barów-okienek w ścianie – prostokątna buła-ciasto z odrobiną sera i sosu pomidorowego. W dalszej drodze degustujemy to, z czego Kuba słynie najbardziej – mojito i cuba libre w Cafe Paris i lokalne cygara ze sklepiku za kubańskie peso (odpowiednio 5 CUC, 4 CUC, 3 CUC).

Pierwsze wrażenia super – turystyczna część miasta jest piękna, intrygująca, czysta, tętniąca życiem. Na pierwszy rzut oka – Karaiby – kolorowo i z uśmiechem. Jeśli spojrzeć za fasady, widać drugie dno – zapadające się kolonialne budynki, porośnięte drzewami i grzybem, puste sklepy z wyjątkiem tych, w których sprzedawane są towary za wymienialne peso (CUC), ludzie, którzy dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski, nieśmiało pytają się, jak to teraz u nas jest, jak nie ma już komunizmu.

Barrio Chino, Centro i Vedado (21.02.2008)

Dzielnica chińska (Barrio Chino) – bardzo dziwne miejsce w sercu Karaibów – wschodnie, czerwone lampiony i cała aleja restauracji i barów serwujących kaczkę po pekińsku i inne specjały Państwa Środka.

Następnie spacer przez biedne Centro, odstające mocno wyglądem od turystycznej Habana Vieja. Odbijamy nad morze, mijamy słynny Hotel Nacional i po przystanku na szybką pizzę pod pomnikiem Maceo przenosimy się do zielonych ogrodów Vedado. Kolejna zmiana klimatu – cisza, spokój, kolonialne wille pośród zieleni – odpoczynek od zgiełku miasta. Niestety nie udaje nam się wyminąć bodyguarda strzegącego wejścia do Coppelia – znanej lodziarni, z której szyldem każdy miejscowy musi mieć obowiązkową fotkę. Z tym zwyczajem bezskutecznie próbują walczyć ochroniarze. Siadamy za to na piwko – do wyboru jasny, lekki i bezpretensjonalny Cristal lub ciemniejsze i mocniejsze (5,4%) Bucanero, butelki 350 ml.

Ostatni punkt programu, po przemknięciu przez uniwersytecki kempus, stanowiła Plaza de la Revolucion, a tam obowiązkowe zdjęcie każdego turysty – MSW z wielkim Che Guevarą i jego słynnym  ‘Hasta la Victoria Siempre’ na fasadzie i gigantyczny pomnik Monumento a Jose Marti (109 m wysokości i 18 m szerokości).

Wieczorem nogi odmówiły nam posłuszeństwa, więc wracamy dwoma cocos (okrągłymi skuterami – Małgosię i Michała zatrzymuje policja, ale wszystko dobrze się kończy) do Barrio Chino na kolację w Bodeguita del Cuchillo (Tong Po Laug). Podejrzenia budzą pustki w lokalu i wątpliwej czystości fartuchy obsługi, ale dostajemy całkiem niezłe owoce morza za 12 CUC od pary plus mojito gratis.

W kierunku Cienfuegos (22.02.2008)

Zaczynamy dzień od długich negocjacji związanych z wynajęciem auta, zakończonych sukcesem. Mamy Hyundaia Accenta na 17 dni za 75 CUC dziennie z ubezpieczeniem (+ 3 CUC dziennie za drugiego kierowcę + 45 CUC za pełny bak). Marta z Gosią po wysiłku negocjacyjnym udają się na relaks przy herbacie przed Hotelem Inglaterra, gdzie ma być podstawione auto, a panowie biegną po bagaże w celu optymalizacji czasu. Po 40 minutach wracają: Michał przykryty czterema plecakami na rykszy, a Krzysztof z torbą z ubrankami dla dzieci truchta za nim, ubezpieczając tyły i pakunki.

Ładujemy wszystko do bagażnika i ruszamy w stronę Cienfuegos. Przewodnik mówi, że wyjazd z miasta nie jest łatwy, ale nie wspomina, że jest praktycznie niemożliwy. Zrobiliśmy jedno kółko, drugie, wyjechaliśmy błędnie na Via Blanca, w końcu postanowiliśmy zapytać o drogę na stacji benzynowej, a tam do pomocy zgłosiła się urocza blondi – pani inspektor, podobno, bo jej frywolny strój nie do końca licował z powagą urzędu, ale mógł być elementem kamuflażu, nadzoru incognito. Pani dosiadła się bezceremonialnie na tylnie siedzenie i zapewniła, że wyprowadzi nas na autopistę 1. W miarę naszych możliwości zajęliśmy ją zwyczajową pogawędką, dowiedzieliśmy się, że jej brat remontuje stare samochody i sam ma chevroleta z lat 50-tych. Jechaliśmy dość długo, co zaczęło nas nieco niepokoić, ale prawdziwy moment paniki pojawił się wraz z autem, które zrównało się z nami, a siedzący w środku rośli Kubańczycy w ciemnych okularach gestami dawali nam znaki, że mamy zjechać na pobocze. Michał zaczął zwalniać, a Krzysztof pod wpływem przeczucia krzyczeć histerycznie „Jedź, k…a, nie stawaj”, na co kierowca instynktownie przyspieszył. Do dziś nie wiemy, co by się wydarzyło, gdybyśmy się zatrzymali, ale Marta twierdzi, że jeden z gości trzymał kij baseballowy. Nasza ucieczka nie ucieszyła naszej pasażerki. Co prawda wyprowadziła nas na autostradę, ale stwierdziła, że jednak nie jest jej tak po drodze, jak nas wcześniej zapewniała i zażyczyła sobie 25 CUC na powrót. Marta, jak to bywa po alkoholu lub w sytuacjach nerwowych, nabrała nagle niezwykłej biegłości w hiszpańskim i jasno wytłumaczyła pasażerce mimo naszej woli, że dostaje 10 CUC, bo jesteśmy niezwykle mili, a jak sama nie wysiądzie, to jej panowie pomogą. Przeżyliśmy, ale nastroje trochę siadły – sytuacja i nasze reakcje nas zaskoczyły.

Do Cienfuegos dojechaliśmy bez dalszych przygód. Zobaczyliśmy Palacio de Valle i Parque Jose Marti, po dwóch godzinach spacerowania ruszyliśmy w dalszą drogę do Trynidadu.

Trynidad i okolice (22-24.02.2008)

Przez gąszcz wąziutkich, jednokierunkowych uliczek udało nam się, psim swędem, dojechać prosto do naszej kwatery – casa particular (Patricio Cidron Hernandez Hospedaje, Calle Mario Guerra #165 Altos e/ Frank Pais y Jose Marti, email: patricio 19512000@yahoo.es) – nagranej przez Nancy Perez w Hawanie. Na Kubie prywatni przedsiębiorcy organizują się w nieformalnych sieciach rodzinno-przyjacielskich. Skoro masz już wynajęty pokój z Hawanie, gospodyni odpyta Cię przed odjazdem, dokąd się dalej udajesz i czy masz rezerwację noclegu, jeśli nie – wystarczy jeden telefon, żebyś miał. Podczas 3-tygodniowego pobytu tylko raz jechaliśmy w ciemno.

Auto zostawiamy zgodnie z przykazem wypożyczalni na strzeżonym parkingu, czyli uliczce przed domem (Parqueador Oficial, Juan Borell Placeres, 1 CUC dziennie).

Nasz przesympatyczny gospodarz Patricio opowiada nam po hiszpańsku o wszystkich miejscowych atrakcjach, częstując przy tym szklaneczką pysznego soku z gujawy. Wszyscy siedzą na patio, popijają sok, Patricio opowiada, a Marta tłumaczy, a że zasób słów mocno ograniczony, trzeba działać zgodnie ze starą prawdą, że co się nie naumiało, to się ponawygląda lub pościemnia. W tym konkretnym przypadku, raczej pościemnia, częściowo treści można domyślić się z kontekstu, częściowo przypominają się informacje wyczytane w przewodnikach, ale są też fragmenty, kiedy pada instrukcja „A teraz uśmiechamy się i kiwamy głowami, bo nie mam zielonego pojęcia, o czy on mówi”. Po zajawkowaniu wszystkich miejsc wartych odwiedzenia, przechodzimy do sekcji pytań ze strony naszego gospodarza – a co myślimy o komunizmie, a co się  u nas zmieniło po upadku poprzedniego systemu, a czy jest lepiej, etc. Marta w odpowiedziach stara się, zgodnie z przewodnikowymi radami, zachować się bardzo dyplomatycznie, nie krytykować za bardzo, w końcu nie wiemy kim naprawdę jest nasz rozmówca, ale też przemycić dobre strony zmian.

Podczas wieczornego spaceru następuje sprawdzanie jadalni, bo głód nam mocno doskwiera. Wesoła córka kucharki skutecznie wabi nas do kuchni matki, mieszczącej się w głębi budynku, za grubą kratą. Część wycieczki odmawia współpracy i dopiero po wstępnej eksploracji i potwierdzeniu, że są tam inni turyści, ładnie pachnie, a kelnerują dwie urocze 10-latki – przekonuje się do wejścia i skorzystania z usługi gastronomicznej (niezłe krewetki za 6 CUC, dobra ryba, a na deser flan za 1 CUC). Po kolacji nie wypala plan szukania Casa de la Trova z kubańską muzyką, bo wszyscy mają dużą potrzebę odespania dzisiejszych emocji.

Następnego dnia upał zachęca nas do zmiany planów. Zamiast biegać po muzeach, udajemy się na jedną z najpiękniejszych, kubańskich plaż (wg przewodnika) – Playa Ancon. Woda o temperaturze pokojowej i mocne słońce szybko daje się we znaki naszej bladej, pozimowej skórze.

Po południu krążymy po rynku Plaza Mayor i okolicznych uliczkach i oglądamy miejscowe wyroby dla gości w najbardziej turystycznym (ale prześlicznym) spośród kubańskich miast, do którego codziennie przyjeżdżają dziesiątki wycieczek autokarowych z Varadero. Sprzedawcy nie schodzą z cen, ale dodają od siebie różne gadżety, zachęcając do kupna. W ten sposób wszyscy stajemy się posiadaczami naszyjników przy okazji zakupu lokalnej maski przez Gosię. Oglądamy też miasto z góry, z wieży dawnego kościoła, w którym obecnie jest muzeum, Museo de la Lucha contra Banditos, z prawdziwym hamakiem samego Che.

Kosztujemy miejscowy drink na bazie lokalnego rumu aguardiente – la chanchanchara w lokalu o tej samej nazwie. Jest w nim, poza rumem, miód, sok z cytryny, woda i lód. Dawniej robiono go z dwóch trzecich szklanki rumu i jednej trzeciej szklanki soku z cytryny. Pod koniec XIX wieku żołnierze rozgrzewali się nim podczas chłodnych wieczorów. Uwieńczeniem dnia jest langusta w domu naszego gospodarza (8 CUC) – wielka góra pysznego jedzenia, która uniemożliwia nam udział w tańcach pod gołym niebem w Parque Cespedes. Po takiej dawce pokarmu i słońca, zamiast Kubańczyków porywa nas w swe objęcia Morfeusz.

Kolejny dzień w Trynidadzie zaczynamy od pysznego śniadania (owoce, omlety, bułki, miód, ale także ser i kiełbasa) pod czujnym okiem Patricio. To musi być jakiś lokalny zwyczaj, towarzyszenie gościom w trakcie jedzenia, ale nie razem przy stole, a obok i ciągłe lustrowanie czy jedzą i czy nic im nie brakuje. Tak też było w Hawanie. Po śniadaniu idziemy na dworzec, żeby odkryć, że ‘tren turistico no va’ (nie kursuje) – lokomotywa w naprawie, ale ‘no hay problema’ (to najczęstsza fraza w Ameryce Łacińskiej), bo będzie inny pociąg, tańszy, jadący tą samą trasą, a w zasadzie autobus na szynach (6 CUC). Ta opcja nas nie przekonuje i wracamy po samochód, podobnie jak inni oczekujący z nami obcokrajowcy. Do Valle de los Ingenios, czyli Doliny Cukrowej trafiamy dzięki wskazówkom miłych tubylców. Wspinamy się na wieżę (brawa dla Gosi, która mierzy się z lękiem wysokości), sprawdzamy działanie trepiche do wyciskania soku z trzciny cukrowej i podziwiamy pola trzcinowe. Wracamy przez Mirador de Topes de Collantes (5 CUC), z którego maszerujemy do wodospadu Salto del Caburni. 3-godzinny spacer okazał się wart wysiłku, na szczęście droga powrotna pod górę była łagodniejsza niż ta do wodospadu w dół. Woda była tak zimna, że tylko panowie odważyli się popluskać się w niej po kolana. W drodze powrotnej podrzucamy do miasta niemieckiego kolegę i przed kurczakową kolacją na kwaterze zaliczamy jeszcze drinka w Casa de la Musica na schodach koło katedry i Museo Romantico. Dzień kończymy drinkiem w barze Daiquiri przy Parque Cespedes.

Camaguey (25-26.02.2008)

Rano niespodziewanie kierowcę dopada zemsta Fidela, ale mimo to nakarmieni przez Patricio i wyposażeni w adres zaprzyjaźnionego casa particular wyruszamy do Camaguey przez Ciego de Avila. Po drodze zatrzymujemy się w Sancti Spiritus (jedno z najstarszych miast założonych przez europejskich kolonialistów w 1514 roku), gdzie na parkingu trzech panów prosi nas o podzielenie się garderobą. Jeden z nich czeka na nasz powrót i Krzysztof musi wyskoczyć z obiecanej mu koszulki. Sancti Spiritus nie zrobiło na nas kolosalnego wrażenia, ale cykaliśmy się trochę o bagaże zostawione w aucie plus krążyło nad nami widmo zemsty Fidela. Poskutkowało w końcu przymusem skorzystania z wykupionej opcji dodatkowego kierowcy…

W Camaguey na polecanej kwaterze (Hostal Bertha y Tania, Calle Lugareno 607, tel. (53-32) 293678)) czeka na nas tylko jeden pokój, szukamy więc drugiego lokum. Chory zostaje oddelegowany do wygodniejszego łóżka, a reszta udaje się na spacer po uroczym miasteczku, przypominającym nieco klimatem Trynidad, ale z większą liczbą kościołów. Przystanek w Taberna de los Tres Reyes przy Plaza San Juan de Dios nie należy do specjalnie udanych i kosztuje nas 18,70 CUC. Z Camaguey pójdzie nam szybciej niż planowaliśmy, więc musimy nieco zmodyfikować wstępny plan podróży.

Następnego dnia rano przebieżka po kościołach Camaguey, po rynku owocowo-warzywnym i wysłuchanie próby super chóru na Plaza San Juan de Dios, a następnie przerzut do Holguin z przystankiem w Las Tunas, gdzie oglądamy pomnik Jose Marti w formie słonecznego zegara i masę opuncji w doniczkach na centralnym placu (nazwa miasta zobowiązuje, las tunas to owoce opuncji właśnie).

Holguin (26-27.02.2008)

Do Holguin jedziemy z lekkim sercem, ponieważ jest tam teoretycznie nadpodaż kwater. Pani Bertha załatwiła nam lokum, do którego ma nas doprowadzić wysoki i szczupły Rolando, ubrany w kolory czerwony, biały i czarny, czekający na nas na wjeździe do Gibara. Postanowiliśmy jednak zaufać naszej drugiej gospodyni z kwatery naprzeciw Teatro Prinicipio w Camaguey, która poleciła nam usługi Dra. Celii Serret Chang (Pepe Torres No.75 (bajos), e/. Arias y Agramonte, email: walfridodg@hlg.etecsa.cu, te. (53-024) 424581). Panie się jednak nie dogadały i dra. Celia ma dla nas tylko 1 dwuosobowy pokój. Po wykonaniu około 20 telefonów – nie zostawia się przecież poleconych przez znajomych turystów samym sobie – znajduje nam nocleg nieco za miastem w Villa Dayi (Lic. Ezequiel Daniel y Mabel, Calle 26, No. 16, entre Carratera a Gibara y 5ta. Alcides Pino, tel. 427471, 28 CUC od pary ze śniadaniem). Okolica nieco slumsowa, ale dom i pokoje wydawały się być ok, dopóki w brodziku nie wybiło szambo, co zakończyło się skuciem podłogi w salonie i w garażu (tu było serwowane śniadanie) i wymianą rur kanalizacyjnych.

Holguin przeżywa chyba turystyczne oblężenie, ponieważ do problemów z zakwaterowaniem, wkrótce dołączyły problemy z jedzeniem. Do poleconej restauracji się nie dostaliśmy, bo trzeba było mieć rezerwację. Skorzystaliśmy więc wyjątkowo i pod presją z państwowego lokalu – eleganckiego Salon 1720 (przyzwoita kolacja, 20 CUC za 2 osoby). Wstępny spacer zapowiadał, że Holguin jest bardzo przyjemnym miastem (z ciekawostką – pomnikiem papieża Jana Pawła II), ale my szykowaliśmy się przede wszystkim do wizyty na oddalonej o 54 km plaży Guardalavaca.

Guardalavaca (27.02.2008)

Z Holguin wyjechaliśmy na Gibarę, co wydłużyło nam trasę na plażę, ale za to dostarczyło całej masy innych wrażeń. Dzięki pomyłce mieliśmy szansę przejechać piaszczystą drogą przez prawdziwe kubańskie wioski oddalone od głównych szlaków i obejrzeć woły z jarzmem, czarne świnie, chatki z bananowca, bananowe sady, płotki z kaktusów strzegące biednych obejść przed wtargnięciem obcych. W każdej wiosce mijaliśmy szkółkę w murowanej chatce z obowiązkową flagą i uczniów w odprasowanych mundurkach (białe koszule, niebieskie chusty, bordowe spódniczki lub spodenki).

Trafił nam się też autostopowicz, 60-latek jadący do swojej wioski i pierwszy mandat (10 CUC), co prawda nie bardzo wiemy za co (wychodziło nam, że za włączenie kierunkowskazu przy wyprzedzaniu rowerzysty…?), ale  od bardzo miłego policjanta. Mandat został wpisany do książeczki auta z wypożyczalni i później odjęty od zwracanej kaucji. Zmniejszyły się też bagaże Gosi i Michała, którzy rozdali większość dziecięcych ubranek i zapasów mydlano-lekowych wdzięcznym za prezenty mieszkańcom.

Plaża byłaby super nagrodą po tych przygodach gdyby nie… deszcz. Najpierw kropiło, potem zrobiło się zimno i musieliśmy się zwinąć po pierwszej kąpieli. Ledwo dojechaliśmy do zrekonstruowanej indiańskiej wioski Aldea Taina i muzeum-cmentarzyska Chorro de Maita, kiedy spadł ulewny deszcz. Kelner pozwolił nam zajrzeć do wioski, gdzie obejrzeliśmy naturalnej wielkości figury obrazujące codzienne życie rdzennych mieszkańców przed wiekami. Negatywnie natomiast odniósł się do naszych pytań o możliwość spożycia posiłku lub herbaty, więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Powrót na plażę nie miał sensu, bo lało jak z cebra. Nie było też szans na kolejny spacer po Holguin, bo tam też było oberwanie chmury, nawet objazd samochodem nie miał sensu, bo deszcz był zbyt intensywny i przez szyby nic nie było widać.

Baracoa (28-29.02.2008)

Uciekając przed deszczem, ruszyliśmy do Baracoa. Droga wcale nie była taka zła, jak opisuje ją większość przewodników, chociaż dziury w asfalcie się zdarzały, a przejechanie 250 km w kiepskiej pogodzie zajęło nam finalnie 6 godzin, z postojem na pizzę na stacji benzynowej El Rapido w Moa. W polecanej przez wszystkich Casa Elvira – brak miejsc, ale gospodarz również tu nie zostawia nas bez pomocy (może to zasługa przywiezionych mu przez Małgosię kart) i przekazuje dalej do Casa Azul (Dra. Susana i Dr. Frank, Calle Frank Pais No.13, tel. 642519, email: frank2005@toa.gtm.sld.cu), której właściciele, para lekarzy swobodnie porozumiewają się po angielsku – uff, chwila przerwy w dukaniu. Podczas nocnego spaceru, trafiamy do baru z trova – panowie śpiewają piosenki na życzenie. Lecą Che, El Comendante, Guantanamera, Las Gardenas i lecą też pesos do puszki.

Spragnieni plaży, pierwszy dzień w Baracoa zaczynamy od Playa Maguana, 20 km na północ od Baracoa – prawdziwe Karaiby z mojito i homarem przyniesionym przez lokalsów, ciepła, turkusowa woda. Od plażokrążców kupujemy drewniane naczynia do mojito i pałeczki do wystukiwania gorących rytmów oraz 4 banany i 4 pięknie dojrzałe mango. Te ostatnie daje nam w zamian za ubranka dla dzieci mężczyzna, który opowiada nam swoją historię i bardzo się cieszy z wymiany. Niestety nie jest nam dane spróbować soczystych owoców, bo uprzedza nas wielka, buszująca po plaży świnia. Wykorzystuje spacer jednej pary oraz chwilę nieuwagi drugiej i wsuwa bez mrugnięcia okiem 3 owoce.

Wieczorem, po udanym plażowaniu, wizyta w Casa de Chocolate (niespodzianka, płatność w walucie nieturystycznej, 7,20 moneda nacional, czyli czekolada po 5 groszy) i runda po barach. Muzycy z Casa de la Trova przybijają z nami piątki, kojarzą nas z wczoraj. Kupują nas tym, więc zostajemy na dłużej (tzn. przedłużamy pobyt w Baracoa o 1 dzień, co podobno zdarza się każdemu, kto tu dotrze). Kolacja ok, choć bez fajerwerków w paladorze Casa Colonial (jagnięcina i wieprzowina, 9 CUC na osobę + napoje). Podczas wieczornego spacerku panowie nabywają w celach doświadczalnych lokalne tanie cygara Guantanamo. Smakują raczej sianem… Ale za to ta banderola!

Bahia de Taco (1.03.2008)

Wizyta w Bahia de Taco zrodziła się w odpowiedzi na potrzebę obcowania z naturą zgłoszoną przez Michała – 3 godz. przejażdżka łódką wiosłową po zatoce (żyją tam podobno manaty, ale się nie ujawniły) i lasach namorzynowych, spacer po dziewiczej plaży z wielkimi muszlami i sporo pracy fizycznej, bo Michał z Krzyśkiem dali się namówić na odciążenie dziadka-wioślarza i nieźle się zmachali w drodze powrotnej. Wstęp do Parku Humboldta, na terenie którego leży zatoka, kosztował po 8 CUC od osoby (przez biuro Havanatour). Do tego jeszcze Gosia zgubiła zegarek, czym najbardziej przejął się dziadek-wioślarz, gotowy natychmiast zawracać na plażę i poszukiwać go do skutku.

Wracając przez Finca Duaba, gdzie zjedliśmy wołowinę i wyjątkowo bezsmakowe smażone bataty,  zobaczyliśmy najcenniejszy tutejszy zabytek – krzyż Kolumba w katedrze w Baracoa.

Na kwaterze czekała nas krewetkowa kolacja, a po niej chętni udali się na dyskotekę, na której za 5 CUC uczą salsy, a bilet wstępu za 1 CUC zawiera „refresco”.

Niestety nie załapaliśmy się na bazar w Baracoa – wieczorem stawiano stragany, ale rano okazało się, że dopiero je malują… Krzysztof natomiast załapał się na fryzjera, który tak się ucieszył z wizyty turysty, że wyprosił wszystkich innych klientów z lokalu na czas golenia vipowskiej brody.

Santiago de Cuba (2 – 4.03.2008)

Ostatni etap podróży na zachód – La Farola – jedno ze szczytowych osiągnięć Fidela i rewolucji, imponujący przejazd przez góry z licznymi punktami widokowymi i jeszcze liczniejszymi tablicami ostrzegającymi przed śmiertelnymi wypadkami i niebezpiecznymi zakrętami (Curvas peligrosas). Droga licząca 245 km zajmuje nam 5 godzin.

W Santiago trafiła nam się słaba kwatera, ale los nam sprzyjał i nasz gospodarz przypomniał sobie o planowanym remoncie, czego pokłosiem były nasze przenosiny do milszego lokum z serdeczną gospodynią,  z pięknym tarasem i widokiem na całe miasto (Villa Azul, Lourdes Bas y Lalo Casas, San Carlos No. 486, e/Reloy y Calvario, tel. 652757).

W dniu pierwszym zaliczamy przewodnikowy spacer po głównych atrakcjach miasta: Parque Dolores i Cespedes, Hotel Grande i najstarszy dom na Kubie – Casa de Valazques. Kolacja w Palador Las Gallegas (jagnięcina, mojito), w której nabywamy płytę z dedykacją od śpiewaka, który specjalnie dla nas wykonał jeden utwór po rosyjsku (sic!). Wieczór kończymy w Casa de la Trova, gdzie gra zespół Exitos – też nabywamy płytę, a motyw na trąbce będzie latami służył Gosi  jako dzwonek w telefonie…

Dzień drugi:

  • bazylika El Cobre z Virgen de la Caridad, w której Kubańczycy składają ekspresowe wizyty: wejście, złożenie kwiatów, wyjście; przychodziły rodziny całe w bieli, może wyznawcy Regla del Ocha (santeria), ponoć Najświętsza Panienka Dobroczynności to odpowiednik Oshun – jednej z orishas (bogiń w karaibskim kulcie santeria, praktykowanym przez potomków dawnych niewolników),
  • kolejny punkt programu niezrealizowany – nie znaleźliśmy Museo de Imagen z licznymi aparatami fotograficznymi i zdjęciami, zawiódł przewodnik,
  • El Morro – twierdza strzegąca miasta, duże wrażenie, straszny upał, piękne widoki i niestety ‘no hay’ (nie ma) w restauracji, w której zaplanowaliśmy lunch,
  • muzeum rumu (Museo del Ron – 2 CUC od osoby, z degustacją) na głodniaka wzbogaciło nas o wiedzę o narodowym trunku Kuby,
  • balkon Velazqueza, calle el Pico (ze schodami), calle Saco, Plaza de Dolores (stop na kanapki i napój),
  • Parque de Marti po kolacji kurczakowej na kwaterze i długa rozmowa z mieszkańcem Santiago, który 2 lata spędził w Czechosłowacji i rozmawiał z nami mieszanką czesko-hiszpańską o Jabłońskim, Gierku, Katowicach, polskiej wódce, czeskim piwie, Lechu Wałęsie, a na koniec poprosił o regalito pesito (czyli parę groszy),
  • lokalna tancbuda, w okolicy Muzeum Karnawału, gdzie nie było żadnych turystów, w której Krzysztof i Gosia próbowali swoich sił w salsie, a instruktorce Krzyśka za poniesione trudy trzeba było postawić mojito (3CUC). Na parkiecie było jednak paru magików, mających na karku sporo lat i równie wiele młodych dziewczyn stojących w kolejce, żeby z mistrzem zatańczyć przynajmniej pół obrotu.

Ogólne wrażenia z Santiago – miasto mniej pomnikowe, mniej turystyczne, bardziej autentyczne, z codzienną, życiową energią, ale i nieco mniej bezpieczne niż Hawana. Niemiły incydent – ktoś na naszym samochodzie z wypożyczalni napisał „puta” (palcem na kurzu). Dla kontrastu – szczera radość lokalnych dzieciaków, które dostały piłkę nożną.

Dzień trzeci spędziliśmy na obserwacjach aktywności Kubańczyków na plaży Cazonal – łowienie ryb, pieczenie ryb, spożywanie ryb w cieniu, oraz na grze we frisbee w płytkiej wodzie. Następnie daliśmy się naciągnąć na rejs łodzią po Lagunie Bacanao. W programie – tylko w teorii niestety – były pelikany, flamingi i delfiny. W realu widzieliśmy tylko krokodyle trzymane na brzegu w klatkach. Bonus był taki, że podczas naszej nieobecności ktoś nam umył auto. Ominęliśmy już kolejną atrakcję – park „Valle de la Prehistoria” z kiczowatymi dinozaurami. Wracając, wstąpiliśmy do wioski artystów, ale nic się w niej nie działo, więc był czas na wieczorny spacer po koszarach Moncada. Przepyszną kolację (ryba w sosie, ryż z fasolą, smażone banany itd.) zjedliśmy w domu na tarasie i zasiedzieliśmy się przy grze w kości.

Remedios (5-6.03.2008)

Pora rozpocząć powrót na wschód. Pokonujemy mega długą i nieciekawą drogę do Remedios, z przystankiem na pizzę na stacji benzynowej w miejscowości Florida.  Carretera Central doprowadza nas do autostrady wschód-zachód (autopista). W mieście, gdzie dojeżdżamy o 19:30,  co drugą przecznicę pytamy o drogę, bo nie ma znaków na centrum. W końcu trafiamy, raczej przez przypadek niż z powodu dobrych wskazówek, prosto pod kwaterę (Casa Colonial, Peres Romes, Miguel y Goalis). Druga – czeka na nas niedużo dalej, tuż przy głównym placu (obie załatwialiśmy SMS-owo po drodze z namierzoną w necie Polką mieszkającą na Kubie). Kierowca padł ze zmęczenie, a reszta dowlokła się na doskonałe krewetki, najlepszą na świecie zupę rybną i bajeczną sałatkę owocową. Na rynku trwa fiesta – spacerujemy pomiędzy straganami, pijemy mojito w barze El Louvre. W Remedios zapewniono nam zakwaterowanie w kolonialnych willach o przepięknie utrzymanych i stylowo urządzonych wnętrzach oraz wyżywienie najwyższej klasy. Nie można też przemilczeć faktu, że mamy parkingowego, który odprowadza nasze auto na miejski parking, ponieważ samochód nie może zostać na noc w ścisłym centrum.

Następnego dnia, po magicznym śniadaniu z morzem soku anansowego i przeglądem owoców tropikalnych, udajemy się na poszukiwania złotego ołtarza (kościół San Juan Bautista de Remedios), spacer po Plaza Marti i zwiedzanie Museo Parrandas Remedianas (1 CUC), wystawy poświęconej miejscowemu świętu obchodzonemu  w nocy z 24.12 na 25.12, kiedy 2 dzielnice Remedios walczą ze sobą na parady, wieże świetlne, sztuczne ognie, fajerwerki i kostiumy.

Po odhaczeniu tych atrakcji 48km droga wzdłuż grobli doprowadza nas na plażę Perla Blanca na wyspie Cayo Santa Maria, która w 100% spełnia nasze marzenia o Karaibach – turkus wody, biel piasku i żar słońca.

Wieczorem kolacja krabowa u gospodyni Gosi i Michała – może jednak uda nam się namówić naszych gospodarzy, żeby nas zaadoptowali i zostać w tym raju na zawsze…? Niespecjalnie mamy doświadczenie w jedzeniu krabów – dobrze zatem, że ten pierwszy raz obserwuje tylko nasza gospodyni. Potem, jak zwykle przed snem, mała rundka po rynku i mojito w El Louvre (oj, to mojito chyba uzależnia…).

Vinales (7-8.03.2008)

Tradycyjnie już błądząc przy wyjazdach z miast, docieramy autopistą do Santa Clara na obowiązkowy stop na Placu Rewolucji i zdjęcie (panie) pod pomnikiem Che. W niewielkim muzeum, jak zwykle z przyjemnością (panie), oglądamy zdjęcia wodza… Po zaliczeniu tego rewolucyjnego minimum, znowu z trudem, wyjeżdżamy na autopistę do Pinar del Rio, za Hawaną zmieniając kierowcę i kolejny raz posilając się pizzą na stacji benzynowej. Do małego, sympatycznego Vinales docieramy ok. 18:00. Kolację, tradycyjnie, zamawiamy na kwaterze (Villa Purry). I jak zwykle dzień kończymy mojito w barze – tym razem z muzyką na żywo.

Rano zaskakuje nas chłód – pierwszy raz trzeba wyciągnąć polary i długie spodnie. Zwiedzamy wapienne jaskinie Santo Tomas – z przewodnikiem i w kaskach z czołówkami. Robią duże wrażenie – tym bardziej, że trasa jest momentami mało amatorska, przewodnika ledwo widać i zastanawiamy się, co by na to powiedział nasz ubezpieczyciel… Potem przed nami piękne krajobrazy doliny Vinales, z charakterystycznymi wapiennymi mogotami (pagórkami o regularnych, stożkowych kształtach), z których najbardziej znane to Dos Mogotes Hermanos. Pomiędzy nimi chałupnicze suszarnie tytoniu. Oczywiście trafiamy też pod Mural Prehistoria, gdzie nie możemy się oprzeć pokusie zrobienia sobie zdjęć, a Krzysztof także – przejechania się na koniu (odkrycie wyjazdu: amerykańskie siodło nie wymaga anglezowania), prowadzonym przez jednego z licznych „oferentów atrakcji”. Z zażenowaniem mijamy wycieczkę rodaków, którzy usiłują dosiąść rzeźbę byka, co utrudnia im krążący w żyłach rum. Trasą na północ, obok Cueva del Indio, docieramy do doliny Acon, a obiad jemy w Finca San Vincente. Zostaje nam jeszcze południe doliny, które podziwiamy z tarasu obok hotelu Jazmines.

Po powrocie do Vinales robimy rundkę po pueblo, a po kolacji i grze w kości ruszamy na obowiązkowe mojito i na koncert do baru, okutani we wszystkie ciepłe ubrania, jakie znaleźliśmy w plecakach.

Hawana (9-11.03.2008)

Rano, w co trudno nam uwierzyć, jest jeszcze zimniej. Mimo tego (nadzieja matką głupich) wyruszamy groblą na plażę na wyspie Cayo Jutias. Szaleją wiatr i fale. Wpisujące się za to w pogodę nagie, zasolone drzewa są bardzo klimatyczne.

Do Havany docieramy autopistą (od Pinar del Rio), przy okazji przejeżdżamy szeroką Quinta Avenida, na której mieszczą się ambasady. Malecon pokazuje inne oblicze – przez murek przelewają się fale! Na obiad zatrzymujemy się w Vedado, gdzie w nieźle zakonspirowanym, eleganckim paladarze pierwszy raz mamy okazję posmakować legendarnej kubańskiej potrawy „ropa vieja” z poszarpanej wołowiny (ach, dlaczego dopiero teraz?).

Wracamy na stare śmieci, pod casa particular Nancy Perez i odstawiamy auto pod hotel Inglaterra. Wieczorna rundka obejmuje: mojito w barze Hanoi Bucanero, „micheladę” czyli piwo z sokiem z cytryny w szklance z brzegiem oszronionym solą w austriackim browarze przy Plaza Vieja oraz muzykę na żywo w barze przy calle Obispo.

Kolejnego dnia, kiedy na szczęście wraca słoneczna pogoda,  zapoznajemy się z procesem produkcji cygar w największej fabryce – Partagas. Wycieczka niestety jest obowiązkowo z przewodnikiem, ale i tak jest ciekawie, zwłaszcza jak się próbuje robić zdjęcia tam, gdzie nie wolno i z niedowierzaniem obserwuje „lektora”, który czyta robotnicom gazety i książki.

Reszta dnia upływa nam na spacerze po starówce: calle Teniente Rey, calle Obispo, calle Cuba, Paseo de Prado oraz po Maleconie, ze szczególnym uwzględnieniem galerii obrazów i sklepików z płytami, instrumentami muzycznymi i pamiątkami, gdzie skwapliwie dokonujmy licznych zakupów. Obrazy zdjęte z ram są zwijane w rulony, owijane w gazety i oklejane, a kosztują ok. 30 CUC. Torba opróżniona z dziecięcych ubranek szybko zapełnia się drewnianymi pamiątkami, czekoladkami i rumem Havana Club, Mulata oraz aguardiente (Air France pozwalał wtedy za ocean zabrać 2 bagaże rejestrowane).

Po kolacji i piwku przy Plaza Vieja oraz mojito przy muzyce na calle Obispo przychodzi czas na długie nocne rodaków rozmowy na balkonie…

W dniu wylotu dokupujemy jeszcze pamiątki, ale robimy też ambitną rundkę spacerową – przez bazarek na calle Obispo, obok Capitolu, gdzie negocjujemy taksówkę na lotnisko, a później południową częścią Havana Vieja, trasą kościołów, obok portu, do Plaza San Francisco, z postojem na piwko na Plaza de Armas. Obiad jemy niedaleko kwatery w Hanoi Bucanero (szkoda, że mają tam nienajlepsze mojito, ale chociaż tanie) i po ogarnięciu licznych klamotów z trudem wciskamy się ok. 17:00 do taksówki na lotnisko. Mamy czas. Jeszcze starczy i na piwko / mojito w hali odlotów i na uzupełnienie zakupów (nigdy za dużo Havana Club!) w bezcłówce…

  • Salsa na ulicach i w casas de la musica z muzyką na żywo, taniec każdy Kubańczyk i Kubanka ma we krwi, naprawdę!
  • Wrażenie jazdy wehikułem czasu – cadillaki z lat 50-tych, sklepy z octem na półkach, kolonialna architektura zapadająca się pod ciężarem lat, komunistyczne hasła na murach i banerach z minionej epoki
  • Nieskończona gama drinków z rumem, a jeden lepszy od drugiego i dolewki za bezcen
  • Wielkie muszle na dziewiczych, karaibskich plażach
  • Moralny niepokój – czy na pewno wspieramy peso wymienialnym obywateli czy rząd
  • Transport – przemieszczanie się po wyspie bez wynajętego samochodu nie jest niemożliwe, ale jest bardzo czasochłonne

Nasza ocena podróży (w punktach/100)

Jedzenie

Transport

Kwatery

Ludzie

NAPISZ DO NAS

Jeśli masz pytania dotyczące podróży to z przyjemnością na nie odpowiemy

KONTAKT