MAROKO 2015

TADŻINY, MEDRESY I CZARNE MYDŁO ARGANOWE

Warszawa – Berlin – Marrakesz, 6.11.2015

9-dniowy wypad do Maroka wokół 11 listopada został odpalony po znalezieniu tanich połączeń na linii Berlin – Marrakesz, Fez – Barcelona – Berlin. Do Berlina dostarczył nas nocny Simple Express z wygodnymi, rozkładanymi siedzeniami; wydatek od 38 do 75 zł, zależnie od tego, czy uda się skorzystać z promocji. Autobus zatrzymuje się przed samym wejściem na lotnisko Berlin Schönefeld, skąd easyJet zabiera nas do Marrakeszu. Wyzwaniem jest bagaż, którego wymiary 55x40x20 cm (RyanAir) / 56x45x25 cm (easy Jet) są dość rygorystycznie sprawdzane przez Niemców – Gosia zostaje wyhaczona z tłumu i zaproszona do umieszczenia walizki w koszu i niestety nie udaje się jej tam bagażu wepchnąć. Pan kontroler zwraca grzecznie uwagę, że mimo wymiarowych gabarytów, walizka jest przepakowana i nie spełnia wymagań. Kończy się szczęśliwie na wymianie opinii i obywa bez dopłaty za kolejny bagaż rejestrowany. Lot bardzo przyjemny, ok.5 godzin, samolotem nówka sztuka, choć bez możliwości rozłożenia siedzeń. Widoki na Alpy i góry Atlas rewelacyjne.

Na lotnisku po odstaniu w mega długiej kolejce do odprawy paszportowej, wymieniamy kasę na taxi i bilety kolejowe do Tangeru (kurs nieco słabszy niż w mieście, 1 euro około 10 dirhamów, 1 dolar – ok. 9 dirhamów). Nasze życzenie dostania się na plac Dżemma el-Fna z przystankiem na dworcu wywołuje konsternację wśród taksówkarzy, spotęgowaną po doprecyzowaniu, że nie o sam plac nam chodzi, a o riad (naszą noclegownię w starej kamienicy w obrębie medyny) zlokalizowany przy ulicy Ben Salah. Druga próba negocjacji zaczyna się od kwoty osiągniętej przy podejściu pierwszym, panowie przy tym dużo gestykulują i krzyczą, aż znajduje się chętny – przemiły kierowca, władający francuskim w stopniu komunikatywnym. Na dworcu kolejowym idzie nam sprawnie, bo przy dwóch kasach nikogo nie ma, a bilety są (nie jest to środek sezonu). Wykupujemy cały przedział (4 bilety do Tangeru) za 1400 DH. Kierowca za 200 DH odstawia nas 200 m od ulicy, na której powinien być nasz riad.

GPS doprowadza nas pod adres z Booking.com, ale… riadu tam nie ma. Kręcimy się chwilę zdezorientowani, aż na odpowiednim rogu znajduje się młody, sprytny, obrotny, ‘chętny do pomocy’, a do niego zaraz dołącza jeszcze sprytniejszy drugi. Prowadzą nas boczną, pustą uliczką, prostopadłą do Ben Salah. Za 3. zakrętem i po minięciu czegoś, co wygląda na wysypisko śmieci, zaczynamy wymiękać, ale zawrotka raczej nas nie zaprowadzi do łóżek, więc ryzykujemy i rzeczywiście, po kolejnym zakręcie stajemy przed drzwiami z kołatką i z tabliczką Riad Bonheur (nomen omen nazwa riadu znaczy szczęście). Okazuje się, że Booking nie podał właściwego adresu, który powinien brzmieć Derb Bouaanane 59, a nie Ben Salah. Świetnie… prawie, bo sprytniejszy wyciąga rękę i żąda zapłaty, a w riadzie nikt nie kwapi się z otworzeniem nam drzwi. Doprowadzacze dostają ultimatum: nie ma kasy dopóki ktoś nas nie wpuści. Jednocześnie Marta intensyfikuje użycie dzwonka, a Gosia negocjacje ze sprytniejszym, który domaga się 5 euro, czyli za 3-minutowy spacer połowy ceny taxi z lotniska. Ten grający dobrego policjanta, zachęca do wspomożenia kolegi, mówiąc, że jest on nieco nerwowy i oferuje, że zadzwoni do riadu. W naszej wyobraźni wysokość bakszyszu szybuje w tempie odwrotnie proporcjonalnym do wartości usługi. Kiedy sytuacja wydaje się totalnie wymykać spod kontroli, drzwi hotelu otwierają się, a w nich pojawia się nasz wybawca Norweg, który co prawda informuje nas, że menedżera nie ma, a on jest tylko gościem, ale właściwie ocenia sytuację, a na Marty hasło o problemach, szybko wpuszcza nas do środka, a sprytnych, blokujących wejście, grzecznie prosi o odejście. Po 10 minutach, dziwnym trafem, pojawia się menedżer, który zapewnia nas, że poinformował już policję i ta sytuacja się nie powtórzy. Niesmak pozostaje przez krótką chwilę, bo szybko zastępuje go smak miętowej herbaty, którą zostajemy poczęstowani na odstresowanie. Menedżer Karim jest ciekawy ludzi, więc gadamy z godzinę, poznajemy wzajemnie historię naszych rodzin i zostajemy odprawieni na kolację na Dżemma el-Fna.

Główny plac Marrakeszu, dzięki instrukcjom Karima znajdujemy bez problemu. Wciągamy zupę pomidorowo-cieciorkową – harira (3 DH) – podawaną z drewnianą łyżką, oglądamy stoiska oferujące tadżiny, kuskus, ślimaki, słodycze i miętową herbatę, a na koniec Michał z Gosią doprawiają kolację kiełbaskami jagnięcymi merguez z frytkami (30 DH), marokańską sałatką (10 DH) i oliwkami (10 DH), a na deser dla wszystkich obowiązkowa miętowa herbata (7 DH na 3 osoby).

Sam riad bardzo przyjemny, mimo tego, że jeden z pokojów na parterze niestety nie ma okna i jest dość niewielkich rozmiarów. Mozaikowa umywalka, ceglane ściany i stylowe wykończenie dodają temu miejscu uroku. Obok pokoju na patio basen-fontanna i wystawione ciasto dla ptaszków, budzących rano gości.

Marrakesz, 7.11.2015

Rano riad odkrywa przed nami kolejne miłe niespodzianki, na tarasie na górze, w pięknym słońcu zaserwowane zostaje śniadanie – stylowe szklaneczki i pojemniczki na miód i dżem morelowy, 2 rodzaje naleśników i placko-chlebek z serkiem topionym dają energię do całodniowego zwiedzania i stawienia czoła 10-latkom, krzyczącym do nas na powitanie ‚Fuck you, madam’.

Kierujemy się do medresy (szkoły koranicznej) Ben Jusufa, a po drodze do niej przechodzimy przez suk (bazar) z warzywami przy Bab Ailen. Nie wyjmujemy mapy, bo za każdym razem kończy się to pojawieniem nieproszonych, dość natrętnych pomocników. Na czuja krążymy po medynie. Ma to taki skutek, że po jakimś czasie wychodzimy prosto na Muzeum Marrakeszu, obok którego mieści się medresa. W muzeum dowiadujemy się, że bilet kombo na muzeum i medresę (60 DH) nie jest już dostępny, a za wstępy płaci się osobno: odpowiednio  50 i 20 DH. Medresa jest punktem obowiązkowym. W 150 pokojach, każdy wielkości małej łazienki, studiowało Koran, w czasach świetności szkoły, 900 uczniów. Przepiękne mozaiki, zdobienia drewnianych elementów i dbałość o szczegół na głównym dziedzińcu zachwycą każdego. Nie sposób zrobić dwóch kroków bez chęci zrobienia kolejnego zdjęcia.

Po medresie kolej na marokańskie bazary, czyli suki, do nich też docieramy na czuja i raczej nie najkrótszą drogą, ale w medynie każde dodatkowe kółko spacerowe przynosi nowe doznania i odkrycia, więc jest absolutnie warte wysiłku. Niestety przechodnie nerwowo reagują na aparat fotograficzny, a sprzedawcy – na niesfinalizowane zakupem zainteresowanie towarem. Przed bazarowym szaleństwem wpadamy po drodze na lunch w bardzo klimatycznej, rodzinnej knajpce – smaczny tadżin warzywny i z kiszoną cytryną oraz kuskus królewski (dania od 30 do 70 DH). Dolewkę herbaty miętowej dostajemy na koszt knajpki. Z bazarów wychodzimy z czajniczkami do herbaty (Martę ujął sprzedawca odrabiający lekcje z córką, 100 DH), kapciami babouche (50-100 DH), magnesami (10 DH) i paskiem (90 DH), a pod wieczór potencjalny nadbagaż uzupełniają jeszcze, przy trzeciej próbie ich zakupu, 2 mosiężne kinkiety (500 DH). Ceny po negocjacjach spadają co najmniej dwukrotnie. Konsumujemy najlepszego w życiu, przesłodkiego granata (9 DH), nabytego od ulicznego sprzedawcy, który fartownie dla nas ustawił się ze swoim wózkiem tuż obok sklepu z torebkami skórzanymi, gdzie Gosia dokonywała trudnego wyboru (padło na turkusową, 280 DH). Parokrotnie Michał zostaje nazwany Ali Babą, a zazdrośni młodzieńcy gratulują mu towarzystwa dwóch kobiet i składają oferty wymiany na rower i komórkę (ech, jeszcze parę lat temu byłyśmy warte 20 wielbłądów, czasy się zmieniają).

Wieczorem spacer do meczetu Kutubijja i podziwianie jego minaretu w zachodzącym słońcu (na szczycie 3 kule wykonane ponoć z przetopionej biżuterii żony kalifa, która w ramadan zjadła 3 winogrona i w ramach pokuty musiała rozstać się ze swoim złotem). Znajdujemy piwko tuż za murami w barze na dachu (byliśmy tam jedynymi gośćmi). Jemy kolację przy placu Dżemma el-Fna w restauracji na tarasie z panoramą na wszelkie placowe rozrywki (m.in. treserów małp na łańcuchach i węży oraz berberyjskich rozlewaczy herbaty). Ceny podwójne za widok – smaczny tadżin z kiełbaskami i wegetariański oraz kofta z frytkami, w sumie 400 DH. Przy kolacji prowadzimy rozmowy o różnicach kulturowych w procesach zakupowych. Zastanawiamy się, czy to co czasem odbieramy jako agresywność sprzedawców, nią faktycznie jest, a na ile to mix walki o byt, posługiwania się obcym językiem bez perfekcyjnego opanowania rejestru formalnościowo-grzecznościowego, generalnie dość głośnej natury i łamania przez nas przyjętego kodu postępowania – zaczynasz rozmowę, jak jesteś poważnie zainteresowany, a wtedy, co do ceny, na pewno uda się obu stronom dogadać.

Marrakesz, 8.11.2015

Kolejny upalny dzień w Marrakeszu – temperatura w dzień dochodzi prawie do 30 stopni. GPS prowadzi nas do królewskiego pałacu de la Bahia chyba nieco okrężną drogą, bo co chwila słyszymy, że dalej nic już nie ma, a do placu w drugą stronę. Dlaczego wszyscy myślą, że jedynym celem wszystkich turystów jest Dżemma el Fna? Lądujemy na tyłach muru okalającego kompleks pałacowy. Podczas poszukiwania wejścia raz zostajemy skierowani w przeciwną stronę do dzielnicy żydowskiej, a drugi raz prawie zawróceni, bo ponoć zamknięte. Nauczeni wczorajszymi doświadczeniami, nie poddajemy się i docieramy na miejsce. 10 DH otwiera wstęp do krainy baśni tysiąca i jednej nocy. Przewodnik ostrzega o przesadzie i braku spójności, ale naszym gustom wszystko pasuje. Ornamenty i precyzyjne detale powodują, że nie wiadomo, w którą stronę skierować aparat, więc szukamy miejsc nieoblężonych przez turystów. Chłód wewnętrznych dziedzińców prowokuje do myśli o odpoczywających na nich 4 żonach i 24 hurysach wezyra Bu Ahmeda. Zwiedzanie kończymy szybciej niżbyśmy chcieli, ponieważ największy dziedziniec jest w renowacji. Inszallach za 2-3 miesiące znowu będzie można go oglądać.

Następne kroki kierujemy przez wąskie alejki, klimatyczne łuki i podcienie do Maison Tiskwin, kolekcji tekstyliów i rękodzieła holenderskiego historyka sztuki. Przerwa od 12 do 14:30 skazuje nas na alternatywę – pałac Dar Si Said, mniejszą kopię pałacu de la Bahia, zbudowaną  przez wezyra w darze dla jego brata. Mieści się tu muzeum sztuki marokańskiej. 10 DH i nowa porcja arabesek, niezwykłych sufitów, szumiących fontann, a w komnatach – berberyjska biżuteria, drewniane rzeźby z kazb, tekstylia, naczynia, sztylety i broń. Pałacowe doznania doskonałe – warto już dla samego wnętrza, przy którym eksponaty schodzą na dalszy plan. Na ulicach medyny też ciekawie, tylko na każdym kroku jest okazywana w mało ciepłych słowach niechęć tubylców do zdjęć.

Pyszny obiad w restauracji Chez Chegrouni w pobliżu Dżemma el Fna – kolendrowa harira, pastilla (francuskie ciasto z kurczakiem, cynamonem i migdałami; podawane tradycyjnie z mięsem gołębim), sałatka marokańska, tadżin jagnięcy ze śliwkami i kefta z jajkiem, w sumie 234 DH, widoki gratis. Po obiedzie Gosia, wbrew swojej woli, przechodzi próbę alergiczną z henną i kończy z zaczątkiem kwiatka wymalowanego na dłoni przez zawoalowaną Marię o pięknych oczach (tylko oczy widać było spod okrywających ją szat) – pamiątka przetrwa 3 tygodnie!

Czas na nową dzielnicę, aleja Mohammeda V prowadzi nas do Gueliz. 5 minut po wyjściu poza mury coś nam nie gra, idziemy z mapą, a nikt nie proponuje pomocy i nie pokazuje, którędy do placu. Gueliz to zupełnie inne miasto: Starbucks, McDonalds, Mango, Stradivarius, restauracje serwujące piwo (zakazane w medynach), centra handlowe z Carrefourem, gdzie nabywamy lokalne wino Gazelle de Magador, rose, rocznik 2014, Val d’Argan, 65 DH. W sklepach ludzie obwieszeni złotem w czapkach Versace haftowanych w liście marihuany i odważnie poubierane kobiety, widać dużo par. Gdyby nie arabskie napisy i parę kobiet w hidżabach (chustach zakrywających włosy, uszy i szyję), mogłoby to być dowolne inne miasto. Ale że jesteśmy jednak w Maroku, nie może obyć się bez nargili (70DH) w lokalu Cafe SJB, do którego skierował nas, zagadnięty przez Michała, sprzedawca fajek wodnych. Z zewnątrz miejsce sprawia wrażenie szemranego klubu nocnego. W środku sami mężczyźni oglądający mecz. Najsłodsza i najdroższa jak do tej pory miętowa herbata i anyżkowa szisza.

Po powrocie do riadu problemik z zapłatą. Boss przekazał menedżerowi kwotę wyższą niż by to wynikało z Bookingu, bez uwzględnienia 30% obciążenia karty. Przez telefon boss dostał niezły ochrzan od Karima i ma się jutro w kwestiach finansowych ogarnąć. Zobaczymy… Dla ukojenia nerwów dokonujemy na tarasie na dachu degustacji wina Gazelle.

Marrakesz, 9.11.2015

Dzień trzeci, ostatni w Marrakeszu spędzamy leniwie. Zaczynamy od Grobowców Sadytów z końca XVI wieku, otoczonych murami i odkrytych w 1917 (wstęp 10 DH) – kolejna porcja mozaikowych kafelków zelidż oraz drewnianych i marmurowych, misternych ornamentów. Siadamy naprzeciwko grobowców na kawiarnianym tarasie na sok pomarańczowy (35 DH), kawę (20 DH) i obserwujemy z góry życie ulicy: pana rzucającego mięso kotom, dzieci wracające ze szkoły, w mundurkach przypominających pielęgniarskie kitle, kobiety w dżelabach (długich kaftanach z szerokimi rękawami i kapturem) goniące z maluchami na zakupy, bociany na minarecie meczetu.

Parę kroków dalej rozczulamy się na widok bocianiego gniazda uwitego na najstarszej bramie miasta – Bab Agnou. Spacer wzdłuż murów doprowadza nas na lunch w tadżinowni przy ulicy, w której mocno rotują Marokańczycy. W odróżnieniu od nich dostajemy chlebek na kawałku papieru, a nie bezpośrednio na ceracie. Podglądamy jak tradycyjnie spożywa się tadżin – wprost z naczynia, maczając w nim chleb. Kawałek arabskiego chleba zwanego chubz trzyma się palcami – kciukiem, wskazującym i środkowym – i nabiera się nim kawałki mięsa i warzyw. My korzystamy jednak ze sztućców. Michał je tadżin z mięsem, czyli z jagnięciną  (bo tylko ona w kartach dań nie jest wymieniana z nazwy, a figuruje po prostu jako mięso), a Marta i Gosia dzielą się tadżinem z kurczakiem. Znaleziona w nim kwaszona cytryna (przysmak Gosi) nie przypada do gustu Marcie, ale poza tym wypadkiem przy pracy – dania są znakomite i tanie (55 DH wraz z Colą).

Posileni ruszamy na poszukiwania warsztatów farbiarzy wełny. Znajdujemy garbarzy, potem kowali, a do farbiarzy gratis zaprowadza nas właściciel stoiska tekstylnego. Tam zaprezentowana zostaje nam technika używania naturalnych barwników i wiązania niebieskiego szala w stylu Tuaregów. Bardzo chcemy coś kupić w podziękowaniu, ale niestety towar jest nieciekawy. Oglądanie kowali i garbarzy przy ciężkiej pracy w mini-warsztacikach sprawia, że inaczej patrzymy na ceny lamp i torebek. Krążymy jeszcze chwilę po bazarze i okolicznych uliczkach, aż trafiamy do kobiecej kooperatywy, gdzie operatywna właścicielka, pani ‚doktor’ prezentuje nam organiczne, marokańskie kosmetyki, naturalne medykamenty i przyprawy, które ponoć sprawiają, że 50-letnia skóra wygląda 20 lat młodziej, na co przykładem jest sama sprzedawczyni. Udaje jej się nas namówić, dzięki obietnicy połowy ceny, licznych prezentów oraz szczytnego celu, jakim jest dzielenie się zyskiem z organizacjami działającymi na rzecz dzieci, na wydanie 60 euro na podwójne zestawy czarnego mydła, olejku arganowego i kremu (pięknie pachnące kostki ambry na mole dostajemy w prezencie). Olej arganowy,  zwany „płynnym złotem Maroka”, jest jednym z najdroższych olejów na świecie. Trudne do otwarcia ziarna zbiera się wyplute lub wydalone przez kozy. Następnie oczyszcza się je, rozłupuje, suszy, praży, dodaje wodę i dopiero miele. Do wyprodukowania 1 litra oleju tradycyjną metodą tłoczenia na zimno potrzeba ok. 30–35 kg owoców i 8 godzin pracy, nic więc dziwnego, że trzeba za niego słono zapłacić.

Jeszcze rundka po Dżemma el-Fna, gdzie Gosia decyduje się na dokończenie swojego ‚tatuażu’ czarną, najtrwalszą henną (80 DH); przejście środkiem placowego bazaru;  pyszny sok z pomarańczy (4 DH) i kolacja w kameralnej restauracyjce w pobliżu naszego riadu (słaba harira, niedoprawiona sałatka marokańska, ale pyszne oliwki, bakłażany, frytki i kiełbaski merguez, herbata miętowa – 90 DH). Przy okazji jesteśmy świadkami awantury – w uliczkę prowadzącą do naszego riadu wszedł chłopak z psem na smyczy i dostał bęcki od kobiety i jej krewnych, którym obecność psa przeszkadzała.

Zbliża się godzina, na którą zamówiliśmy w riadzie transfer na dworzec kolejowy, więc czas na 3. odcinek telenoweli rozliczeniowej. Karim podaje nam kolejną kwotę niezgodną z wydrukiem z Bookingu i mówi, że on się poddaje i żebyśmy rozliczali się bezpośrednio z jego bossem, monsieur Arnaud, który po nas przyjedzie. Zapisuje po arabsku nasze imiona i odprowadza nas do auta. Monsieur Arnaud okazuje się być cicho mówiącym Francuzem, który przez całą drogę narzeka na korupcję w Maroku i ostrzega nas przed licznymi niebezpieczeństwami w Fezie. W rezultacie płacimy 3,5 euro więcej za nocleg, ale 2 euro mniej za transfer  i żegnamy się z Marrakeszem.

Kuszetki do Tangeru to pełnowartościowy wagon sypialny z wygodnymi leżankami i pościelą. Kontrolerów dziwi, że dostają 3 z 4 biletów, a nie fakt, że nie ma 4. osoby. Do przedziałów zostajemy wpuszczeni po okazaniu biletów, dostajemy po butelce wody i zapewnienie, że opóźnienia nie będzie.

Tanger, 10.11.2015

Opóźnienie 45 minut, czyli faktycznie wg lokalnych standardów prawie jakby go nie było. Miły taksówkarz zabiera nas za 70 DH na dworzec autobusowy, pomaga znaleźć odpowiednie stanowisko (bilety do Szefszewanu o 17:45 po 35 DH), odstawić bagaże do przechowalni (7 DH od sztuki) i potem zawozi nas do medyny, na duży plac Grand Socco, ostrzegając parokrotnie przed złodziejami i każąc pilnować torebek. Wąska uliczka prowadzi nas do Kasby, czyli twierdzy (zamkniętej we wtorki). Wchodzimy przez bramę i kręcimy się w górę i w dół po urokliwej i dość pustawej w tej okolicy medynie, jemy marokańskie śniadanie (miętowa herbata i naleśniki z miodem, 80 DH) w Cafe Baba z klimatem jak z filmów szpiegowskich, w której bywali Keith Richards i Barbara Hutton, dziedziczka fortuny Woolwortha. Wygrała ona licytację z generałem Franco na tangerską willę (vis a vis Cafe Baba), gdzie wydawała huczne, dekadenckie przyjęcia.

W dolnej części medyny odnajdujemy jej serce – es-Siaghin, niegdyś ulicę jubilerów oraz placyk Petit Socco, gdzie w dawnych, dobrych czasach dokonywano nielegalnych transakcji, a na kawę siadali Erol Flynn, Cary Grant, Truman Capote czy Henri Matisse. Odwiedzamy pierwsze poselstwo amerykańskie (20 DH) z kolekcją poświęconą tworzącemu w Maroku kompozytorowi i pisarzowi Paulowi Bowlesowi („Pod osłoną nieba”) i suk warzywno-mięsno-rybny. Potem opuszczami mury medyny i posilamy się obiadem rybno-kalmarowym w knajpie przy Avenue Mohammed V w ciągu przepięknych kolonialnych budynków, ale za to z widokiem na pierdolnik przed portem (45 DH kalmary, frytki 10 DH, tadżin rybny 35 DH, rybka 35 DH), a następnie, po spacerze nadmorskim bulwarem w rześkiej bryzie, delektujemy się piwem, kawą i czekoladą w barze przy plaży (duże piwo Flag z nalewaka – 50 DH). Dzień w Tangerze kończymy w Cafe de Paris na Place de France, w której podczas II wojny światowej spotykali się europejscy i afrykańscy szpiedzy, aby wymieniać informacje.

Na dworzec dostajemy się taxi za 50 DH. W autobusie dopłacamy 10 DH za każdą sztukę bagażu. 120 km pokonujemy w około 3,5 godziny z przystankiem w Tetuanie i drugim, nieplanowanym, na posterunku policji na rogatkach Szefszewanu. W autobusie doszło do obyczajowego incydentu. Młody mężczyzna narzucał się z rozmową kobiecie, ponoć wbrew jej woli. Zauważył to starszy mężczyzna i zrobił mega awanturę, która zakończyła się wysadzeniem wszystkich zaangażowanych na policji. Większość pasażerów, młodych facetów przekonywała stróża porządku moralnego, żeby odpuścił, a przerażona aferą dziewczyna zalewała się rzewnymi łzami, ale nie dało się sytuacji załagodzić. Chłopak siedzący przed nami wyjaśnił nam zajście i przeprosił, że musieliśmy być jego świadkami. Drugi tak się nami przejął, że odstąpił nam swoją taksówkę (w Szefszewanie petit taxi zabierają max 3 osoby).

Przestawiamy się na hiszpański (Szefszewan był kolonią hiszpańską; kiedy w 1920 roku przybyli tu Hiszpanie, zaskoczyła ich obecność Żydów i muzułmanów, mówiących średniowiecznym językiem andaluzyjskim, który w Hiszpanii w użyciu był czterysta lat wcześniej). Pod hotelem Parador czeka już na nas wysłannik z Casa Miguel, pięknego, 383-letniego riadu, w którym – wg słów menedżera – nowa jest tylko toaleta (440 DH per pokój per noc). Wyposażenie rzeczywiście wygląda zabytkowo i nie dziwiłoby w Pałacu de la Bahia czy Dar Si Said. Medyna jest bezpieczna także po zmroku, więc Gosia z Michałem zakładają polary (górskie powietrze) i wyruszają jeszcze na poszukiwanie hariry.

Szefszewan, 11.11.2015

Poranek zaczynamy śniadankiem podanym w podłużnej salce, ozdobionej malowanymi talerzami – z bogatszą ofertą dla preferujących opcję ‚na słono’: jajka sadzone, salsa pomidorowa, oliwki. Spędzamy dzień w błękitnym mieście, spacerując w górę i dół po wąskich uliczkach i obfotografowując wszystkie zaułki. Zaczynamy od panoramy miasta, w tym celu pniemy się ostro w górę w kierunku murów, potem gubimy się w biało-niebieskim labiryncie. Każdy kolejny zaułek jest piękniejszy od poprzedniego, więc nie przestajemy fotografować. Obiad jemy w maleńkiej restauracji Granada, w której panuje jeden człowiek – starszy pan obsługuje, gotuje, zabawia, inkasuje. Na koniec zaprasza nas do swojej kuchni na wspólne zdjęcie. 3 tadżiny, warzywny i dwa kurczakowe, zupa i sałatka – 130 DH. Pożywieni, dochodzimy do miejskiej pralni nad rzeką i robimy kolejne pętelki po medynie. Zwiedzamy Kazbę (10 DH), z wieży twierdzy podziwiamy widok na tarasowo położone miasto i na góry Rif. Na koniec przenosimy się na taras restauracji Alladin przy głównym placu Uta el-Hammam. Wystrój bardzo adekwatny do nazwy. Dublujemy wydatki obiadowe, uzupełniając wcześniejszy posiłek harirą, tortillą (w końcu to hiszpańskie miasto), flanem i naleśnikiem z czekoladą. W Szefszewanie mieszkańcy wiedzą, że żyją z turystów, jest spokojnie, wręcz sielankowo, prawie bez nagabywania, chociaż propozycja zakupu kifu, a jakże, była! W porównaniu z Marrakeszem ma się wrażenie oglądania miasta przez szybę.

W riadzie czekają już na nas bilety autobusowe do Fezu (linia państwowa CTM, 75 DH od osoby) na godzinę 18. Na dworzec odstawia nas taxi petit za 15 DH. Dopłacamy 5 DH od sztuki bagażu na moment przed odjazdem. Po drodze, w Ouazzane widać jak Maroko przygotowuje się do święta niepodległości (18 listopada) – neony wzdłuż głównej ulicy w barwach narodowych i świecąca flaga na ratuszu. W barach sami mężczyźni. Półgodzinny postój oferuje opcję kawiarnianą, a głodnym możliwość nabycia kawałka mięsa i ugrillowania go na ruszcie obok, na stacji benzynowej (sic!). Korzysta z niej nasz kierowca. Przyjeżdżamy 10 minut przed czasem (22:35), a już czeka na nas potomek dynastii Idrissów – założycieli Fezu i przybliża nam przy miętowej herbacie powitalnej swoje drzewo genealogiczne w kolejnym pięknym riadzie (Dar Chrif Idrissi). W Fezie znacznie chłodniej, wieczorem zimno nawet w polarze, mimo to podziwiamy z tarasu nocny Fez el-Bali – medynę, w której mieszka 300 tys. osób. Jako jedyni goście dostajemy najlepsze pokoje na piętrze, z oknem na wewnętrzne ‘patio’.

Fez, 12.11.2015

Wzmacniamy się przepysznym, tradycyjnym śniadaniem podanym na tarasie z piękną panoramą medyny – nowością w porównaniu do poprzednich riadów jest doskonały biały ser i słodkie pączko-racuchy. Gospodarz uśmiecha się, kiedy prosimy o podanie osobno cukru do miętowej herbaty (jak to mówią o niej – marokańskiej whiskey). Wiemy, że im słodszy napój, tym lepiej świadczy to o gościnności, ale nie podołamy kolejnej szklance, w której cukru jest tyle samo co wody.

Fez stanowi logistyczne wyzwanie. W jego krętych uliczkach nie sposób się nie zgubić, a żadna mapa nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Mimo intensywnego wykorzystania GPSa parokrotnie przeżywamy dzień świstaka i lądujemy na placu Nejjarine lub suku henny. GPS ma jeszcze tę zaletę, że przepłasza samozwańczych przewodników. Mimo pewnych trudności udaje nam się odhaczyć wszystkie punkty programu:

  • główne wejście do starego Fezu (Fez el-Bali) – bramę Boujeloud z 1913 roku,
  • pałac Dar Batha (10 DH) z kolekcją sztuki marokańskiej (bez szaleństwa, rezydencja ponoć słynęła z przyjęć wydawanych przez arabskiego playboya, syna pierwszego właściciela, najciekawsze eksponaty to drzwi i klucze, na które niegdyś zamykano na noc medynę),
  • medresę Bou Inania z XIV wieku (poza nami nie ma tam ani jednego turysty, gdyż budynek odnaleźliśmy pół godziny przed zamknięciem, 20 DH),
  • meczet Al-Karawijjin (innowiercom wstęp wzbroniony, ale można zajrzeć do środka przez otwarte drzwi),
  • nowe garbarnie.

Kiedy GPS gubił sygnał, podczepialiśmy się pod grupy z przewodnikiem (wielu turystów decyduje się na wynajęcie licencjonowanego przewodnika, co usprawnia zwiedzanie miasta). Zanim znikały w riadzie lub restauracji, doprowadzały nas do rozpoznawalnego miejsca, z którego mogliśmy kontynuować nasz obchód. Rozczarowaniem dnia są garbarnie. Po trzech okrążeniach decydujemy się skorzystać z oferty sklepu z wyrobami skórzanymi, 5 DH za gałązkę mięty (łagodzącej smród garbowanych skór) i widok z tarasu. Okazuje się, że stare, malownicze garbarnie z okrągłymi kadziami do farbowania skór są zamknięte, a nowe wyglądają strasznie. Stanie wśród ciężko pracujących ludzi z mięta przy nosie i robienie im zdjęć jest do bani. Marta kupuje pasek za 70DH, żeby zabić wyrzuty sumienia, co zwalnia nas automatycznie z opłaty za wstęp.

Obiad jemy na placu kowali (Plac Seffarin) przy dźwiękach ich narzędzi – cytrynowy tadżin z kurczakiem, szaszłyki z frytkami, kofta z jajkiem i gratisowe mini-sałatki z papryki, fasoli i bakłażana (270DH). Kolację spożywamy o zachodzie słońca  w najbardziej turystycznym rewirze – przy bramie Boujeloud,  na tarasie La Kasbah – 2 ogromne pastille, tadżin z wołowiną (202 DH).

Wbrew zapowiedziom naszych gospodarzy z Marrakeszu i Szefszewanu, Fez wydaje się być bezpieczny, policja sprawnie pacyfikuje fałszywych przewodników, nagabywanie jest umiarkowane, ‚dobra, dobra zupa z bobra’ pada rzadko, głównie ze strony restauratorów.

Fez, 13.11.2015

Piątek, w Maroku dzień święty. Dziś w planie część andaluzyjska Fezu, dzielnica żydowska i pałac królewski. Zaczynamy od placu R’cif, gdzie kuzynka naszego gospodarza prowadzi cyber cafe i pomoże nam wydrukować karty pokładowe (10 DH). Jest z tym trochę zabawy, bo pani co prawda odstępuje nam swoje stanowisko, ale klawiatura jest arabska. Michał walczy „grand s?” – pani pomaga, „at?” – pani wskazuje, no i się udaje.

Na czuja i przy paru wskazaniach tubylców docieramy do Meczetu Andalazujskiego, a potem do bramy Fettouh z X wieku. Wychodzimy poza mury. Oglądamy piknik rodzinny na cmentarzu muzułmańskim (piątkowa tradycja). Mury prowadzą nas przez targ warzywno-owocowy (granat za 3 DH) do stoisk przyprawowych, gdzie dowiadujemy się co musi znaleźć się w porządnym tadżinie (kumin rzymski, świeży imbir, świeża gałka muszkatołowa, goździki, sól, kora cynamonowa, słodka papryka, kurkuma, szafran, pieprz).

W medynie po lewej stronie rzeki handel w piątki zamiera, ale w części andaluzyjskiej tylko niektóre stoiska są nieczynne. Niestety zamiast pod meczetem lądujemy znowu pod bramą. Próbujemy przejścia inną uliczką i ładujemy się w korek tysiąca mężczyzn wychodzących z meczetu. Jeszcze parę zakrętów i jakiś ‘życzliwy’ wskazuje nam medresę Sehrij, która jest co prawda w przebudowie, ale pracuje tam jego kuzyn, więc za 10 DH może nas wprowadzić. Pasujemy. Wracamy na plac R’cif, wychodzimy poza mury i robimy przerwę na lunch przy bulwarze Ben Mohammed – El Alaoui – szaszłyki, kurczak z rożna, tadżin z kiszoną cytryną i absurdalna sałatka gratis ze wszystkich warzyw hurtem plus makaron i ryż (200 DH). Właściciel restauracji ma problem z naganiaczem, który chce za nas haracz, ale chyba zwycięża swą siłą spokoju.

Łapiemy taxi i za 8 DH, wg taksometru, przemieszczamy się do Fes el-Jdid, pod pałac królewski. Turyści mogą tu obejrzeć jedynie bramę wejściową od zewnątrz. Stąd już tylko krok do dzielnicy żydowskiej, mellah (nazwa oznacza sól i pochodzi od zwyczaju solenia ściętych głów kryminalistów, czym zajmowali się Żydzi; głowy potem wieszano na murach miasta dla postrachu). Przechadzamy się Rue des Merinides, przy której znajdują się stare, żydowskie kamienice z drewnianymi rzeźbionymi balkonami i dom rabina, fotografujemy bramę Bab Semmarine. Zwiedzamy synagogę Aben Danan (20 DH od osoby), odrestaurowaną ostatnio przez UNESCO i dobroczyńców z Ameryki, oprowadzani przez uroczego staruszka, który prezentuje nam Torę ze skóry gazeli, wpuszcza do lochu z mykwą, trzęsącymi się rękoma robi nam zdjęcia i wskazuje wejście na taras z widokiem na cmentarz żydowski. Wg niego w Fezie mieszka obecnie 56 rodzin żydowskich.

Po opuszczeniu mellah, koncepcja nam się chwilowo kończy, siadamy więc w parku i kminimy co dalej. Wpada nam w oko pobliski Carrefour, więc ruszamy, żeby zasilić baterie. W dziale alkoholowym w piątek tłumy młodych mężczyzn (pewnie tych z zamkniętych sklepików w medynie). Taxi za 20 DH (niełatwo znaleźć taką z trzema wolnymi miejscami) przemieszczamy się do Bab Boujeloud. Odbywamy rundkę spacerową wokół placyku z restauracyjkami dla zwiększenia głodu, a także uzupełnienia listy suwenirów (natrafiamy na zegar wodny, który jest w nieustającej renowacji, ponieważ niestety nikt nie może ogarnąć, na jakiej zasadzie działał) i decydujemy się na ostatnią, marokańską kolację w rekomendowanej przez Trip Advisor – Chez Said: zupa z cieciorki, tadżin ze śliwkami (poezja!), kuskus z merguez i warzywami oraz na deser rogi gazeli (180 DH). Przejedzeni, turlamy się do riadu, słysząc 3 razy po drodze, że idziemy w złą stronę, bo tam dalej jest zamknięte lub nic tam nie ma.

Wieczorem prowadzimy rozmowę na tarasie z naszym gospodarzem. Dowiadujemy się, że wszyscy Marokańczycy kochają króla, bo jest dobry i sprawiedliwy, wspiera wdowy z dziećmi i inwalidów, zbudował plac R’cif, żeby dzieci miały gdzie grać w piłkę, a kobiety się przechadzać. Dostajemy też odpowiedź na pytanie o zagrożenie ze strony ISIS (jak się potem okazuje zadane w czasie, kiedy miała miejsce tragedia w Paryżu, ale o niej dowiadujemy się dopiero następnego dnia rano) – Marokańczycy wierzą w króla i swoje świetnie pracujące służby specjalne. Są przypadki rekrutacji ochotników przez państwo islamskie – rodzina dostaje 30 000 euro, ale to niezgodne z islamem. Koran nie pozwala bowiem zabijać człowieka bez powodu. Wg naszego gospodarza powód mają Palestyńczycy, ale nie ISIS, a problemem jest brak wykształcenia i bieda oraz fałszywi imamowie wykorzystujący głupią młodzież i karmiący ją wizjami raju z hurysami. Nasz rozmówca wraca do lżejszych tematów i z dumą informuje nas, że Fez jest w przebudowie – za 2-3 lata mauzoleum Idrissa II ma być znowu dostępne, podobnie jak stary targ i garbarnie, na rzece dzielącej medynę mają pływać łódki na wzór Wenecji, wzdłuż brzegu ma być pobudowana promenada. Także gotowe jest już nowe lotnisko, które czeka tylko na otwarcie przez króla (opóźnione przez chorobę władcy), ma z niego latać w sumie 25 samolotów dziennie, w tym bezpośrednio do NYC. W związku z takim napływem mile widzianych turystów, policja pilnuje porządku: są dotkliwe kary pieniężne dla fałszywych przewodników i pijanych mężczyzn, tych ostatnich zamyka się na dzień w areszcie (w piątek kiedy piją najwięcej, bo nie pracują, spędzają w areszcie 3 dni).

A więc do odbudowanego i bezpiecznego Fezu najlepiej wybrać się w 2018 roku.

  • Zetknięcie z prawdziwą historią – Fez stał, gdy Polska przyjmowała chrzest – w niektórych uliczkach medyn (starych dzielnic) można poczuć klimat średniowiecza
  • Możliwość mieszkania w domach z XV/XVI wieku (riadach), wykończonych antykami i klasycznymi arabskimi ornamentami
  • Inna, ciekawa kuchnia – niby wszędzie w kartach tadżin i kuskus, ale nie są to dania monotonne, występują w wielu odmianach i w każdym miejscu smakują inaczej
  • Zakupy! – ilość fasonów i feeria barw wyrobów skórzanych, magiczne światła lamp, oszałamiający zapach stoisk z przyprawami i kosmetykami arganowymi – niestety ekstazę zabija rozpacz z powodu lotniczych limitów bagażowych…
  • Trzeba uzbroić się w cierpliwość i grzecznie odmawiać fałszywym przewodnikom, zarabiającym na doprowadzaniu turystów, wbrew ich woli, do głównych atrakcji, a w zasadzie do zaprzyjaźnionych sklepów
  • Dobra orientacja w terenie jest konieczna na obszarze medyn; pomocny może być GPS; drogę też chętnie wskazują mówiący po francusku sklepikarze
  • Kraj nie dla diabetyków – w herbacie proporcje wody i cukru są równe sobie
  • W Marrakeszu, Fezie, Szefszewanie i Tangerze bez problemu można się teraz dogadać po angielsku (10 lat temu tylko francuski wchodził w grę)
  • Pojawili się turyści spoza Francji i Hiszpanii (wielu sklepikarzy i restauratorów zgaduje narodowość i zagaduje we właściwym języku)
  • Restauratorzy nie kantują na rachunkach i są bardzo przyjaźni
  • Taksówkarze wykazują autentyczną i szczerą chęć pomocy
  • W medynach widać prace remontowe i nieco oznaczeń turystycznych
  • Poprawiła się znacznie oferta noclegowa na „średnią kieszeń” (riady)
  • Godziny otwarć głównych zabytków podawane w przewodnikach trzeba nadal traktować bardzo umownie

Nasza ocena podróży (w punktach/100)

Jedzenie

Transport

Kwatery

Ludzie

NAPISZ DO NAS

Jeśli masz pytania dotyczące podróży to z przyjemnością na nie odpowiemy