PANAMA – KOSTARYKA – NIKARAGUA 2016

PLAŻE, WULKANY, LENIWCE I MALOWANE KOGUTY NA ŚNIADANIE

13-14.02 W drodze do Panama City (i najdłuższe Walentynki w życiu)

Przylot Iberią z jednodniowym przystankiem w Madrycie (do Madrytu Ryanair/  Lot) – na czas i bez niespodzianek, z nadprogramowymi czekoladkami z okazji Walentynek. Na lotnisku grubsze targi o cenę taksówki na Starówkę, zakończone zapakowaniem nas do mikrobusu z innymi chętnymi (25$).

Po zameldowaniu w hostelu Hospedaje Casco Viejo (skasowano nas za 2, a nie za 3 osoby – 35$ za pokój za noc), Gosia z Michałem udali się na pierwsze obwąchanie z miastem. Sprowadziło się ono do obejścia połowy Starówki i degustacji lokalnego piwa Balboa, Panama i Soberania pod chipsy z platanów na ławkach w Parque Central i Parque Herrera, przy muzyce granej na żywo oraz obserwacji Panamczyków w wieczór Walentynkowy. Lokalna moda oddaje w 100% latynoamerykański stereotyp – lycra, obcisło i krótko, na topie podkreślanie wszelkich krągłości.

15.02 Panama City i Kanał

Eksplorujemy od rana (po backpackerskim śniadaniu: tosty, masło orzechowe, marmolada jagodowa – pełna samoobsługa) do wieczora Panama City – przyjemne, sprawiające wrażenie bezpiecznego miasto kontrastów:

  • od nowoczesnych wieżowców w nowej części i nadwodnej obwodnicy miasta po kolonialne w charakterze Casco Viejo z murami fortu wokół Plaza de Francia,
  • na Starówce pustostany i ruiny (np. Arco Chato) obok mega odnowionych willi i pałaców dla turystów,
  • skromne kościoły (San Jose) ze złotymi ołtarzami, których podobno dzięki sprytowi pewnego mnicha nie zdołał złupić pirat Morgan,
  • wykluczające się legendy, wg jednej – mnich pomalował ołtarz na czarno, wg innej – zatopił w Pacyfiku, twierdząc, że został oddany do odnowy; zgadza się to, że w obu przypadkach poprosił Morgana o 1000 dukatów, a ten będąc pod wrażeniem przekrętu, podarował mu je,
  • stoiska na ulicach z panamami obok butików z podobnie wyglądającymi kapeluszami, ale już w innych cenach (najtaniej jednak udaje się dostać kapelusz panamopodobny za 25$)
  • lokalne sklepy z podstawowymi artykułami nazywane imionami kobiet – właścicielek, a obok modne hipsterskie kawiarnie, np. Casa de Sucre z kawą za 3$, tartami i flanami
  • stare amerykańskie schoolbusy (los diablos) jeżdżące wciąż po ulicach obok 1-liniowego metra, w którym obowiązuje dość skomplikowany system opłat – najpierw karta za 2$, potem doładowanie – 35 centów za przejazd,
  • nowoczesny dworzec autobusowy Albrook, na którym nie sposób znaleźć odpowiedniego przystanku w kierunku Miraflores, bo nie ma żadnych oznaczeń, a każdy zapytany macha w przeciwną stronę (skończyło się taksówką, prawie w cenie 3 biletów, 8$ vs 3x1,25),
  • owoce morza za 10-12$ i przepyszne ceviche po 1-3$ za kubeczek na targu Mercado de Mariscos vs wypasione, puste w poniedziałek, restauracje na Amador Causeway, drodze łączącej 4 wyspy, powstałej z kamieni wydobytych przy budowie Kanału Panamskiego; Causeway to obok nadzatokowej promenady drugie ulubione miejsce mieszkańców stolicy na jogging, rolki czy rower; turystom oferuje fajny widok na zatokę, statki i wieżowce (taxi z Miraflores z przerwą na fotki panoramy i mostu Puente de las Americas, z powrotem do Mercado de Mariscos – 25$ za 3 osoby),
  • piwo Balboa lub Panama za 1$ na rzeczonym targu lub Porter, pszeniczne, Ale lub Pils za 5,50 $ w eleganckiej piwiarni La Rana Dorada, czyli złota żaba, warzącej własne piwa, firmującej się sentencją „Fermentacion y civilizacion son inseparables”,
  • najbardziej oczywista panamska różnica poziomów to dysproporcja w śluzach Kanału Panamskiego – w pierwszej od strony Pacyfiku, Miraflores, w dwóch komorach statek podnosi się (lub opuszcza) o 16,5 metra; każda śluza ma 2 nitki, aby równolegle mogły przez nią przejść 2 statki, a jest ich 50 i więcej dziennie. Śluzy umożliwiają podniesienie statku z poziomu oceanu na poziom sztucznego Jeziora Gatun, wyższy o 26 metrów. Po przepłynięciu jeziora Gatun statek jest opuszczany (podnoszony) w kolejnym zespole śluz – Gatun Locks. Spektakl przepływania wielkich kontenerowców jest ciekawszy niżby się mogło wydawać. Za tę przyjemność trzeba zapłacić 15$ – w cenie film o kanale, muzeum, taras widokowy. Można skorzystać tylko z tarasu, ale cena jest ta sama, o czym poinformowała nas urocza Pani w kasie. Chętnych było sporo, muzeum ciekawe z symulacją przeprowadzenia statku przez kanał. Byliśmy w porze przepływania największych kontenerowców – między 3 a 5 po południu.

16.02 Park Natural Metropolitano

Drugiego dnia w Panamie plan się sypnął, bo w hostelu o 22:30 nie udało nam się – niespodzianka (sic!) – załatwić na rano wycieczki do Indian Embera i rzeki Chagres. Pani wodzirej na recepcji zepsuła się komórka z namiarami na przewodników i klops, bo Casco Viejo nie oferuje zbyt wielu agencji turystycznych organizujących jednodniowe wypady w okolice stolicy. Łatwiej załatwiać wszystko przez internet, ale trzeba założyć co najmniej dwudniowe wyprzedzenie.

Zaaranżowaliśmy plan alternatywny – śniadanie w słynnej knajpie Coca Cola (powstałej w czasach budowania kanału) na granicy pilnowanej części turystycznej i żyjącej swoim latynoskim życiem Starówki (zupa sancocho, czyli panamska specjalność – rosół z juką, kukurydzą, batatem i kurczakiem 6,5$, omlet z warzywami 3,5$, jajecznica 2,5$), następnie – jedyny na świecie rezerwat z suchym lasem tropikalnym znajdujący się w obrębie granic miejskich, czyli Parque Metropolitano (taxi 5$, 4$ wejściówka) z pięknym widokiem miasta z poziomu 135 m n.p.m. Powrót za 7$ nielicencjonowaną taksówką  (parkowa jeździ za 10$ i wg jej kierowcy jest bezpieczniejsza). Ciekawe, że w drugą stronę zawsze wychodzi drożej, ćwiczyliśmy to już przy kanale. Po drodze konwersacja z kierowcą w ramach naszych ograniczonych możliwości językowych:

– Czy w Panama City jest niebezpiecznie?
– Tak, ale to wszystko przez narkotyki i broń, czyli przez Kolumbijczyków, Wenezuelczyków i Meksykanów.
– Co fajniej prowadzić: taksówkę czy el diablo?
– El diablo, bo więcej kasy.

Pan przewiózł nas przez getto i pokazał z zewnątrz budynek Dynasty – ponoć lokalny supermarket rozpusty i odstawił na targu z owocami morza – Mercado de Mariscos – jak miło, że Japończycy współfinansowali to miejsce. Na targu zjedliśmy ceviche z kalmarów i ośmiornicy (3$), super krewetki w sosie z marakui (15$) i zupę z owoców morza (8$).

Wieczorem na ławeczce nad zatoką uzupełniliśmy zaległości mailowe, korzystając z wifi odwiedzonej dzień wcześniej  piwiarni z sygnałem na tyle mocnym, że odbierał także w parku po drugiej stronie ulicy. Żeby zachować przyzwoitość skorzystaliśmy też z happy hours – piwa warzone na miejscu w połowie ceny. Na kolację wróciliśmy do Coca Coli, ale to był niewypał. Ewidentnie knajpa specjalizuje się w śniadaniach, a nie w mięsach typu ropa vieja czy bistec.

17-19.02 Archipelag San Blas

Pobudka o 5 i loteria – przyjadą po nas (zgodnie z korespondencją jeszcze z Warszawy) wysłannicy z biura San Blas Trip, czy też bez przedpłaty się nie da… Da się, o 5:15 jest kierowca Kuna Yala szukający na recepcji Małgorzaty, chociaż łatwiej dojść do tego, że chodzi mu o nas po liczbie osób (Los Tres) niż po wymowie imienia. Zgarniamy z hotelu w centrum jeszcze parę Brazylijczyków. Pokonujemy most Puente de las Americas (z 1962 roku) stanowiący umowną granicę między dwoma kontynentami. Droga do wybrzeża Morza Karaibskiego zabiera nam około 3 godzin, a jej druga połowa przypomina raczej rollercoaster. Bez pojazdu 4x4 należy zapomnieć o jej pokonaniu, a kiedy to już nastąpi, poza mocno wzburzonym błędnikiem, zostają przed oczami porosłe palmami i dżunglą wzgórza tonące w chmurach, mgle i deszczu.

W „porcie” w Carti podchodzi do nas Kuna „Jabba”  (autochton wyglądem i zakresem obowiązków przypominający Jabbę z Gwiezdnych Wojen) i przedstawia warunki dalszej podróży – 100$ transport tam i z powrotem, 125$ nocleg w chacie na Isla Aroma (2 noce), 3 posiłki dziennie i 2 wycieczki na okoliczne wyspy – płatne z góry. 20$ podatku za wjazd do autonomii (comarca) Kuna Yala zapłaciliśmy już na granicy, gdzie odbyła się wirtualna kontrola paszportów, bo w padającym deszczu nikomu nie chciało się wychodzić z wiaty. Zostajemy odstawieni motorówką na naszą wyspę (o średnicy plus minus 100 kroków, w 4 minuty obchodzi się dookoła), porośniętą palmami kokosowymi, zamieszkałą przez jedną rodziną (babcia nosi charakterystyczne bransoletki z pomarańczowo- żółtych koralików na wysokości całych łydek i przedramion), wspomaganą przez obsługę baru pod palmą oraz ekipę porządkową.

Z 365 wysp archipelagu San Blas 49 jest zamieszkanych przez większe społeczności Kunów – są na nich szkoły, bary, knajpy, trzcinowe domy ze strzechami, blachą falistą lub dachówką, wychodki na końcu molo i góry śmieci. Paręnaście mniejszych, rajskich wysepek zamieniono w karaibskie agroturystyki. Naszą wyspą zarządza „Jabba” – koordynuje wielkie przedsięwzięcie logistyczne, w którym non stop ktoś przyjeżdża lub odjeżdża, a on dba o to, aby łódki, wyspowe chatki i namioty były pełne, bo inaczej biznes się nie opłaca. Na wyspie może być na raz około 30 osób. Przewidziano dla nich 2 toalety i 2 prysznice oraz 1 umywalkę, o których czystość dba ekipa porządkowa (praktycznie sprzątająca po każdym użyciu). Warunki spartańskie, w chatkach – zbite z desek łóżka, a na nich niezachęcające materace. Brak wygód rekompensuje lazur wody, słońce i palmy – iście pocztówkowe widoki.

W ciągu dwóch dni odwiedzamy: trochę większą wersję Aromy, Isla Perro (z wrakiem statku obrośniętym koralem i rybkami), Isla Wailidup (z cabañami na palach i fajną knajpą Iguabi serwującą pyszne i ogromne ryby) oraz płyciznę na środku morza z rozgwiazdami – la Piscina (kiedyś była tu wyspa, ale globalne ocieplenie zbiera swoje żniwo). Trzeci dzień spędzamy na Aromie. Na lunche i kolacje – ryby z ryżem, ziemniakami lub patacones (ubitymi plasterkami smażonych platanów), na śniadanie – naleśniki lub jajecznica z parówkami. Na napojach przebitka dwukrotna w stosunku do lądu (piwo, kola, woda – 2$). Główne rozrywki to bujanie się w hamaku, bujanie się na falach oraz obserwowanie o zachodzie słońca fantastycznego show, jaki dają polujące, wielkie pelikany: parę kółek nad wodą, pikowanie pionowo w dół po rybę, odcedzenie wody z worka pod dziobem, przełknięcie ryby. I od nowa. Duże wrażenie robi to zwłaszcza jak przelatują nam metr nad głową…

W dniu urodzin Marty specjalna uczta – homar na lunch – doskonały prezent od Gosi i Michała. Luty to też specjalny miesiąc dla Kunów, obchodzą w nim rocznicę rewolucji (25.02.1925), w wyniku której w 1930 roku uzyskali autonomię (Kuna Yala oznacza ‘ziemia Kunów’ i oficjalnie zastąpiła nazwę San Blas). Przez cały miesiąc wiszą w każdym domu flagi niepodległościowe – czerwono-żółto-zielone z 2 dłońmi trzymającymi łuk i strzałę. Normalna flaga jest pomarańczowo-żółto-pomarańczowa z odwróconą swastyką.

Po lunchu (wg zapowiedzi „Jabby” około 4:30, faktycznie o 2:30) musimy opuścić to rajskie miejsce. Czas Kunom płynie nieco inaczej, dlatego ich terminy trzeba rozumieć w bardzo przybliżony sposób. Mężczyźni zajmują się łowieniem ryb, obsługą baru i czyszczeniem toalet. Kobiety znoszą w wybrane miejsca kokosy, które spadają z palm, zamiatają plażę, gotują, serwują jedzenie oraz produkują i sprzedają bransoletki i molas – obrazy wyszywane i komponowane z wielu warstw materiałów. Każdy ma swoje obowiązki, ale nie ma sztywnych deadlinów. Kokos spadnie, to się go podniesie, jak się ryba usmaży, to się ją poda, etc.

Powrót idzie sprawnie, ale nasz kierowca nie chce zrobić 2-ch przystanków – przy Hospedaje Casco Viajo po bagaże, które zostawiliśmy w przechowalni i docelowego – na dworcu autobusowym Allbrook. Telefon do biura podróży pozwala na wypracowanie kompromisu – kierowca zostawi nas pod hostelem, ale da 10$ na taksówkę. Dzięki tej operacji dostajemy w bonusie 5$ i jesteśmy na dworcu na tyle wcześnie, że prawie udaje nam się złapać bezpośredni autobus do Almirante. Niestety brak biletów (a niestety w Panamie nie można ich kupić wcześniej niż w dniu podróży!), a więc jednak pozostaje nam trasa kombinowana – do David o 7:35 wieczorem za 15,25$ (zimno jak cholera przez 8 godzin w autobusie dwupiętrowym), o 4:30 collectivo (publiczny, średniej wielkości autobus) do Almirante (gorąco i ciasno – 8,45$, 4 godziny), taksówka do portu (1$ od osoby, 2 km), water-taxi do Bocas del Toro (6$, 30 minut).

20-21.02 Bocas del Toro (więcej plaż)

Pobyt w Bocas zaczynamy od zonka. Okazuje się, że pomyliliśmy daty i nie ma dla nas pokoju, czekał przez poprzednie 2 noce. Za gapowe płaci się podwójnie, znajdujemy więc najtańszą, dostępną opcję (45$ za trójkę), przypominającą nieco bunkier (z karaibskim malunkiem na ścianie) i po chwili dramatu wracamy do cieszenia się wakacjami. Wrzucamy na śniadanie pancakes i jajecznicę z warzywami z arepą i kawę (w sumie 18$) i ruszamy na plażę – Playa de las Estrellas – pół godziny vanem collectivo i 3 minuty łódką (4$ w sumie od osoby w jedną stronę). Na collectivo trzeba zaczekać dłuższą chwilę, a plaża po San Blas nie robi mega wrażenia, mimo rozgwiazd, licznych barów i plażowych atrakcji, takich jak pływające banany, ceviche, muza i gadżety, tym bardziej, że zaczyna kropić deszcz. Ostatni autobus jest o 6:30. Można też wrócić bezpośrednio łódką (przy komplecie 8$ od osoby, przy 3-ch osobach 40$). Łódka przywozi nas perfekcyjnie na przedostatni autobus. Jemy kolację w chińskiej garkuchni przy parku Bolivar: zupa z  owocami morza, krewetki (10,50$ z colą). W Bambu Bar – głównym barze miejskiego deptaka – wypijamy po drinku i dobijamy pizzą (6$ pina colada, mojito i caipirina, 9,50$ pizza mafia). Tanio nie jest, więc młodzież stara się wytanić. Obserwujemy jak 12 chłopaków kupuje w knajpie 4 piwa, a wypija 48 – puszki po 44 piwach przyniesionych ze sklepu chłopaki dla niepoznaki zabierają ze sobą.

Drugiego dnia w Bocas skaczemy motorówką po wyspach. Pada na Gambit Tours/Infocenter Ask. Przekonują nas program i cena: Zatoka Delfinów, Zatoka Korali, Isla Bastimentos, Cayos Zapatillos, Wyspa Leniwców (Isla de Perezosos) – 35$ od osoby z uwzględnieniem opłaty za wstęp do parku narodowego (10$). Do ceny trzeba dodać koszt obiadu na Isla de Bastimentos: owoce morza (kalmary, pasta i mix mariscos – 15$ od osoby). Program realizujemy w 100%: delfiny pojawiły się, co prawda, w ostatniej chwili, ale były. Nasz kapitan już się poddał, kiedy jego pomocnik wypatrzył wynurzające się ssaki, za co początkowo dostał ochrzan, bo kapitan myślał, że żarty się go imają. Na przystanku koralowym nie widzieliśmy dużo rybek, za to fajne formacje koralowe: fioletowe rurki, beżowe mózgi i czerwone niby krzaki. Pierwsze podejście do Isla Bastimentos służyło zamówieniu lunchu, po 1,5 godzinie na Zapatillos jedzenie jest natychmiast podawane. Poza turystami pożywia się tu także ziarnami słonecznika kolorowa i wielka Ara. Wyspę Zapatillos nr 1 staraliśmy się obejść dookoła, ale na ostatnim zakręcie plaża się skończyła i zastąpiła ją plątanina drzew schodzących do wody, co przy wysokiej fali i aparatach fotograficznych w ręku nie pozostawiło nam innego wyjścia, jak zawrócić. Drugą stronę wyspy upodobały sobie ponoć żółwie, które składają tu od marca jaja. Żółwi nie spotkaliśmy, ale widoki były przepiękne, a temperatura wody bardzo przyjemna. Jedynym wyzwaniem było wdrapanie się z powrotem do łodzi przy wysokiej fali dobijającej. Widzieliśmy też 3 leniwce śpiące na gałęziach drzew zwisających nad wodą.

Po powrocie kupiliśmy bilety na kolejny dzień do Puerto Viejo w Kostaryce (27$ z wodną taxi) i skorzystaliśmy z happy hour w El Pirate: pina colady za 2,94$ (2 w cenie 1). Niestety jedna była z włosem, a obsługa upierała się, że włos jest żółty, czyli nie ich, bo ich byłby czarny. W końcu wymienili drink, ale na mocno rozwodniony. W barze poznaliśmy sympatyczną polską parę, która przyleciała z Gwatemali. Wymieniliśmy się wrażeniami, przekazaliśmy im kartę na panamskie metro, wprawiając w ruch dobrą karmę. Wstąpiliśmy na chińską zupkę, zrobiliśmy rundkę po sklepach przy głównym deptaku, nabyliśmy empanady na śniadanie i rum Abuelo (2,65$ za 200 ml) – czyli wczasy w Mielnie. Po powrocie do naszego bunkra spotkaliśmy ponownie Polaków, którzy się właśnie stamtąd wynosili. Pod oknem wybiło im szambo i nie znieśli karaibskiej muzyki z domu obok. Bunkier wciśnięto im jako apartament nad morzem i chyba drogo, bo jak usłyszeli ile my płacimy, mieli dziwne miny i dwa razy prosili o powtórzenie ceny. Przed snem zarezerwowaliśmy kolejny hotel w Puerto Viejo, tym razem sprawdzając 3 razy daty.

22-23.02 Puerto Viejo, Cahuita

O 8:00 meldujemy się na przystani Taxi 25, drogę wskazują nam pracownicy innych przystani. Łódź już czeka, ale zanim wszystkim chętnym na przerzut do Kostaryki 3 razy zostaną sprawdzone bilety i załadowane bagaże, mija 40 minut. W porcie ładują 10 osób do mikrobusu, a bagaże jadą osobno taksówką – pick-upem. Przejazd przez malownicze plantacje bananów, na których kiście chiquitas dojrzewają w niebieskich, plastikowych tulejach. Mijamy płukalnie i lateksownie zatrzymujące dojrzewanie owoców na czas transportu. Na granicy Guabito-Sixaola wysiadamy, przechodzimy kontrolę paszportową, wyskakujemy z 4$ opłaty wyjazdowej i pieszo z bagażami pokonujemy most graniczny. Po drugiej stronie powtórka z rozrywki: formalności dokumentowe i załadunek do innego, podstawionego vana.

Cofamy o godzinę zegarki i ok. 11 jesteśmy w rastafariańskim Puerto Viejo, miasteczku rozciągniętym wzdłuż plaży, w którym reggaeton nigdy nie milknie. Zatrzymujemy się w Veronica’s Place (domek-trójka o niskim standardzie, z łazienką 56,5$, o wyglądzie altanki działkowej). Pokój ma być gotowy dla nas za pół godziny, więc mamy czas na powolny obchód miasta, oswojenie nowej waluty i wizytę w soda – naszej pierwszej kostarykańskiej, lokalnej jadłodajni, gdzie zamawiamy pancake z kawą (w promocji 1000 colonów, odpowiednik 2$) i jajecznicę z pinto, czyli ryżem z fasolą (2000 colonów) i platanami, a do tego mocno rozwodnione soki z papai i mango.

Postanawiamy pojechać do Manzanillo, dokąd docieramy lokalnym autobusem (605 colonów per osoba w 1 stronę), jeżdżącym co 2 godziny (ostatni o 18). Czeka tam na nas rybackie miasteczko, rastafariańska knajpa i ciągnąca się w nieskończoność plaża z wysokimi falami. Ludzie podjeżdżają autami na piwko, papieroska i kąpiel przed snem. I tylko szkoda, że o 17 zaczyna zachodzić słońce…

Po powrocie zwiedzamy kolacyjnie kolejną sodę (pinto con carne 3000, czyli pyszna wołowina w imbirze, camarones con patacones, czyli krewetki ze smażonymi platanami 4800) i kończymy dzień imieninowymi mojito i pina coladą przy świeczkach nad brzegiem morza (drinki po 7$). Miło!

Drugi dzień w Puerto Viejo to dzień leniwców. Nie upływa nam on jednak leniwie. Zaczynamy od przejazdu autobusem do Aviarios del Caribe/ Sloth Sanctuary, czyli schroniska dla leniwców. Prosimy kierowcę, żeby wskazał nam gdzie mamy wysiąść. Okazuje się, że nie sposób przeoczyć przystanku z wymalowanymi leniwcami. Na miejscu wykupujemy opcję Buttercup Tour za 30$, w której mieści się przepłynięcie łódką po lesie deszczowym, naturalnym środowisku leniwców; przedstawienie ich zwyczajów i poznanie 7 stałych rezydentów, czyli zwierząt, które nie opuszczą nigdy rezerwatu. Dowiadujemy się, że Toyocie amputowano łapę, bo poraził go prąd, co jest najczęstszym powodem zgonów wśród leniwców, a Johnny Depp i Tass zostali porzuceni przez matki. Jeśli porzucenie ma miejsce przed ukończeniem pierwszego roku życia, nie ma opcji powrotu do naturalnego środowiska, ponieważ leniwce uczą się przez naśladownictwo od matek przez 12 miesięcy po urodzinach. Matki zastępcze się nie sprawdzają, odrzucają nieswoje potomstwo, swoje często też, jeżeli nie jest w 100% zdrowe i sprawne. Ciąża trwa 11 miesięcy, poród odbywa się na drzewie. Samica kładzie się na gałęzi, jedną łapą łapie noworodka i kładzie go sobie na klacie, alternatywnie – wisi na gałęzi na jednej łapie, a drugą łapie wypadającego noworodka i kładzie sobie na klacie. Mały po porodzie od razu widzi (żeby zacząć natychmiast proces edukacji), jest owłosiony (żeby zachować ciepło, niby tropiki, ale przy bardzo małej liczbie przyjmowanych kalorii i małej aktywności, tylko owłosienie zapewnia właściwą temperaturę), ma pazury (żeby wczepić się w matkę). Jeszcze dwie ciekawostki reprodukcyjne są takie, że samica gwarantuje 100-procentowe zajście w ciążę przy 1. podejściu trwającym 40 sekund, a w stanie brzemiennym nie przybiera na wadze. Interesujące jest też to, że leniwce załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne raz w tygodniu, wydalając 800g do 1 kg i 1-1,5 litra płynu. Tak wolną przemianę materii zawdzięczają niskokalorycznej diecie i czterem żołądkom. Na szczęście turystów spacerujących pod drzewami, aby dokonać tych czynności, w przeciwieństwie do większości zwierząt, schodzą z gałęzi, wykopują dołek, a po wszystkim starannie go zasypują. Dowiedzieliśmy się także czym różnią się leniwce dwu- i trójpalczaste (osos perezosos de dos o tres dedos).

LENIWCE TRÓJPALCZASTE

LENIWCE DWUPALCZASTE

  • 3 palce u przednich łap
  • aktywny w dzień
  • nieagresywny
  • pyszczek jasno-ciemny
  • je tylko liście
  • ma tylko zęby trzonowe
  • 2 palce u przednich łap
  • aktywny w nocy
  • większy i może być agresywny
  • pyszczek beżowy z rudawym odcieniem
  • poza liśćmi je też kwiaty i owoce, a jego przysmakiem jest zielone mango
  • podwójne kły pozwalają mu jeść zielone mango
  • Mieliśmy okazję zobaczyć w jakim tempie poruszają się leniwce (szybciej zdarza im się to tylko w 2 przypadkach: obrony w razie zagrożenia i w celach prokreacyjnych, czyli jednak do przyspieszenia konieczna jest motywacja). Szybciej ruszają się młode, które opiekunom ciągle uciekały z drzewa na trawę. Na koniec przewodnik pokazał nam leniwcowe przedszkole, w którym w klatkach z pluszakami, pod ręcznikami przebywają maluchy porzucone przez matki. Prawdziwe z nich słodziaki.

    Po ceviche rybnym z przydrożnej budki (2000 c) i coli łapiemy autobus do Cahuity (475 c) i eksplorujemy faunę w tutejszym parku narodowym (wstęp co łaska). Dzięki wynajętemu przewodnikowi Richardowi (10$ od osoby) udaje nam się zobaczyć w 1,5 godz. wielkie iguany, rodzinę jaszczurek Jesus Christ, kapucynki, wyjce, różne ptaki i oczywiście leniwce. Na końcu ścieżki przyrodniczej kąpiel w morzu, powrót plażą (ok. 30 minut) i na deser surferzy polujący na wielkie fale. W Cahuicie jemy casado con pollo i chuleta de cerdo (3000 c za danie), kotlet okazuje się podeszwą, więc zostaje. Ciekawy jest za to sok z tamaryndowca.

    Chwila niepewności na dworcu, zostaliśmy na nim sami, zrobiło się ciemno i zaczęliśmy wątpić, czy możemy ufać sfotografowanemu na szczęście rozkładowi jazdy (wieczorem kasę biletową zamknięto, a wraz z nią zniknęły wszelkie informacje). Autobus (740 c) pojawił się 15 minut po czasie i podwiózł pod sklep przy hostelu, czyli idealnie, żeby nabyć produkty na śniadanie przed jutrzejszym wyjazdem do San Jose. Przed snem dokonaliśmy jeszcze mangowo-marakujowej degustacji, tropiki rządzą.

    24.02 San Jose

    O 7:30 (nie ma to jak codzienne, ranne wstawanie w wakacje) ruszamy autobusem publicznym za ok.11$ przez pola bananowe i góry porośnięte lasem deszczowym do stolicy Kostaryki – San Jose. Meldujemy się w bardzo przyjemnym hotelu 1492, w którym dostajemy dwie dwójki (45 $ za noc, ponieważ ktoś coś pomylił i nie ma zarezerwowanej przez nas trójki, na trzecią noc będziemy musieli przenieść się do hotelu obok Luz de Luna). Nie narzekamy, bo cena jak w bunkrze w Bocas, a standard dużo wyższy. Rezerwujemy na recepcji wycieczki z biura Marbella Tours: 25.02 na wulkan Poas, wodospady i plantację kawy i 26.02 do parku Manuel Antonio, odpowiednio 88 i 117$ (w rzeczywistości płacimy 118 i 126, bo pani na recepcji miała nieaktualny cennik).

    Obchodzimy główne atrakcje miasta, które spokojnie miałoby szansę na wysoką lokatę w konkursie na najbrzydszą stolicę świata: budynek muzeum narodowego z prekolumbijską kulą w pawilonie przed wejściem, Teatro Nacional z rzeźbą Chopina w ogrodzie, Muzeum Złota i Sztuki Prekolumbijskiej (11$, trafiamy na wystawę czasową o niemożliwości uniknięcia śmierci), jedyny ładny budynek – starą pocztę, placyki z drzewami pełnymi zielonych papużek, zagłuszających wrzaskiem wszystkich i wszystko, katedrę metropolitalną. Jemy zupę z owoców morza i duży, bardzo dobry makaron z tymiż (3000c i 4800c). Nabywamy też ogromną papaję za 1$, która o mały włos byłaby gratis, bo właściciel handlował nielegalnie z auta i jak tylko zobaczył policję to natychmiast odjechał. Sporo ludzi na głównych placach i deptakach, gdzie kwitnie handel ubraniami i płytami, sprzedawanymi z tektury (błyskawicznie zwijanej kiedy na horyzoncie pojawia się patrol), a poza centrum spokojnie i nieustające wrażenie prowincjonalnego miasteczka. W okolicy naszego hotelu ulokowała się dzielnica willowa, dużo ochroniarzy, niedaleko znajduje się klubowa uliczka dla expatów. Jutro zbiórka o 5:45, czyli co dzień wstajemy godzinę wcześniej.

    25.02 Wulkan Poas

    Nasz kierowca, przewodnik i przyjaciel (jak sam się przedstawił) Jeremy zjawił się 15 minut po umówionym czasie, tu także działa zegarek karaibski. Biegły angielski zawdzięczał 10-letniemu pobytowi w USA. W minivanie poza nami dwoje Kalifornijczyków – ojciec z synem, para Niemców i atrakcja wycieczki – dwie Meksykanki, fanki głośnego śmiechu non stop oraz zakupów (500$ w sklepie z suwenirami). Ze względu na taki mix wycieczka jest dwujęzyczna. Zaczynamy od przejazdu przez miasto satelitę San Jose – Alajuelę (wraz z Heredią te 3 miasta na Mesecie Centralnej gromadzą połowę populacji Kostaryki). Nie możemy przejechać bez słowa koło pomnika Juana Santamarii, narodowego bohatera, dobosza, który podpalił fort, gdzie stacjonowali buntownicy Williama Walkera, mający apetyt na Kostarykę po podboju Nikaragui (1856 – bitwa pod Rivas). Podpalenie dogodnych pozycji strzeleckich Amerykanów było jedyną szansą na zwycięstwo, niestety zakończyło się fatalnie dla Juana.

    Następnie typowe, kostarykańskie śniadanie (gallo pinto, jaja, smażone słodkie banany i ser) na plantacji kawy Doka. Poznajemy proces powstawania kawy od sadzonki po prażenie (to ostatnie trwa tylko 15-20 minut zależnie od oczekiwanej mocy). Oglądamy jeden z najstarszych wodnych młynów do pozyskiwania ziaren i malowane wozy, którymi kiedyś z pomocą wołów transportowano plony. 45-kilogramowe worki z ręcznie selekcjonowanymi ziarnami najchętniej kupują Japończycy, szczególnie jeśli plantacja otrzyma nagrodę Golden Cup. Poznajemy też historię kawy – opat w Etiopii zauważył dziwne zachowanie kóz skubiących krzaki kawowe, wrzucił owoce do ogniska, bo uznał je za dzieło szatana. Zachęcony wydobywającym się z ogniska zapachem, postanowił zaparzyć owoce jak herbatę i napój okazał się na tyle ciekawy w smaku, że sam papież w obliczu dylematu, czy ma do czynienia z szatańskim wynalazkiem, docenił kawę i postanowił ją poświecić, przechytrzając w ten sposób diabla i nie pozostawiając przyjemności delektowania się tym napojem jedynie niewiernym.

    Następnym punktem wycieczki jest wulkan Poas. Mamy 1,5 godz. na przejście po parku z wyraźnie oznaczonymi ścieżkami. Mamy szczęście, bo w chmurach spowijających wulkan (ponad 2500 m n.p.m.) pojawiają się od czasu do czasu okna widokowe, dzięki którym możemy podziwiać krater wypełniony jasno seledynową wodą i przelatujące nad nim chmury. Mocno wieje i jest zimno, ale widok niesamowity. Wyżej, po 20 minutach spaceru, docieramy do laguny Botas, sporego jeziora w kolejnym kraterze.

    Jedziemy wśród licznych tu pastwisk z importowaną, brazylijską trawą, gdzie pasą się krowy rasy holenderskiej i Jersey i zatrzymujemy się w sklepie, gdzie częstują nas truskawkami, winem truskawkowym i pysznym serem. Przewodnik twierdzi, że w tym miejscu mają najlepszą kawę w Kostaryce, na dowód czego pije ją hektolitrami – nie pozostajemy obojętni na jego rekomendację i bagaż powiększa się objętościowo o parę kilo. Kupujemy też 2 sery na kolację.

    Ostatnią atrakcją są La Paz Waterfall Gardens – ptaszarnia (za 1$ zdjęcie z tukanem), kolibrownia, motylarnia, żabiarnia, małpiarnia i zestresowane jaguary (chodzące w tę i na zad), pumy, tigrillo i oceloty w klatkach, a na koniec ‚milion’ schodów prowadzi nas do wodospadów, w tym 37-metrowego. Wszystko to jest własnością jednego człowieka. W kompleksie jemy także wypasiony lunch bufetowy z wszystkim czego dusza może zapragnąć (a hitem są maduros – dojrzałe banany smażone w cynamonie).

    Po powrocie do San Jose odwiedzamy jeszcze bar Fabrica de Cerveza, chyba najbardziej trendy miejsce w okolicy z małym piwem za 8$.

    26.02 Parque Manuel Antonio

    Druga wycieczka nad Pacyfik do parku Manuel Antonio zaczyna się od kostarykańskiego śniadania tuż przed tzw. Mostem Krokodyli nad Río Grande de Tarcoles, najbardziej zanieczyszczoną rzeką w państwie. Z wysokości mostu podziwiamy wielkie gady pływające w rzece i wygrzewające się na brzegu. Wyglądają groźnie, a teren nie jest zagrodzony, więc pytamy, czy to nie jest trochę niebezpieczne. Odpowiedź brzmi, że owszem, ale tylko dla tych, którzy zdecydują się zejść na dół i podejść do rzeki…

    Park Manuel Antonio stanowi połączenie pięknych plaż, lasu tropikalnego i masy zwierząt (kapucynki kradnące turystom jedzenie na plaży, jelonki, koati, szopy pracze, iguany, małpki titi, wiewiórki i leniwce, a nawet jelonki). Do tego fajne ścieżki prowadzące z plaży na plażę i z punktu widokowego do innego punktu na ocean. Woda w oceanie, ku naszemu zaskoczeniu, jest ciepła jak zupa i kryje niespodziewane skarby – Gosia i Michał wyławiają wodoodporny aparat, który przeleżał 2 dni w oceanie i nadal działa. Próby namierzenia właściciela spełzły na niczym…

    Po drodze masa przewodników rozstawiających lunety wycelowane w kolejny obiekt fauny, żeby emerytowani turyści mogli go łatwo dostrzec. W parku spędzamy 4 godziny i wracamy do stolicy (ok. 3 godzin) z przerwą na obiad. Tu akcja, bo w restauracji, w której mieliśmy jeść sałatkę z grillowanym tuńczykiem pokłócili się właściciele i przyjechała policja. Musieliśmy więc szukać innego miejsca. Kolejne miało chyba zbyt wysokie ceny, więc nasz przewodnik wykręcił się niemożnością zapłaty przelewem i skończyło się na casado z rybą (kosztowało tylko 3700c) w Best Western i pocieszeniowym przystanku na zachód słońca nad Pacyfikiem.

    Przy zmianie hotelu okazuje się, że trojka jest tam o 15$ droższa, ale tym razem walczymy do końca i wygrywamy. Na szczęście recepcjonistka w nowym, butikowym hotelu Luz de Luna mówi po angielsku i udaje nam się też dograć szczegóły przerzutu do Monteverde następnego ranka.

    27-28.02 Santa Elena, Monteverde

    Pobudka o 4:30, taksówka (pierwsza z taksometrem) podjeżdża po nas punkt 5:30 i zawozi na nowy, bardzo turystyczny dworzec. Zjawiamy się 10 minut przed otwarciem kasy biletowej. Odjeżdżamy zgodnie z planem o 6:30 (bilet 6$) i po 4 godzinach (w tym przystanek jedzeniowy) jesteśmy w Santa Elena. Jedziemy po wąskiej, żwirowej drodze przez góry, skrajem przepaści i podziwiamy zapierające dech w piersi widoki. Na miejscu wietrznie i zimno, jednocześnie prześwieca słońce i kropi deszcz. Docieramy do Maris B&B i szybko organizujemy popołudnie – za 71$ sky walk i sky tram z firmy Sky Adventure. Chodzimy po kładkach nad chmurowym lasem deszczowym, oglądamy kolibry. Gosi i Michałowi udaje się nawet zobaczyć parę kwezali herbowych i to jeszcze w locie! Następnie wjeżdżamy w chmury tramwajem powietrznym z trzech gondolek. Wiatr buja gondolkami i urywa łeb, ale widok mamy na jezioro Arenal z jednej strony i Pacyfik z drugiej, a pod nami rozpościera się dywan drzew. Nieziemsko. Na górze chmury dochodzą nam prawie do stóp, a na wieży widokowej trzeba trzymać się mocno poręczy, bo wiatr wręcz spycha ze schodów!

    Kończymy wypasioną kolacją lokalno-zupno-hamburgerową (50$ za 3 osoby) i wizytą w dużym sklepie z pamiątkami (fajne płyty z kostarykańską muzyką, ale drogo – po 16$). Jutro niedziela, więc sobie pośpimy. Przewodnik po rezerwacie Monteverde ma nas odebrać dopiero o 8:15 rano ;-).

    Poranna wycieczka z przewodnikiem po rezerwacie Monteverde niestety nie wypaliła z powodu latynoskiego poczucia czasu. Na voucherze recepcjonista zapisał nam godzinę transportu 8:15. Po zejściu na śniadanie o 7:30 okazało się, że bus był po nas o 7:10. Plan B – jedziemy do rezerwatu sami, taxi za 10$. Z przemiłym taksówkarzem gawędzimy o roli kobiet i mężczyzn. My tłumaczymy panu, że u nas się mówi, że mąż jest głową, a żona szyją, a pan nam, że u nich jest powiedzenie: „Kiedy żona jest zadowolona, świat jest szczęśliwy”. Korzystamy z jego polecenia i pierwsze kroki kierujemy pod boczną kawiarnię, która wywiesza poidła dla kolibrów i można z odległości ramienia oglądać chętnie korzystające z tego udogodnienia ptaki. Następnie w siąpiącym non stop deszczu oglądamy las chmurowy – bosque nuboso (wstęp 20$) – tylko las, bo w deszczu, chmurach i bez przewodnika żadnych zwierząt czy ptaków nie udaje nam się wypatrzeć. Do powrotnej taxi dokooptowujemy Kanadyjkę i wracamy za 9$. W mieście kawa w Besos Cafe (pyszna coco mocca za 1750c) i lunch (zupa fasolowa i 2 ryże z krewetkami i tuńczykiem oraz olbrzymie szejki owocowe, w sumie 14300c) oraz wizyta we wszystkich agencjach turystycznych w poszukiwaniu transportu do nikaraguańskiej granicy – ceny od 15$ publicznymi autobusami z 3-ema przesiadkami, przez 50$ do Liberii, do 65$ do Peñas Blancas, czyli do granicy. Ciężki wybór – kasa lub wygoda. Gosia z Michałem decydują się na 2-godzinną wycieczkę – zwierzęta nocą (23$ per osoba), oglądają jadowite węże, pająki, świetliki i inne insekty, śpiące ptaki, chyba olingo oraz 3 dorosłe leniwce, a jeden z nich z młodym. Marta w tym czasie załatwia transport do granicy za 40$ i ogląda Oscary (pełna relacja o 8 wieczorem!!!). Pura vida :-).

    29.02 San Juan del Sur

    Minibus przyjeżdża po nas o 8, zgodnie z ustaloną godziną – raz im się udało. Na pokładzie dwie starsze Holenderki, z którymi szybko dogadujemy możliwość wzięcia z granicy wspólnego collectivo do San Juan del Sur. Prujemy inną, żwirową drogą, za oknem fantastyczne, górskie widoki i przebłyskujące po prawej stronie wody Zatoki Nicoya. Po około 2-ch godzinach pokonujemy 60-kilometrowy odcinek do drogi Panamerica, skąd już prosta trasa przez Liberię przez spalone słońcem pastwiska stanu Guanacaste do granicy w Peñas Blancas. Zatrzymujemy się na kawę w turystycznym miejscu z wielkimi arami na drzewach w ogrodzie.

    Granica, La Frontera, okazuje się sporym wyzwaniem logistycznym. Totalny brak informacji po stronie kostarykańskiej sprawia, że stoimy w kolejce 3 razy. Za pierwszym – nie mamy wypełnionego formularza wyjazdowego (info jak przy wjeździe, więc konieczność ponownego wypełnienia totalnie niezrozumiała). Nomen omen przybywający innymi środkami transportu niż międzynarodowe autobusy Tico dostają formularze w okienku paszportowym właśnie, czyli muszą swoje odstać. Aby wypełnić kwit, trzeba odejść od okienka, a więc z powrotem na koniec kolejki. Za drugim podejściem brakuje nam potwierdzenia niedawno wprowadzonej opłaty wyjazdowej. Pan w okienku wskazuje nam wpłatomat w rogu sali, za pierwszym razem najwyraźniej zapomniał. Wpłatomat nie działa, dopiero później zjawia się policjant wspierający turystów. Pan w okienku bez emocji informuje nas o możliwości dokonania wpłaty w zielonym budynku ulokowanym 300 metrów przed urzędem. Uiszczamy tam opłatę w wysokości 8$, czyli 3$ więcej niż we wpłatomacie i udaje nam się wydostać z Kostaryki. Następnie nawet nienękani przez rykszarzy przechodzimy z bagażami przez kilometrowy pas ziemi niczyjej. Odmawiamy dwóm taksówkarzom plującym na klientów i docieramy do imigracji nikaraguańskiej. Tu już bułka z masłem. Najpierw w okienku 1$ za wjazd do stanu Rivas, potem w trójkę podchodzimy do stanowiska, w którym bez żadnych kwitów dostajemy pieczątki wjazdowe i opłacamy haracz – 12$ od osoby. Potem jeszcze jedno sprawdzenie paszportu przy bramce wejściowej na bazaro-parking i jesteśmy w Nikaragui. Na granicy uderza nas duża liczba żołnierzy, co jest szczególnie zauważalne w zestawieniu z Kostaryką, która w ogóle nie posiada armii.

    Po chwili targów dogadujemy się w sprawie taxi i ruszamy za 20$ (na koniec po 40 km pan kierowca zażądał jeszcze napiwku i usatysfakcjonował go 1$). Jedziemy dobrą, asfaltową drogą z widokiem na Lago de Nicaragua i 2 wulkany na Isla de Ometepe – Maderas i Concepcion. Po 30 minutach lądujemy pod naszym hostelem Tadeo (42$ za trójkę ze śniadaniem + tax 15% i opłata klimatyczna 2%), bez szału – pokój klaustrofobiczny, zakratowana brama i regulamin na 2 strony…

    Miasteczko rozciąga się wzdłuż łukowatej plaży – fajne, stare drewniane, kolorowe wille i wiktoriańskie kamieniczki. Zmierzamy wzdłuż brzegu w stronę wzgórza, nad którym góruje ogromny posąg Jezusa, podobnie do Rio. Po drodze przystanek na piwko, które ma szokująco niską cenę w porównaniu z Kostaryką – litrowa butelka Toña w knajpie kosztuje 2$! Po przechadzce po miasteczku, zatrzymujemy się na zachód słońca na plaży po przeciwległej stronie od wzgórza z Jezusem, gdzie ulokowały się restauracje z tarasami widokowymi. Miejsce na kolację wybieramy niefortunnie – Michał dostaje gumowate kalmary w keczupie, Gosia – przesolone i śmierdzące krewetki, tylko ryż a la marinara Marty jest zjadliwy (dania za ok. 200 cordób, 1$=28,8c). U surferów kupujemy za 8$ collectivo do San Jorge na następny dzień, skąd promem dostaniemy się na Ometepe. Gosia z Michałem, dla zatarcia złego wrażenia po kolacji, ruszają na wieczorny obchód barów i trafiają do Republika na pyszne mojito i daiquiri (100c) oraz micheladę (piwo z „zaprawą” za 80c), wypite w towarzystwie amerykańskich surferów i przy muzyce z lat 80-tych. Knajpek jest mnóstwo – wystylizowane bary dla surferów sąsiadują z lokalnymi domkami, gdzie mieszkańcy przesiadują na bujanych fotelach w salonach otwartych na ulicę, bądź coś pitraszą na ulicznych grillach. Miły wieczór kończy się szokująco – o 22 gasną nagle wszystkie światła w całym mieście. Powrót do hostelu w kompletnej ciemności, jedynie przy latarce z komórki, podnosi adrenalinę…

    1-2.03 Ometepe

    Surferzy nie zawiedli i mimo braku jakiegokolwiek kwitka i opłaty z góry, o 8:10 podjechali po nas pod hostel. 2 osoby mieszczą się w środku pick-upa, Marta ładuje się na pakę i mości na ławeczce między bagażami. Po próbnej rundzie na stację benzynową, dosiada się na pakę troje Francuzów i pokonujemy 50km w 35 minut. Jest przygoda i wiatr we włosach, jest też spalony dekolt, bo słońce mocno daje, a gorąco robi się też przy wyprzedzaniu 100 km/h. W San Jorge obsługa portu sprawnie kieruje nas do budki z biletami na najbliższy prom na Ometepe (2$ od osoby) i dalej do poczekalni. Prom mamy za 45 minut, w samo południe. Załadunek pasażerów i aut zaczyna się pół godziny wcześniej. Zajmujemy miejsca na dolnym pokładzie przed telewizorem. Przez całą drogę, czyli 2 godziny bez kwadransa, towarzyszą nam widok wulkanów na zbliżającej się wyspie i prawdziwe hity lokalne i międzynarodowe. Słychać, że Nikaragua zatrzymała się w latach 80-tych: Casa Azul, The Bangles – Eternal flame, Roxette – It must have been love, Phil Collins – Another day in paradise, Jennifer Rush – Power of Love, Tracy Chapman – Baby can I hold you, Michael Jackson – Heal the world, make it better place, Scorpions – Wind of change, Michael Bolton – Said I loved you… But I lied, John Lennon – Imagine, Foreigner – I wanna know what love is, Air Supply – Lonely is the night when I am not with you, Harry Nilsson – I cant live if living is without you, Sinead O’Connor – Nothing compares to you, Bryan Adams – Everything I do, I do it for you. Po tej muzycznej, sentymentalnej podróży w czasie, musimy sobie zorganizować nocleg w Moyogalpa, bo tak daleko nasza logistyka nie sięgnęła. Zręcznie wyminąwszy wszystkich taksówkarzy, zajmujemy strategicznie miejsca w najbliższej knajpie i zamawiamy soczki z marakui i kawę. Po chwili podchodzi do nas lokalna przewodniczka i oferuje swoje usługi (za 80$ załatwi transport i zrobi nam 6 godz. wycieczkę po wyspie) – jest opcja na jutro, alternatywą jest wypożyczenie skuterów i samodzielna eksploracja wyspy. Na rekonesans udajemy się do hotelu naprzeciwko, tuż przy porcie (Ometepetl) i w nim zostajemy. Urzeka nas cena 30$ za trójkę plus śniadanie za 3$, hamaki i miłe tarasy przed pokojami.

    Powolny obchód Moyogalpy kończymy wypożyczeniem rowerów (110 cordób od sztuki, czyli ok. 4$) i oglądaniem rybaków i zachodu słońca, w odległym o ok. 5 km La Punta Jesus Maria. Zachód jest spektakularny, a wulkan Concepcion po przeciwnej stronie sprawia, że sceneria jest po prostu bajkowa. Powrót po ciemku nie przypomina już bajki, zastosowanie znajduje czołówka, z którą Marta się nie rozstaje. W połowie drogi jest fajna niespodzianka – przejazd w poprzek pasa startowego lokalnego mini-lotniska. Po powrocie do miasteczka kolacja w El Gran Jade: rosołek, zupa rybna i kurczak w sosie jalapeño (30$), a potem relaksik w hamaczku przed pokojem. Takie wakacje lubimy ;-).

    Kolejny dzień zapowiada się leniwie, pierwszy podczas wyjazdu bez konkretnego planu. W czasie śniadania w strategicznie ulokowanym hotelu tuż koło portu, Gosia sprawdza czy przewodniczka oferująca nam dzień wcześniej swoje usługi, pojawiła się już w swoim biurze, czyli restauracji naprzeciwko. Niestety nie, ale alternatywnie właściciele wypożyczalni obok polecają swoje skutery – cały dzień 20$ (ceny od 15 do 25, praktycznie każda knajpa czy hotel mogą zorganizować skutery). Bierzemy i po krótkim szkoleniu ruszamy w kierunku plaży Santo Domingo z przystankami w rezerwacie Charco Verde (2$) i przy wulkanicznym basenie El Ojo del Agua (3$), łącznie 56km w dwie strony. W parku piękne kwiaty, mnóstwo małp z małymi, stado kóz przy lagunie i polowanie na fascynujące niebieskie ptaki z czubkiem (srokale białogardłowe). Park niewielki, ale można w nim zobaczyć dużo zwierząt, przekąpać się na klimatycznej plaży z wulkanem w tle i wejść na punkt widokowy na lagunę i jezioro. Warto go odwiedzić.

    Wulkaniczny basen z wymieniającą się cały czas świeżą wodą z rzeki to już atrakcja dla backpackersów z Santo Domingo (dojazd rowerem lub skuterem). Wokół stoliki i leżaki, kelnerzy roznoszą piwo i colę, a młodzież zabija nudę skokami Tarzana do wody i próbami chodzenia po linie nad basenem.

    Na plaży w Santa Domingo ruch jak zimą w Mielnie, knajpy pozamykane, nic się nie dzieje. Z tej strony wyspy jezioro wygląda naprawdę jak morze – pofalowana woda po horyzont. W drodze powrotnej co chwila tęcze, jedna spektakularna nad cmentarzowym Jezusem, znak, że dostaniemy z powrotem 200$ depozytu za skutery, mimo, że jeden trochę się porysował przy wywrotce Marty (szkolenie nie obejmowało hamowania na szutrze). Kolano zbite, ale fotka poprzedzająca upadek – bezcenna :-). Mokre chusteczki z dezodorantem doprowadziły skuter do stanu pierwotnego.

    Wieczorem wciągamy gallo pinto, rybę i kurczaka oraz bardzo kiepskie mojito, robione nikaraguańską metodą bez cukru (w sumie ok. 700 cordób), a w hotelu w hamaku prowadzimy długie rozmowy z lokalnym El Mariachi. Konwersacja jest dosyć jednostronna, ale panu to w ogóle nie przeszkadza. Opowiada o swojej rodzinie rozrzuconej po świecie i nieźle orientuje się w geografii świata, szczególnie w porównaniu z taksówkarzem przygranicznym, który po wytłumaczeniu, że Polska leży w Europie, dla uproszczenia między Niemcami a Rosją, pokiwał ze zrozumieniem głową i skwitował – „a czyli koło Kanady”.

    3.03 Granada

    Pobudka o 5, żeby złapać prom o 7. Jesteśmy już tak sprawni plus śniadanie zgodnie z zamówieniem dostajemy punkt 6:15, że załapujemy się na wcześniejszy transport o 6:45. Niestety wulkan utonął w chmurach i widoków brak. W porcie dostajemy propozycję autobusu oraz drugą, nie do odrzucenia, taxi bezpośrednio do Granady pod hotel El Club (52$ za trójkę ze śniadaniem). Po chwili negocjacji jedziemy za 35$. Droga zajmuje nam ok. 1,5 godziny i w ten sposób zaoszczędzamy sporo czasu i od 9:30 jesteśmy gotowi do zwiedzania miasta. Nasz hotel wg Lonely Planet jest najbardziej popularną imprezownią w mieście. Jednak  nie tym razem, z powodu remontu klub jest nieczynny, basen w renowacji, przypomina hotel widmo. Jesteśmy chyba jedynymi gośćmi. Dobrze, że przyjechaliśmy tu taksówką, bo szyld mówi ‚Hotel’, a nie znaleźlibyśmy tego sami za nic.

    Zwiedzamy miasto szlakiem jego kościołów i głównych atrakcji: La Merced z dzwonniczą wieżą widokową, Iglesia de la Xalteva, zamknięty fort Fortaleza La Polvora, żółta katedra koło Parque Central (obstawionego dorożkami obrandowanymi logami lokalnych operatorów sieci komórkowej oraz straganami z pamiątkami), hotel Gran Francia, konwent San Francisco z mini muzeum (reszta się remontuje). Są tu ponad 1000-letnie posągi z wyspy Zapatera (ludzka postać w skórze krokodyla) oraz przedstawione zabawy rdzennych mieszkańców, takie jak zawody damsko-męskie na huśtawce obracającej się o 360 stopni – kto spadnie pierwszy, przegrywa. Przecinamy Plaza de la Independencia z Casa de los Leones, pamiętającą najazd Williama Walkera. Po drodze Gosia z Michałem degustują lokalny przysmak – vigorón – czyli gniecioną jukę z kiszoną kapustą i chrupiącą, świńską skórą, podaną w liściu bananowca (30 cordób), a za placem wolności próbujemy meksykańskich burritos i chilli con carne oraz słonej lemoniady (total 25$), którą musimy potem odreagować w hipstersko-kolonialnej Garden Cafe (mają wybitne, rzemieślnicze piwko). Zahaczamy też o Mercado Municipal – wokół neoklasycystycznego, błękitnego budynku z 1892 roku koncentruje się życie handlowe miasta z tysiącem prywatnych straganików i punktów usługowych.

    Wieczór spędzamy na deptaku knajpianym La Calzada zajmującym ulicę prowadzącą w stronę jeziora, gdzie turyści i miejscowi przychodzą na drinki, korzystając z happy hours, akwizytorzy sprzedają papierosy, bransoletki, hamaki i paski, a grupy hiphopowe umilają czas drinkującym swoimi popisami. Można tu też obejrzeć taniec „La Gigantona”, wykonywany przez 2 osoby przy akompaniamencie bębenków: Gigantonę, wysoką kobietę, kolorowo ubraną i bogato ozdobioną biżuterią (specjalna drewniana rama nakładana na tancerza pozwala stworzyć 3-metrową kobiecą postać symbolizującą potężną i wpływową Hiszpankę z okresu kolonializmu, dominującą nad mieszkańcami podbitych terenów) oraz El Enano Cabezon, czyli wielkogłowego krasnoluda (symbolizującego przedstawiciela miejscowej społeczności, niski wzrost wskazuje na poddańczą postawę, ale wielka głowa, wykonana z konstrukcji bambusowej o średnicy około 1 m, pokrytej pomalowanym papierem, jest hołdem dla tubylczej inteligencji, poniżej głowy przyczepiona jest drewniana rama, na której rozwieszony jest garnitur skrywający tancerza).

    Bardzo przyjemne, kolonialne miasto – nieuniknione skojarzenia z gwatemalską Antiguą, choć w Granadzie atmosfera jest luźniejsza i więcej ludzi na ulicach wieczorem.

    4.03 Masaya

    W hotelu miła niespodzianka – okazuje się, że w cenę mamy wliczone śniadanie. Po wzmocnieniu idziemy prosto na dworzec chicken busów przed budynkiem mercado i łapiemy akurat odjeżdżający stary amerykański school bus do miasta Masaya (1 godzina jazdy, 17km, 10 cordób). Wyjazd z miasta zajmuje dłuższą chwilę, po drodze zgarniamy pasażerów i pozbywamy się sprzedawców orzeszków, kremów, napojów etc. Ostatni przystanek znajduje się w samym centrum olbrzymiego targowiska z mydłem i powidłem – syf i masa sprzedających i kupujących. Pytamy co chwila o drogę do Mercado Viejo i po 20 minutach udaje nam się wydostać z handlowego labiryntu na ulicę, a dalej jest już prosto. Znajdujemy czarny budynek Mercado de Artesania z dość jednostajnym i niezachwycającym asortymentem: koszulki, torebki, portfele, drewniane figurki i hamaki. Buszujemy godzinkę między stoiskami i w nagrodę wypijamy po wielkim soku z tropikalnych owoców, kelner pokazuje nam nispero, zapote i inne ciekawostki.

    Następnym celem jest nadjeziorny Malecon, do którego wiodą uliczki ze sklepami z hamakami. Na deptaku trwa remont i nic się nie dzieje, a nas w upale 35 stopni opuściły siły. Opatrzność nad nami czuwa, akurat podjeżdża collectivo Estadio-Mercado. Wsiadamy i za 7 cordób jedziemy prosto na targ przy dworcu, a tam kierując się wrzaskami pomagierów, szybko namierzamy powrotny do Granady. Zaglądamy do Mercado i wciągamy kurczaki z frytkami w lokalnej knajpie (porcja za 90 cordób). Gosia poszukuje płyty z lokalną muzyką i i metodą na chybił-trafił nabywa na straganie jakiegoś pirata – na płycie za 2$ jest ok 100 plików mp3 z cumbią. Ciekawe, czy to się da odtworzyć? W lodziarni przy katedrze załatwiamy transport na lotnisko za 30$ i do Leon za 90$ (wyjściowa 65$ w jedną stronę). Kończymy w znanej nam już knajpowni: lodami mandarynkowo-czekoladowymi oraz tropikalno-kawowymi (50 cordób mała porcja) z Tutto Frutto, margaritami w barze Margarita (2 w cenie 95 cordób – pierwszy dobry drink w mieście) oraz ceviche, koktajlem z krewetek w marakui i Micheladą w Marlinie (17$).

    5.03 Leon

    Ostatni dzień w Ameryce Środkowej spędzamy w Leon, większej i mniej wymuskanej wersji Granady. Transport idzie nam sprawnie, kierowca podjeżdża na czas Hondą z szyber-dachem, potwierdza warunki umowy, po drodze wskazuje nam aktywny wulkan Masaya, na który organizowane są po uzyskaniu specjalnej zgody wycieczki z oglądaniem lawy. Ze względu na opary siarki nie można przebywać w pobliżu krateru dłużej niż 5 minut.

    Pierwszy przystanek przy polecanej przez naszego kierowcę fabryce rumu Flor de Caña, położonej 30 minut za Leon, okazuje się niewypałem. Fabryka organizuje 3 wycieczki dziennie, najbliższa już za godzinę, o 11, ale niestety nie ma wolnych miejsc. Oszczędzamy 20$, ale przepada nam degustacja najlepszego rumu Nikaragui.

    W Leon oglądamy piękną katedrę, kościoły El Calvario, La Recoleccion (z bogatą, barokową elewacją), La Merced i San Felipe (z obrazkiem św. Faustyny i figurą Jezusa obnoszoną na procesjach) oraz rewolucyjne murale. Odwiedzamy Muzeum Rewolucji, w którym weterani-sandiniści opowiadają bardzo ekspresyjnie po hiszpańsku o odzyskaniu niepodległości, wyrzuceniu Amerykanów i o rewolucji 1979 roku przeciw dyktaturze Somozy i terrorowi Guardia Nacional. Na koniec w dodatku do opłaty 56 cordób proponują zakup historycznego DVD za 7$ w celu wspomożenia ofiar rewolucji. W muzeum wiele fotografii, na podwórku murale, a na piętrze w okrągłych narożnikach cele, w których torturowano więźniów oraz dodatkowo widok (z dachu!) na katedrę i wulkan Monotombo.

    W poszukiwaniu lżejszych tematów oglądamy sztukę współczesną w Museo de Arte Fundacion Ortiz-Gurdian. Jest tam czasowa wystawa Miro i kilka obrazów Picassa oraz dzieła młodych zdolnych artystów z Ameryki Łacińskiej, zwycięzców corocznych Biennale Sztuki. Uwagę zwraca obraz namalowany w hołdzie dla Picassa i Velázqueza – dworskie panny na tle Guernici (Marta widziała Guernicę w Museo Reina Sofia niespełna 3 tygodnie wcześniej w Madrycie, jest więc ładna klamra wyjazdu).

    Na obiad dajemy kolejną szansę wieprzowinie w Porky’s, chociaż o mały włos nie zdecydowaliśmy się na chłodnik i pierogi podawane w hostelu naprzeciwko. O 6 wyłączają słońce, więc ruszamy w 3-godzinną drogę powrotną. W Granadzie na scenie w Parque Central śpiewa grupa Wenezuelczyków, którzy ze wzruszeniem w głosie dedykują ballady Chavezowi, a  na deptaku La Calzada kwitnie sobotnie lokalne życie towarzyskie, wylegli na drinki i plotki mieszkańcy miasta, laski odszyftowane w stylu lat 80-tych, czyli pasujące do granej w lokalach muzyki. Czas się zatrzymał. Niestety nie dla nas – jutro czeka nas 30-godzinny (z przerwami między lotami) powrót do domu. Granadę żegnamy narodowym drinkiem Nikaragui, czyli Macua: rum Flor de Cana z sokiem z gujawy, pomarańczowym oraz z limonki, cukier i kruszony lód – bardzo przyjemny i 2x za 60 cordób.

    6-7.03 Powrót

    W dzień wyjazdu wszystko przebiega zgodnie z planem – śniadanie, pick-up na lotnisko, gdzie dojeżdżamy w pół godziny. Na lotnisku jeszcze spora szansa na zakup prezentów – jest wszystko: od straganów z pamiątkami, przez szeroki asortyment kawy, czekolady, czy egzotycznych dżemów po firmowy sklep Flor de Cana. Lecimy Copa Airlines do Panamy – cenimy tę linię przede wszystkim za pyszne (jak na standardy lotnicze) hamburgery. Przed wejściem do Iberii chaos – wymiana kart pokładowych dla pasażerów tranzytowych, parę kolejek do boardingu i zero informacji. Tym razem doszła jeszcze awaria klimatyzacji – 50-minutowe oczekiwanie na naprawę w samolocie gorącym jak piekarnik. Na szczęście w końcu otwarto drzwi, podano wodę, mechanizm naprawiono i samolot wystartował w kierunku zimy.

    Narodowe potrawy:

    • Gallo pinto, czyli malowany kogut – ryż, fasola, przyprawy (każdy przygotowuje nieco inaczej, obowiązkowy dodatek do każdej potrawy, także do śniadania)
    • Casado – ryż, fasola, kapusta, plantany+ kurczak, ryba lub wołowina (casado, czyli zamężny – to co każdy mężczyzna dostaje na obiad od przykładnej żony)
    • Olla de carne – gulasz
    • Ñampi i camote – krewniacy patata
    • Chayote, chocho – kolczoch jadalny
    • Lengua – ozór wołowy
    • Mondongo – flaczki
    • Manteca – smalec
    • Bocas – zakąski
    • Guaro – alkohol z trzciny cukrowej
    • Patacones – chrupiące chipso-frytki z zielonych platanów
    • Owoce nieznane: anona, jabłka kaszu (nanercza – trujące nasiona przed wyprażeniem), caimito, carambolas, guanabana, gwajawa, mammee-sapota (zapote) – sorbet, manzana rosa (trująca nasiona jeśli w dużej ilości), manzana de agua (ohia) – dżem, granadilla (marakuja), mombin (jocote) – tronador, nances – sorbety, likiery, nieśplik japoński (nispero), pejibaye (nie można jeść na surowo), rambutan (mamon chino), sapodilla (chicozapote, nispero), moras (jeżyny),
    • Napoje owocowe: tamarindo refresco, jugo de cas naturales, chicha
    • Narodowe piwa – Panama: Balboa, Panama, Soberania; Kostaryka: Imperial; Nikaragua: Toña, Victoria
    • Narodowy rum – Panama: Abuleo (właściciel jest prezydentem kraju), Nikaragua: Flor de Caña (doskonały marketing, są dostępne nawet piżamy z logiem rumu i dżemy z mango z 18-letnim trunkiem)
    • świetne miejsce na rodzinne wakacje z bezpiecznym podziwianiem fauny i flory (Kostaryka)
    • raj dla surferów – duże fale, homary po 5$ (Nikaragua)
    • przeprawa frachtowców przez śluzy Kanału Panamskiego wciąga i stanowi atrakcję nie tylko dla inżynierów i wilków morskich
    • drogo (Panama i Kostaryka), ceny pod amerykańskich turystów i emerytów, wstępy dla obcokrajowców są 5-10-krotnie wyższe niż dla obywateli
    • mimo krótkich dystansów transport zabiera sporo czasu i przy korzystaniu z publicznych autobusów pomocna jest przynajmniej podstawowa znajomość hiszpańskiego
    • wcześniej czy później trzeba opuścić rajskie, bezludne wyspy Archipelagu San Blas, a chciałoby się tam zostać na zawsze (ożenek z Kunami nie jest prawnie dopuszczalny)

    Panama

    • Kanał (przekazany Panamie przez Amerykanów dopiero w 1999 roku) i związane z nim usługi stanowią główne źródło wpływów do budżetu (pół miliarda czystego zysku rocznie – średnio 50 tysięcy $ od statku)
    • Lokalna waluta (balboa) jest stosowana zamiennie z dolarami w stosunku 1:1
    • Panama to drugie co do wielkości, międzynarodowe centrum bankowe na świecie, gwarantujące w konstytucji absolutną tajemnicę bankową
    • Tak popularne kapelusze panama nie pochodzą stąd, tylko z Ekwadoru
    • Stolica jest jedynym miastem na świecie, które w swoich granicach mieści rezerwat z suchym lasem tropikalnym

    Kostaryka

    • Jako jedno z pierwszych państw na świecie wprowadziła bezpłatną i obowiązkową edukację (1869)
    • Jest to kraj bez własnej armii (od 1949 roku utrzymuje jedynie paramilitarną policję), jej likwidator, prezydent Don Pepe Figueres wyjaśniał swoje posunięcie następująco: jeżeli ktoś w rodzinie jest chory, to trzeba wezwać lekarza, co jednak nie oznacza, że lekarz ma mieszkać z tą rodziną do końca życia
    • Turystyka wyprzedziła we wpływach do budżetu eksport ananasów, bananów i kawy, co nie dziwi, jeśli się weźmie pod uwagę, że parki narodowe stanowią ¼ terytorium
    • Znajduje się tu 112 stożków i szczytów wulkanicznych, z czego 7 to aktywne wulkany
    • Pura vida to stan umysłów Ticos (czyli Kostarykan), ale także forma powitania, podziękowania czy powiedzenia „nie ma problemu”

    Nikaragua

    • Nr 2 za Dominikaną w produkcji cygar (Mombacho Cigars – znany producent)
    • Znajduje się tu jedyna wyspa na świecie wyspa w kształcie ósemki z dwoma czynnymi wulkanami
    • Zadłużenie państwa w przeliczeniu na mieszkańca wynosi 1350$, czyli wartość średniego zarobku za okres 4 lat

    Nasza ocena podróży (w punktach/100)

    Jedzenie

    Transport

    Kwatery

    Ludzie

    NAPISZ DO NAS

    Jeśli masz pytania dotyczące podróży to z przyjemnością na nie odpowiemy