LAOS - KAMBODŻA 2016/2017

SZAFRANOWI MNISI, KLEISTY RYŻ, MEKONG I ORGANIZACYJNY ZEN

24-25.12.2016 Podróż i Bangkok

Po 20 godzinach podróży i podzieleniu się opłatkiem na pokładzie Qatar Airways, planowo docieramy do Bangkoku i kwaterujemy się w hotelu Silver Gold Garden Suvarnabhumi Airport nieopodal lotniska (810 THB za pokój dwuosobowy ze śniadaniem – miła niespodzianka, bo Booking pokazywał 999 THB). W nadziei na spożycie świątecznego obiadu bezzwłocznie wyruszamy na poszukiwania pad thaia – najpopularniejszej i jednej z niewielu nieostrych w Tajlandii potraw. Tym razem jednak niedane jest nam zaspokoić pad thaiowego głodu, jako że mimo rozpytywania okolicznych kramarzy i namierzenia wskazywanej przez nich budki, nie ma w niej nikogo, kto by nam usmażył upragniony makaron z jajkiem, kiełkami, orzeszkami, tofu itd. Decydujemy się więc spożyć kolację w najgęściej okupowanym, przyulicznym barze, a w związku z brakiem możliwości znalezienia wspólnego języka z kucharkami, potrawy wskazujemy na podanych nam wyblakłych zdjęciach, nie mając pojęcia, co wybraliśmy. Dostajemy mega ostrą zupę (spożytą dzięki dwóm porcjom ryżu łagodzącym zabójczy smak) i słodkawy (przynajmniej w porównaniu z zupą) ryż z jajkiem i krewetkami (150 THB na parę).

Przed testowaniem linii Lao Airlines na trasie do Luang Prabang jemy śniadanie w hotelowej restauracji nad uroczym kanałkiem (jajko sadzone, parówki, podgrzewana szynka i tosty). Hotel Silver Gold Garden, mimo niezdecydowania w nazwie, spełnił swoje zadanie i zapewnił nam godny nocleg między przylotem o 20:35 a transferem (w cenie) na lotnisko o 7:30.

26.12.2016 Luang Prabang (Louangphrabang)

W samolocie (model ATR 72, czas lotu 1 godz. 45 min.) dostajemy 2 tostowe kanapki: jedną z szynką typu krakus i drugą z majonezem i kukurydzą plus ciastko bananowe i soczek pomarańczowy. Siedzący przodem do pasażerów steward wydaje się być mocno przerażony startem i przygotowaniami do lądowania, ale mimo widowiskowych starań malujących się na jego twarzy, nie udaje mu się wywołać zbiorowej paniki na pokładzie. My też trzymamy się dzielnie, choć akurat za naszym oknem kręci się szaleńczo niczym nie osłonięte śmigło… W hali przylotów pierwsze rzucają się nam w oczy czerwone flagi z sierpem i młotem. Po odprawie wizowej (dla Polaków 30$ plus opłata manipulacyjna 1$) i szybkim kursie przeliczania dolarów na laotańskie kipy (1$ = ok. LAK 8k), minivanem udajemy się do centrum (LAK 50k za 3 osoby, LAK 80k / 11$ za 4 osoby) i zostajemy odstawieni pod hotel. Na nocleg wybraliśmy stary budynek Villa Senesouk ulokowany vis a vis świątyni 100 000 skarbów (Wat Sene Souk Haram) na ulicy Sakkarine, wzdłuż której znajduje się wiele buddyjskich klasztorów, po to aby o świcie móc oglądać z balkonu ceremonię zbierania jałmużny (Alms Giving Ceremony). Luang Prabang do 1975 roku, czyli do obalenia monarchii i utworzenia Laotańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, był stolicą Laosu i centrum życia religijnego kraju. Zwany miastem mnichów, dopieszczany przez francuskich kolonizatorów i wpisany przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa wita nas twarzami masy turystów i ogromem miejsc zapewniających im rozrywkę: od barów, przez kafejki, francuskie piekarnie i restauracje po salony masażu, butiki i sklepy z pamiątkami czy lokalnym rękodziełem. Mijając waty (z 66 przetrwały do dziś 32 świątynie), dochodzimy do Mekongu i z punktu widokowego oglądamy malowniczy mostek nad rzeką Nam Khan, łączącą się tu z Mekongiem, a następnie kierujemy nasze kroki do najważniejszej ‘świątyni złotego miasta’ – watu Xieng Thong (2,50$ / LAK 20k od osoby) z XVI wieku, miejsca koronacji królów Laosu. Na terenie kompleksu podziwiamy pozłacany królewski rydwan pogrzebowy zaprzężony w smoki, leżącego Buddę w czerwonej kaplicy oraz przepięknie rzeźbiony sim, czyli główny budynek, ze złotymi dekoracjami na czarnych ścianach. Zewnętrzne ściany ozdabia lusterkowa sztukateria przedstawiająca sceny religijne i z życia codziennego, a na tylnej ścianie simu zobrazowano drzewo życia i dwie związane z nim przypowieści:

  1. O sprawiedliwości i chęci niesienia pomocy (Myśliwy pojmał jelenia i przywiązał go do drzewa powrozem. Przechodzący obok żółw postanowił przegryźć sznur i uwolnić jelenia. Kiedy zaczęli uciekać, żółw nie był wystarczająco szybki, więc myśliwy pojmał go i wrzucił do torby, którą powiesił na gałęzi. Wtedy do akcji wkroczyła jaskółka. Krążyła nad myśliwym, narobiła mu na głowę i odwróciła jego uwagę od żółwia, tak aby jeleń mógł się odwdzięczyć i wykorzystując swoje rogi, uwolnić przyjaciela z torby. Nie bez znaczenia dla biegu wypadków była interwencja boskiego pawia, który sfrunął z drzewa życia i wytłumaczył myśliwemu, że ten powinien odpuścić zwierzakom i uszanować ich przyjaźń i wzajemną chęć niesienia sobie pomocy).
  2. O karmie i poświęceniu (Krowa z cielakiem mijała drzewo życia, kiedy wyskoczył zza niego strasznie groźny tygrys i obwieścił, że ma wielką ochotę na obiad. Krowa błagała, aby wybrał ją, bo jest odpowiednio duża, żeby zaspokoić jego apetyt. Cielak zaprzeczył i zapewnił, że mimo niższej wagi, jego mięso jest lepsze, bo młode i delikatne, a nie stare i włókniste jak jego matki i że to on zgłasza się na ochotnika do roli głównego dania obiadowego. Na szczęście z drzewa sfrunął boski paw i wytłumaczył tygrysowi, że jeśli nie ocali krowy i cielaka, to w kolejnym życiu on będzie krową, która zostanie pożarta, a bydło pochwalił za chęć poświęcenia życia w obronie drugiego. W wyniku spotkania z boskim pawiem, tygrys został pierwszym drapieżcą wegetarianinem, a krowa z synem ocalili życie).

Po podziwianiu zachodu słońca nad Mekongiem lądujemy tam, gdzie wszyscy turyści, czyli na przeciwległym krańcu głównej ulicy Sisavangvong, która zamienia się wieczorem w nocny targ. W bocznej uliczce zamawiamy obiad (2 cole, pad thai i smażony makaron z krewetkami – LAK 60 k). Doprawiamy deserowo kokosowymi miniplacuszkami (LAK 5k) o smaku rozmokłych kokosanek. Nasyceni sprawdzamy rozpiętość negocjacyjną obowiązującą na targu i po oszacowaniu jej na 30-50% rozpoczynamy systematyczny proces zwiększania objętości naszych bagaży o nowe pamiątki (sukienki i spodnie po LAK 40k, szorty po LAK 20k, szale jedwabne (?) po LAK 30-50k). Przed snem testujemy jeszcze pierwszy z laotańskiej serii mango sticky rice (LAK 25k) i konkludujemy, że do jego spożycia przydałaby się lupa. Pierwsze koty za płoty, kolejne próby będą wolumenowo bardziej satysfakcjonujące. Miłośnicy piwa zawierają znajomość z ryżowym BeerLao (LAK 15k).

27.12.2016 Luang Prabang

Przed 4 rano budzą nas mnisie gongi z watu naprzeciwko hotelu (sami tego chcieliśmy…). Mnisi mają plus minus dwie godziny na oporządzenie się i modlitwy przed ceremonią zbierania jałmużny. W Luang Prabang to tradycja, ale także główna atrakcja turystyczna. Przy watach wszędzie wiszą informacje po angielsku i w formie graficznej wyjaśniające, jak się należy zachować, ale i tak mnóstwo obserwatorów je ignoruje: używa flesza, nie zachowuje dystansu, dotyka mnichów, nawołuje się głośno, wręcza ofiary nabyte u ulicznych sprzedawców wyłącznie dla fajnej fotki i biegnie za mnichami, co jest uważane za największą zniewagę. Gdyby nie masa pstrykających foty gapiów, sznur mnichów w pomarańczowych szatach sunących wzdłuż ogrodzeń świątyń i podsuwających swe misy siedzącym na niskich stołeczkach kobietom, które dłoniami nakładają im do miseczek i płóciennych toreb ryż, wyglądałby malowniczo.

Bonusem mieszkania vis a vis watu jest to, że po rozwidnieniu można z balkonu dyskretnie podglądać mnisie życie w klasztorze: nowicjuszy pozujących do fotek, trzaskających sobie selfies i starszych mistrzów zaganiających młodziaków do środka. W Laosie do klasztoru na pewnym etapie życia trafia prawie każdy mężczyzna, niektórzy tylko na parę miesięcy, inni na dłużej. Podstawą mnisiego życia jest rutyna:

4:00 – mnisi wstają, medytują przez godzinę, a przez kolejną śpiewają.

6:00 – bosi mnisi w okolicy swoich klasztorów zbierają jałmużnę od mieszkańców.

8:00 – po powrocie do świątyni mnisi oddają miski z jałmużną świeckim ochotnikom, którzy przygotowują im śniadanie, a sami się w tym czasie modlą. Kiedy gong obwieszcza, że posiłek jest gotowy, nowicjusze przynoszą jedzenie mnichom, po trochu z każdej ofiary, żeby wszyscy darczyńcy  otrzymali zasługę.

11:30 – mnisi po modlitwie w sali głównej spożywają pozostałości śniadania. Jest to ostatni stały posiłek, jaki mogą zjeść do wschodu słońca dnia następnego.

13:00 – 16:00 – czas na medytację lub buddyjskie nauki na terenie klasztoru albo w szkołach poza nim.

16:00 – czas na pranie i sprzątanie świątyni.

18.00 – dwugodzinna sesja medytacji i modlitw.

20.00 – mnisi mają czas na swoje zajęcia i obowiązki.

My również nie wypadamy z turystycznej rutyny i mimo wczesnego startu dnia, zwarci i gotowi z bagietką (LAK 11k!) pod pachą udajemy się na wycieczkę do wodospadu Tat Kuang Si i jaskini Pak Ou nad Mekongiem, 25 km na północ od Luang Prabang (LAK 150k od osoby z lunchem, ale bez opłat: LAK 20k – jaskinia, LAK 20k – wodospad). W drodze do jaskini turystyczne long-boaty zatrzymują się obowiązkowo w wiosce tkaczy Sang Hai. Cała wioska to praktycznie targ z szaliczkami (ceny od LAK 30k),  laotańskimi tekstyliami i suwenirami. Owszem, przechodząc przez główną arterię wioski od przystani do WC, mijamy warsztaty tkackie, które mają stanowić dowód, że oferowane tu towary są autentyczne, ręcznie robione, a nie importowane z Chin. Zewsząd dobiega przyjacielskie ‘ສະບາຍດີ (sába̖ai-di̖i)’ i ‘have a look’, ale mimo wczesnej pory widać znużenie na twarzach sprzedających. W wiosce jest też do nabycia  ‘Lao Whisky’ – lokalny bimber, często służący jako formalina dla nieszczęsnych wężów i innych żyjątek. Teraz rozumiemy, dlaczego w programach wycieczek ten punkt jest alternatywnie określany jako wizyta w whiskey village (wszystko pod klienta, jeden lubi tkaczy, inny – whiskey).

Na rzece dopada nas chłód, mijamy mielizny i sieci, otaczające nas szczyty spowija mgła, słońce pojawia się dopiero koło 11 i wtedy robi się cieplej. Przy jaskiniach tłok, przycumowało tu około 40 łódek. Aby się wydostać na brzeg, skaczemy z jednej na drugą. Najpierw odwiedzamy niższą pieczarę – Tham Ting, a potem, na tempo, wyższą – Tham Theung. Kryją one kilka tysięcy siedzących, stojących i leżących posągów Buddy, przerzedzonych nieco ostrzałem partyzantów komunistycznej Pathet Lao i licznymi kradzieżami. Równie imponująca, co liczba posągów, jest liczba turystów odwiedzających to miejsce, mieszają się oni z błogosławiącymi ich posągami i nikną w dymie kadzideł i panującym w jaskiniach półmroku.

Trochę luźniej robi się przy wodospadach, do których docieramy po lunchu nad rzeką i 2-godzinnej podwózce po wertepach minibusem. Spacer po parku wiodącym do 50-metrowej kaskady zaczyna się od schroniska niedźwiedzi himalajskich (Asian black bears). Trafiamy akurat na porę karmienia, więc misie ochoczo wyskakują z kojco-hamaków i rzucają się na serwowane im owoce. Tu są bezpieczne, nie zagrażają im kłusownicy, polujący na niedźwiedzie ze względu na wydzielaną przez nie żółć, uważaną w medycynie chińskiej za cenne lekarstwo. Pomocą misiom zajmuje się australijska organizacja Free the Bears Fund (www.freethebears.org). Zanim z mostku będziemy podziwiać wodospad, mijamy malownicze, lazurowe rozlewiska i mniejsze kaskady oraz gęsto okupowane kąpieliska, z mocno zimną wodą i ślisko-kamienistym dnem.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w wiosce Hmongów, przez którą dla wygody odwiedzających poprowadzono utwardzoną ścieżkę. Minibus zostawia turystów na początku trasy i czeka po zatoczeniu przez nich półokręgu na drugim skraju wioski. Dzieci sprzedają bransoletki i portmonetki.

Po powrocie jemy kolację na nocnym targu (bufet pod chmurką za LAK 15k plus Cola 8k, czyli za 10 zł jesteśmy najedzeni i napici, bo wszystko ląduje na podkładzie z ciasta ananasowego i kokosowego za 7k; większe głodomory obstawiają pyszną rybę z grilla faszerowaną trawą cytrynową za 30k popijaną dużym (0,66l) piwem za 12k). Po kolejnej porcji zakupów na night market kończymy dzień shakami z marakuji, awokado i mango (LAK 15k) oraz rozważaniami, jak uniknąć spędzenia Sylwestra w nocnym autobusie (co wynika z wstępnego planu i rezygnacji z trekkingu po górskich osadach).

28.12.2016 Luang Prabang

Po powtórnej obserwacji zbierania o świcie jałmużny przez mnichów przenosimy się do hotelu Rattana Guesthouse (25$ za noc za dwójkę) położonego na drugim końcu miasta, w cichej uliczce, gdzie żadne gongi nas nie będą niepokoić o świcie. Przy przeprowadzce korzystamy z tuk tuka (LAK 40k). W lokalnej śniadaniowni (5 budek do wyboru) nabywamy bagietkę z tuńczykiem i awokado (opcjonalnie, już całkiem po francusku, z pate), zupę kokosową i tropikalny shake (LAK 50k).

Zwiedzanie zaczynamy od królewskiego watu May Souvanhnaphoumaram (LAK 10k) z XVIII wieku z pięciopiętrowym dachem i złoconym reliefem na froncie ze scenami z Ramajany. Wat jest byłą siedzibą Pra Sangkharata – najwyższego rangą duchownego buddyjskiego w Laosie. Następnie w bocznej uliczce odwiedzamy Wat Choumkhong oraz Wat Xieng Mouan (w którym dzięki wsparciu Norwegów nowicjusze doskonalą się w tradycyjnym rękodziele), długi dom na palach (Villa Xieng Mouane) i namierzamy miejsce na obiad z organicznym jedzeniem pięknie prezentującym się na zdjęciach. Podziwiamy Muzeum Narodowe (LAK 30k) w dawnym Pałacu Królewskim z piękną, czerwoną salą tronową zdobioną scenkami ze szklanej mozaiki, wystawę samochodów króla i wat z najbardziej czczoną w Laosie statuą Buddy Phrabang, mierzącą 83 cm, pozłacaną, wykonaną w I wieku n.e. ze stopu brązu, srebra i złota.

Obiad (LAK 150k) w Artisan Cafe jest strzałem w 10: świeże spring rolls z krewetkami, szaszłyki z kurczaka w trawie cytrynowej, fioletowy ryż z grzybami i sezamem, mango shake i lemoniada limonkowo-imbirowa fundują nam niezapomniane wrażenia estetyczno-smakowe. Gosia ryzykuje laotański specjał – laap (larb) – ta sałatka z posiekanego kurczaka w sosie limonkowym z mnóstwem świeżych ziół i chili jest przepyszna (LAK 44k)!

Po delikatesowej uczcie, w ramach spalania kalorii, wspinamy się po 355 kamiennych stopniach do watu That Phu Si (LAK 20k) na wzgórzu w środku miasta i próbujemy wcisnąć się w ludzki tłum oczekujący na zachód słońca. Pod wzgórzem kryją się ponoć dwa smoki i czekają na moment, kiedy gong nie zadźwięczy, co będzie dla nich sygnałem do pożarcia wszystkich mieszkańców kraju. Zamiast zapierającego dech w piersiach widoku miasta położonego pomiędzy Mekongiem i jego dopływem Nam Khan mamy przed oczami tylko czubki głów innych koneserów panoram, więc rejterujemy.  Dzięki dezercji udaje nam się zdążyć na królewski balet (najtańsze bilety LAK 100k) w teatrze o 18:00 – ‚Golden deer and the abduction of Sida’ (wycinek z laotańskiej ‘Ramajany’). Przed nami lulająca godzina piętnaście z przerwami na cucące tańce grupowe ‘małpek’, ‘gigantów’ oraz uroczych tancerek.

Na zakończenie dnia relaksujemy się przy drinkach w Utopii, ogromnej knajpie nad Mekongiem, o której mówią tu wszyscy (kokos i napar z hibiskusa LAK 34k, Mai Thai LAK 35k) – zen w ciągu dnia, imprezownia wieczorem.

29.12.2016 Luang Prabang

Obok poleconej przez recepcjonistę, nieczynnej jeszcze skuterowni (LAK 100k per skuter) znajdujemy przytulny i pełen klientów uliczny bar zapraszający na sandwiche i zupy. Korzystamy – bagietka z jajkiem, zupa pho i herbata zielona z miodem okazują się dobrym wyborem (LAK 45k). Godzinę później polecony garaż jest wciąż zamknięty, ale 20 kroków dalej konkurencja oferuje nam skutery (LAK 120k z pełnym bakiem) i ruszamy. Zaczynamy od dwóch watów: Watu Aham (LAK 10k) z ciekawymi, momentami krwawymi freskami oraz od najstarszej świątyni – Watu Visounarat (LAK 20k), którego cześć stanowi That Mak Mo, czyli stupa lotusowa, potocznie zwana arbuzową ze względu na kształt.

Następnie na azymut, potwierdzany na mijanych stacjach benzynowych, docieramy do wodospadów Tat Sae (LAK 10k od osoby za przeprawę długą, niestabilną łodzią na drugi brzeg i LAK 20k za wstęp). Na terenie parku za dodatkową opłatą można wykąpać słonia i przejechać się tyrolką nad wodospadami w małpim gaju. Miłe miejsce na wakacyjny chill out, kąpiel w tarasowych wodospadach, pogrzanie się na słońcu i lunch. W restauracji mega zielone curry z rybą (LAK 20k) oraz nieostre ‘spicy’ curry.

Przed zdaniem skuterów o 17 odwiedzamy jeszcze 2 waty: Wat That Luang i Wat Manorom. Pierwszy to królewska świątynia, na co wskazuje 15 parasolek umieszczonych na dachu. Znajdują się w niej prochy króla Sisavanga Vonga. Jako że te waty są dalej od centrum, nie ma tu turystów, są natomiast uczący się nowicjusze i dzieci grające w siatkówkę. Wszędzie suszą się połyskujące w słońcu pomarańczowe, mnisie szaty. Wat Manorom jest domem największego w mieście, bo 6-metrowego, ważącego ponad 2 tony posągu Buddy odlanego z brązu w latach 70. XIV wieku. W czasie walk francusko-tajskich posąg utracił obie ręce. W 1972 r. zostały one odtworzone z betonu, a odnaleziony fragment przedramienia złożono u stóp Buddy.

Po oddaniu skuterów zaglądamy do watu Phramahathat Rajbovoravihana i robimy ostatnią rundę po nocnym targu, kupujemy parasolkę (LAK 20k) oraz bambusowe koszyczki na kleisty ryż.

Nasz pick up, czyli tuk tuk oferujący podwózkę na dworzec, zjawia się punktualnie o 19. Na dworcu wymieniamy w kasie rachunek na bilety do Vientiane (LAK 170k w opcji z dwuosobowymi łóżkami; cena na dworcu 140k) i możemy zająć miejsca w VIP sleepingu z pięknymi, różowymi, podwójnymi przedziało-łóżkami. Śpi nam się ciasno, ale tak dobrze, że przesypiamy przystanek jedzeniowy i nie korzystamy z kuponów upoważniających nas do jednego posiłku w cenie biletu. Ponieważ mocno rzucało nami na boki, wnosimy, że droga do stolicy była bardzo kręta…

30.12.2016 Vientiane

Po 12 godzinach docieramy do Vientiane (Wientian), najmniejszej stolicy w Azji (700k mieszkańców). Ładujemy się na tuk tuk w wersji 14-osobowej i po 20 minutach (LAK 20k od osoby) zostajemy wyrzuceni 100 m od hotelu Khampiane Boutique (36$ noc dwójka ze śniadaniem). Nie ma dla nas jeszcze pokojów, ale sympatyczny recepcjonista proponuje nam śniadanie – Francja elegancja 🙂 .

Zjadamy zupę pho i bananowy naleśnik i udajemy się na rekonesans stolicy w stronę Mekongu. Miasto przyjemne, do szybkiego ogarnięcia. Mijamy pomnik króla Anouvonga, odpowiedzialnego za wzniecenie powstania przeciw Tajom, i nawet teraz srogo grożącego palcem w stronę drugiego brzegu, gdzie już jest Tajlandia. Laotańczycy długo nie chcieli zbliżenia z Tajami, pierwszy most przez Mekong, tzw. most przyjaźni, zbudowano dopiero w 1994 roku.

Oglądamy główne waty miasta:

  • Hor Phra Keo (LAK 5k), dający niegdyś schronienie Szmaragdowemu Buddzie, obecnie muzeum;
  • najstarszy w stolicy Sisaket (LAK 5k) z pięknym dziedzińcem, okolonym przez ściany, w których wykuto minigroty mieszczące 2000 małych posążków Buddy (popularne miejsce wśród Laotańczyków na ślubne zdjęcia);
  • złotą pagodę w kształcie lotusa Phrathatluang (LAK 5k), tu także parę ekip fotograficznych i par młodych. W 1566 roku wybudował ją król Setthathirat na gruzach XII-wiecznej świątyni khmerskiej, zniszczonej podczas wojny z Tajami w 1828 roku. Stupę odbudowali w 1900 r. francuscy kolonizatorzy, ale Laotańczycy, niezadowoleni z efektu nieoddającego oryginału, zburzyli budowlę, by 30 lat później odbudować ją po swojemu.

Do złotej pagody docieramy i wracamy tuk tukiem (LAK 20k od osoby w 2 strony), mijając w połowie drogi Patuxai – Bramę Zwycięstwa, przypominającą Łuk Triumfalny. Kilka razy przemierzamy główną ulicę Settathirat, przy której stoi (niedostępny dla zwiedzających) pałac prezydencki, a poza tym kilka wypasionych ambasad (np. Brunei) oraz mnóstwo restauracji.

Obiad jemy w małej knajpce po drodze do hotelu (żółty makaron z kurczakiem i ryżowy makaron z wołowiną, ananasowy shake, sałatka z papai i cola – LAK 70k). Krzysiek z Gosią żegnają dzień masażem stóp (LAK 50k).

31.12.2016 Vientiane

Mamy ambitny plan przejścia centrum wzdłuż i wszerz. Zaczynamy od watu City Pillar, w którym umieszczono słup stanowiący zaczątek miasta o wysokości równej rozpiętości ramion szefa Laotańskiej Partii Ludowo-Rewolucyjnej. Następnie zaglądamy do watu Si Muang z wieloma wiernymi, przybywającymi do świątyni z darami w ostatni dzień roku. Wiele kobiet ma na sobie tradycyjne stroje (kramy, jedwabne spódnice i pasujące wzorem szarfy w poprzek piersi). Rodziny zamawiają u mnichów specjalne ceremonie mające przynieść im szczęście, gwarancją czego są sznurki zawiązywane przez mnicha wokół nadgarstków wyznawców.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy czarnej stupie Thad Dam na miłym skwerku otoczonym restauracjami. Lunch jemy naprzeciwko hotelu w polecanej w przewodnikach laotańskiej restauracji Lao Kitchen (zielone curry, sweet and sour tofu, tofu spring rolls, cola, 2x mango sticky rice – LAK 155k; ciekawe są też larb z kaczki i gulasz wołowy m.in. z liśćmi betelu i ryżowym winem). Polecenie z wszech miar uzasadnione.

Zwiedzenie Muzeum Narodowego nie jest nam dane, ma przerwę od 31.12 do 2.01.

Następnie odwiedzamy waty Mixai, Inpeng i Ong Teu Mahawihan. W tym ostatnim pod wielkim 6-metrowym Buddą mnich odprawia ceremonię wiązania sznurków mających pomóc w spełnieniu życzeń uczestników rytuału. Na tyłach simu znajduje się szkoła, do której ściągają mnisi z całego kraju.

Dłuższy spacer kończymy pod łukiem Patuxai, zaglądając po drodze do centrum handlowego Talat Sao (Morning Market) w czasie zamykania kramów. Z bliska łuk robi bardzo dobre wrażenie, uroku dodają mu kolorowe fontanny i choinka w tle oraz rozpoczynająca się impreza sylwestrowa. Słuchamy laotańskiego popu, oglądamy stragany z jedzeniem i dzieci pozujące z rodzicami do selfies z choinką i tańczącym Mikołajem. Wszystko to nieco surrealistyczne przy 30 stopniach Celsjusza.

Wracamy przebrać się do hotelu. O 21:50 wyruszamy na poszukiwanie Nowego Roku. Impreza obok naszego hotelu sponsorowana przez Sommersby i kolejna przez Beer Lao odpada po 5 minutach – techno w wydaniu Lao nie zdzierżymy. Ulatniamy się, zeskakując z niewysokiego murku na tyłach obiektu, mimo tego, że weszliśmy przez bramkę z kontrolą osobistą. Przy fontannie Nam Phou na głównym placu pusto, ludzi z kolejnej fiesty sponsorowanej przez piwo Lao przepłoszył deszcz, zostali tylko szczęściarze przy zadaszonych stolikach zastawionych platerami z owocami morza.

Za rogiem bunkrujemy się w restauracji Kop Chai Deu – pina colada, smażony ryż w omlecie i napój refresher z arbuza, limonki i mięty oraz hot pot beef, mango sticky rice i margarita passion fruit (po ok. LAK 110k na parę) pozwalają nam przeczekać do 11:55. Dostajemy opaski z napisem Happy New Year i korki i wracamy pod fontannę, gdzie zaczyna się odliczanie. Tam odpalamy serpentyny i witamy 2017 wątpliwej jakości miniszampanem z chińskiego sklepu (LAK 30k). Od 1 w nocy techno i pop z głośników aut na przydomowych imprezach zmienia się w prawie akustyczne śpiewy i gitarowy, nostalgiczny akompaniament. Turyści spontanicznie życzą sobie szczęśliwego nowego roku. Mieliśmy udany ostatni dzień starego roku i pierwsze godziny nowego – dobra wróżba na 2017.

1.01.2017 Vientiane

Po hotelowym śniadaniu chwilę szukamy hostelu Friendly Backpackers, w którym zamówiliśmy transport minivanem do Parku Buddy (35 km za miastem). Po 20 minutach czekania podjeżdża Hyundai i okazuje się, że mamy private tour (LAK 60k od osoby w godzinach 10-13). Po pół godzinie (przedmieścia, gruntówka, pola golfowe) jesteśmy na miejscu (wstęp LAK 5k, aparat 3k). Nad Mekongiem rozgrywany jest mecz ligowy, lokalni kibice łączą przyjemność dopingowania z piknikowaniem w cieniu setek rzeźb.

W parku na stosunkowo niewielkiej powierzchni zgromadzono dzieła laotańskiego artysty i jego uczniów. Spory synkretyzm buddyjsko-hinduistyczny. Ponoć to luźne wizje rzeźbiarza natchnionego rozmowami z hinduskim mędrcem. Godzina w parku wystarcza na sfotografowanie każdej rzeźby i wdrapanie się na sferyczny obiekt zwieńczony drzewem życia.

W drodze powrotnej kierowca wyrzuca nas przy Morning Market, raczej rozczarowujący swoją ‘chińskością’ i wysokimi cenami, gdzie dokonujemy zakupów szaliczkowo (LAK 60k), bransoletkowo (LAK 20k), kulowych (LAK 45k). Podziwiamy drugie piętro ze złotą biżuterią i zjadamy pho w odmianie kapuściano-wegetariańskiej (LAK 15k) w foodcourcie, wymieniając uprzednio kasę na talony.

W przyrzecznym parku podglądamy niedzielne popołudnie w lokalnych ‘Łazienkach’ – obowiązkowy tradycyjny strój, obowiązkowy selfik, obowiązkowy obiad z rozstawionych wózków serwowany na bambusowych matach rozłożonych na trawie.

Obiad (smażony makaron z wołowiną LAK 20k, ryż z kurczakiem z warzywami i nerkowcami LAK 35k i mango sticky rice plus 2 cole; total LAK 100k) jemy w miejscu gdzie 2 dni wcześniej Gosia z Michałem przyjęli żabę z grilla (kosztowała LAK 25k i była całkiem smaczna).

Nasz pick up na dworzec nie pojawia się między umówioną 6 i 6:30, ale obsługa hotelu jest czujna i dzwoni pod numer z rachunku. Po 15 minutach podjeżdża po nas tuk tuk. Na dworzec docieramy w ostatnim momencie, bo okazuje się, że nasz autobus do Pakse odjeżdża o 19, a nie o 20:30, jak myśleliśmy i jak głosi tablica na przedniej szybie – kolejny przejaw laotańskiego zen organizacyjnego. O 19:20 ruszamy, kabinki eleganckie, z półeczką na bagaż, wykończone drewnem i wg pomiarów Gosi o 5 cm dłuższe niż na trasie Luang Prabang – Vientiane. Dostajemy nawet po butelce wody i po 2 tosty (z czymś mocno podejrzanym, więc scedujemy je później na psa). Przed nami 14 godzin podróży do Si Phan Don (transport kombinowany, LAK 240k pp).

2.01.2017 Si Phan Don (4000 Islands)

Około 8:30 docieramy do Pakse. Z okien autobusu na wzgórzu w oddali widać olbrzymiego siedzącego Buddę. Lokalny kierownik wycieczek wyławia podróżujących do 4000 Islands i kieruje ich do zdezelowanego autobusu. Po 3 godzinach i zgarnięciu paru osób w Dong Daet (miejsce przerzutu do Champasak, w pobliżu którego znajduje się drugi mini-Angkor) docieramy do krzyżówki. Pomagier kierowcy szuka 4 osób mających bilet do Don Khong – jak nic to my. Wyciągamy bagaże. Pomagier zabiera nam kwit. Pytamy przezornie, czy nie będziemy go potrzebować przy przeprawie łodzią. Odpowiedź brzmi, że czekający już tuktukowiec zabierze nas na miejsce. Coś nam nie gra – w cenie miała być łódź. Ładujemy się na tuk tuk. Opatrzność zsyła nam pytanie kierowcy: gdzie mamy booking. W międzyczasie rusza autobus. Odpowiadamy, że w Pan’s Bungalows, pokazując jednocześnie mapkę w Lonely Planet, co powoduje, że kierowca zaczyna gonić autobus, machając rękami i krzycząc. Autobus staje. Okazuje się, że różnica w nazwie między dużą wyspą na północy a małą na południu to jedna litera: Don Khong vs Don Khone (inny zapis to Don Khon). Wyjaśniamy, że nie chcemy na dużą wyspę, jak mówi nasz bilet, a na małą i przepraszamy za kłopot. Pomagier, rozbawiony sytuacją, zmienia nazwę wyspy na naszym bilecie, oddaje go nam i ładuje ponownie do autobusu – laotański zen organizacyjny. Za kolejnymi 2 zakrętami jest już dworzec autobusowy w Ban Nakasong (Nakasang), a kawałek dalej port.

Wymieniamy rachunek na bilety na łódkę i podczas gdy wszyscy z autobusu ruszają do Don Det, my udajemy się w przeciwnym kierunku (tym razem planowo), na naszą spokojną wyspę z 2 szkołami, wodospadami i przystanią, z której odpływają miłośnicy rzecznych delfinów, pozostawiając Don Det fanom halucynogennych grzybków (przystanek na ich zakup był już po drodze do Ban Nakasong).

Po dobiciu do Don Khone wychodzimy na wielkie śmietnisko. Następnego dnia odkryjemy, że po weekendzie przeistacza się ono w boisko szkolne bez śladu stosu zużytych foliowych torebek, puszek i plastikowych butelek. Tymczasem zajmujemy miejsca w pustej knajpce tuż obok śmietnika,  vis a vis przystani i jemy śniadanie (w zasadzie lunch, bo dochodzi 13 – banana pancake i noodle soup – LAK 30k, mango sticky rice i cappuccino – LAK 15k). Miła właścicielka zaprasza nas także na kolację.

Po 3-minutowym spacerze w lejącym się z nieba żarze, głównym ‘deptakiem restauracyjnym’ docieramy do Pan’s Bungalows (33$ dwójka za noc ze śniadaniem), bardzo przyjemnego lokum z hamakami na tarasach, z których można oglądać zachód słońca nad rozlewiskami Mekongu. Po zakwaterowaniu pożyczamy rowery z ledwo zipiącymi hamulcami (LAK 35k za 4, cena jednego to 10k), pokonujemy bezbarierkowy most i polną, koszmarnie wyboistą drogą wśród suchych pól ryżowych docieramy do Don Det. Próbujemy zorientować się w cenach wycieczek, a także możliwościach jednodniowego wypadu do Champasak. Mission impossible, jedyna opcja w biurze przy porcie to private car za 100$ plus LAK 15k od osoby za łódź. Jednak Don Det jest ewidentnie nastawione na wysyłanie turystów w trzeci wymiar raczej niż do zabytkowych ruin.

Wracamy wzdłuż Sunset Boulvard i przy zachodzącym słońcu jemy noodle soup, yellow chicken curry, larb z ryby i sałatkę z zielonej papai w miłej, nadrzecznej knajpie. Powrotną drogę pokonujemy po zmroku, ale na szczęście drugi wariant jest mniej wyboisty. Krzysztof wrzuca smażony ryż przed snem i kupujemy poranną wycieczkę na delfiny (LAK 218k) oraz bilety do Kambodży (LAK 230k per person). Jutro pobudka o 5.

3.01.2017 Don Khone

O 6 meldujemy się pod ‘biurem’ (stolikiem pod parasolem), gdzie wita nas bardzo wylewnie jedynie sfora lokalnych, bezpańskich psów – ulica dopiero budzi się do życia. Po 15 minutach biuro nadal nieczynne, ale pojawiają się dwa 2-osobowe tuk tuki i wiozą nas po starej, francuskiej drodze (a właściwie jej pozostałościach) do przystani we wschodzącym słońcu (spektakularny widok). Ktoś wskazuje nam palcem łódź, ktoś inny kapoki i bez słów rozumiemy, jakie są kolejne kroki. Płyniemy 10 minut, przybijamy do brzegu i patrzymy we wskazanym kierunku. Co jakiś czas słyszymy fukanie, a po nim śmigają płetwy słodkowodnych delfinów (to Pa Kha, czyli oreczki krótkogłowe). Od czasu do czasu można dostrzec czubek głowy. Po 15 minutach widowiska wracamy. O 11 jesteśmy z powrotem na hotelowym śniadaniu (pancake, chicken sandwich, ginger tea i lemon tea).

Kolejny punkt programu to wypad rowerami nad wodospad Li Phi (Tat Somphamit; LAK 35k od osoby – płatne przy moście lub przed wejściem do parku) – absolutnie wart swojej ceny. Malownicza ścieżka wiedzie do plaży wzdłuż piętrzącego się i rozlewającego po skałach brązowego Mekongu. Na końcu zejście do wody po ultra gorącym piasku i chillout przy shakach w oferujących cień bungalowach. Potem rowerkami zmierzamy do południowej plaży, gdzie upał zabija, więc Gosia dla ochłody kąpie się w Mekongu.

Robimy krótki przystanek w wacie i wracamy na obiad. Za 15$ (kipy się już skończyły) jemy masaman  curry, beef and pineapple stir fried, 2 cole, herbatkę imbir i lemon grass, a na deser mango sticky rice. Gosia z Michałem, na skutek nieporozumienia komunikacyjnego, dostają  lokalną specjalność – rybę robioną na parze z mleczkiem kokosowym i trawą cytrynową, zawiniętą w liść bananowca (LAK 40k). Ta pomyłka okazuje się jednym z najlepszych kulinarnych przeżyć wyjazdu!

Załatwiamy sobie zdalnie (dziękujemy wujku Google) wieczorny przerzut z Phnom Penh do Kep (55$). Wymiana 10 emaili i 4 smsów powinna pomóc w znalezieniu się z kierowcą z Makarataxi, mimo braku możliwości doprecyzowania miejsca spotkania.

Za nami relaksujący dzień, nic dziwnego, że ludzie na ogół wydłużają swój pobyt w Si Phan Don. Nas nie stać na taki luksus, czas goni. Rezygnujemy też z bólem serca z Champasak i żegnaj Laosie, od jutra witaj Kambodżo.

4.01.2017 W drodze do Kep

Wyruszamy o 8. Z łódki jesteśmy kierowani do ‚biura podróży’, gdzie dostajemy kambodżańskie karty wjazdowe, druczki wizowe i ofertę załatwienia formalności za 40$, czyli jakieś 5$ górką względem oficjalnej taryfy. Decydujemy się na komfort, dzięki czemu granicę przekraczamy autokarem. Przemycić można by nim każdego, nikt nie sprawdzał stanu liczebnego autobusu, ani nie porównywał zdjęć w paszportach z pasażerami. Część pasażerów, która nie zdecydowała się na haracz, przekraczała granicę z bagażem na własną rękę, ale nikt nie prowadził statystyk, ile osób wysiadło.

O 12:15 ruszamy z granicy, aby po paru przystankach toaletowych i jednym przy jadłodajni (Michał ryzykuje jakieś nieokreślone ‘chicken curry’ za 2$) dotrzeć do stolicy o 20:45, czyli prawie 3 godziny po planowym czasie. Nie dziwimy się, przerzuty w Laosie już nas przyzwyczaiły, że czas przyjazdu podawany w rozkładach jest czasem wymarzonym przez klienta, a nie realnym. Wymiana smsów z Makarataxi daje nam nadzieję, że kierowca będzie na nas czekał oraz że go znajdziemy między stacją benzynową a zakorkowanymi ulicami, bo dworzec okazuje się umownym tworem wirtualnym. Udaje się, dzięki numerom tablic rejestracyjnych przesłanym SMSem przez biuro, bowiem nasz kierowca ‘sorry sir, no speak English’.

Na północy mijamy wielu Czamów, zachuszczone kobiety i meczety na palach w każdej wiosce, a także zielone – w kontraście do wyschniętych, słomianych laotańskich – pola ryżowe. W przeciwieństwie do innych krajów Półwyspu Kambodża wydaje się być bardzo zaśmiecona – ilość walających się plastikowych torebek, butelek, papierów itd. robi dość przygnębiające wrażenie.

Po kolejnych 3 godzinach w Lexusie, próbującym po ciemku, w deszczu, przy niesprawnych wycieraczkach wymijać ledwo widoczne skutery i nieokreślone pojazdy własnej konstrukcji, docieramy na miejsce. W Kep z pewnymi trudnościami, po wielokrotnych konsultacjach z tuktukowcami, znajdujemy nasz hotel (Reaksmey Krong Kep Guesthouse 25$ dwójka) 10 minut przed północą. Mimo że recepcja zgodnie z tabliczką powinna być 24-godzinna, brama jest na głucho zamknięta. Dopiero długotrwałe kopanie w nią budzi chłopaka przed hotelem, który ospale wpuszcza nas do środka i daje klucze bez żadnych pytań.

Po 16 godzinach i pokonaniu ok. 700 km jesteśmy na południu Kambodży.

5.01.2017 Kep

Rano robimy wypad na pobliski targ rybny – Crab Market – i nie czekając do pory obiadowej, kosztujemy tutejszą specjalność, czyli kalmary i kraby (wyławiane z trzymanych przy brzegu koszyków) w kampockim pieprzu. W szeregu drewnianych bud na palach nad brzegiem morza serwowane są jego owoce, segregowane na bieżąco przez stojące w wodzie po pas kobiety w strojach przypominających pidżamy – współczesny, najbardziej powszedni ubiór codzienny. Oferty restauracji różnią się między sobą nieco sosami i wyborem morskich żyjątek. Pytamy o składniki czarnego sosu pieprzowego – oczywiście kampocki pieprz, sok z limonki i chicken powder, czyli odpowiednik polskiej jarzynki (jak widać nie do uniknięcia nawet na drugim końcu świata).

Potem zajęcia w podgrupach. Krzysiek krąży wzdłuż wybrzeża, robi zdjęcia pomników White Lady i wielkiego kraba oraz rybaków i korzysta z masażu stóp (6$). Gosia z Michałem (7$ od osoby) udają się na wycieczkę na Wyspę Króliczą. Kiedy wreszcie po klasycznej dezorganizacji transportowej udaje im się dotrzeć i zażyć kąpieli zaczyna niestety padać deszcz… Ale miejsce bardzo przyjemne – plaża długa, cała w palmach, woda spokojna, hamaczki, leżaczki, drewniane wiaty, bungalowy i co krok knajpka z shake’ami (po 1-3$) i owocami morza.

Około 16 już w komplecie wybieramy się na spacer do pomnika kraba, około 40 minut ‘promenadą’ wzdłuż wybrzeża od naszego hotelu. Znowu zaczyna padać, więc korzystamy za 2$ z tuk tuka. Na kolację pochłaniamy gigantyczną porcję grillowanych krewetek, kalmarów, ryby i zupy krabowej oraz smażonego makaronu z krabami, wszystkie te pyszności za około 20 zł za porcję jednoosobową i ok. 30 zł za dużą (na 1,5-2 osoby). Jak nie kochać Azji?

Kep ma też swoją mroczną stronę. Przed rewolucją Czerwonych Khmerów ta nadmorska miejscowość otoczona Górami Kardamonowymi byłą ulubionym kurortem khmerskich elit. Miasto zostało wysiedlone, a puste szkielety kolonialnych willi straszą do dziś, chociaż coraz częściej są wykupowane przez chińskich inwestorów i powstają w nich luksusowe pensjonaty.

6.01.2017 Kampot

Rano przerzucamy się minibusem do Kampot, około 30 minut (3$). Meldujemy się w hotelu Vibola (19$ dwójka, basen), a potem krążymy po na pierwszy rzut oka niezbyt pięknym, a jednak klimatycznym mieście, położonym malowniczo nad rzeką, pełnym ekspatów, którzy przyjechali tu na dzień a zostali na zawsze. Prowadzą hostele, piekarnie, restauracje, etc. Pochłaniamy śniadanko (m.in. przepyszna wietnamska zupa z ananasem za 4$), przyglądamy się parze młodej na zamkniętym dla samochodów moście French Old Bridge, oglądamy ronda z pomnikami duriana i innych tropikalnych owoców, millenium 2000 oraz odławiaczy soli za dnia i drugi raz wieczorem. Obserwujemy przygotowania do imprezy przy bulwarze: rozstawiony namiot, poubierane krzesła, próba muzyki – będzie wesele czy obchody Dnia Zwycięstwa (7.01)?

Z racji kompaktowości miasteczka mamy nawet czas na godzinny relaks w guesthouse’owym baseniku (szerokość: półtorej płynącej zamaszyście osoby). Na Central Market kupujemy suweniry – słynny kampocki pieprz (niemający sobie ponoć równych na świecie w związku z głębokim smakiem, jaki pozostawia; świeże zielone gałązki w sosie rzeczywiście smakują nieziemsko), kramy czyli khmerskie szaliczki w różnokolorową kratkę, przyprawy, w tym amok i lemon grass powder. Jemy smaczną kolację w australijskim lokalu Veronica’s Kitchen nad rzeką (narodowe dania: amok z rybą – 5,75$, wołowy lok lak – 5$ oraz rybę smażoną w imbirze, piwo Anchor – 1$ za kufel). Gosia z Michałem podbijają jeszcze nastrój drinkiem na nadrzecznej barce, ozdobionej kolorowymi żaróweczkami: caipirinha za 2$ jest uczciwa, a okoliczności przyrody kiczowato-urocze.

7.01.2017 Koh Rong Samloem

Przerzut na wyspę Koh Rong Samloem (15$ od osoby za miniwan i prom) idzie nam gładko. Kierowca jedzie jak szalony, wyprzedza poboczem po prawej stronie, ale trasę, którą miał pokonać w 2 godziny, pokonuje w 1,5. Organizacja wszystkich przerzutów jest ciekawa, np. w Kampot pick up był o 7:35, autobus przyjechał o 7:50, krążył zbierając gości z hoteli przez pół godziny, po to żeby wrócić do biura położonego przecznicę dalej od naszego hotelu. W Sihanukville zostajemy wysadzeni bez info co dalej. Zapytany kierowca ręką wskazuje nam biuro, gdzie zostajemy odnotowani jako przyszli pasażerowie promu i kolejnym machnięciem wskazany jest nam kierunek w stronę portu. Tu zen jest konieczny po naszej stronie – wiadomo, że dotrzemy na miejsce, ale nigdy nie wiadomo w jakim czasie i z jakim wkładem własnym. Prom mamy za godzinę, więc jest jeszcze czas na śniadanie w przyportowej knajpie – zupa i makaron z kalmarami (10$).

Zaokrętowanie to jeden wielki chaos, na pomoście kłębi się tłum, a jednak wszystkim udaje się znaleźć miejsca siedzące. Po pół godzinie jesteśmy na miejscu – czyli na betonowym pomoście. Pan z tabliczką Dolphin Bay ładuje nas do kolejnej łódki i wiezie do przedostatniego ośrodka w zatoce (38$ beach front, 3-osobowy bungalow z łazienką z zimną wodą). Niestety Państwo mają overbooking, w wyniku czego dostajemy do dyspozycji 2 większe 4-osobowe bungalowy, ale w drugim rzędzie. Nie jest to specjalny problem, bo w tym miejscu od wody bungalowy i tak odgradza pas namorzyn…

Spacer wzdłuż 3-kilometrowej zatoki Saracen, kąpiel (niełatwa sprawa, bo woda jest baaaardzo długo płytka) i niespodzianka dnia, czyli kolacja – khmerskie curry i ryba w salsie mango (19$) – w polskiej restauracji. Zaintrygowała nas obecność placków ziemniaczanych w karcie. Zapytana o nie kelnerka, potwierdziła, że obsługa i właściciele są z Polski. Ona sama przyjechała na wyspę turystycznie na 3 dni i siedzi już 7. miesiąc. Opowiedziała nam o wszystkich lokalnych atrakcjach i stopniu trudności ścieżek wiodących do innych plaż.

Ceny na wyspie są, zgodnie z przewidywaniami, wyższe niż na lądzie (ceny dań startują od 7$), natomiast wbrew oczekiwaniom – oferta owoców morza nie zachwyca jak w Kep. Ten fakt może tłumaczyć to, że większość restauracji jest prowadzona przez imigrantów – Polacy, Ukraińcy, Izraelczycy, etc. Nawet jeśli trafia się lokalna inicjatywa, to dla komfortu gości, obsługą klienta zajmują się wynajęci obcokrajowcy.

8.01.2017 Plaża

Po niezbyt wyszukanym i niezbyt tanim śniadaniu w naszym ‘resorcie’ odwiedzamy Lazy Beach po drugiej stronie wyspy (ścieżką koło Octopussy około 25 minut). Plażujemy, relaksujemy się, woda jest tu głębsza i całkiem fajne fale, zatoczka bardziej kameralna, mało ludzi, tylko jeden ośrodek i jedna knajpka przy plaży. W drodze powrotnej, maszerując wzdłuż Saracen Bay, losujemy miejsce na obiad (tom yum z owocami morza, smażony ryż i zupa lemon grass). Dodatkową atrakcją jest świecący plankton w zatoce – dobrze widoczny, kiedy niebo jest zachmurzone, albo wyłączone zostaje światło na pomoście. Do snu usypia nas szum wody, wiatru i wiatraków, a po ścianach bungalowów pomykają gekony, pająki, myszki i kolumny mrówek. Ale jest sielankowo…

9.01.2017 Plaża

Znów czas na zajęcia w podgrupach. Marta z Krzysztofem po pancaku paradise i fresh springrolls z kurczakiem w sąsiednim Paradise Villas i nadgonieniu mailowemu wybierają się do latarni morskiej. Spacer ścieżką przy Dolphin Bay Resort zajmuje około 1 godz. 10 minut. Na miejscu strażnik pobiera 2$ i wskazuje wejście na górę po drabinkach. Na topie latarni wiatr zwiewa Marcie okulary, ale katastrofa kończy się tylko małą rysą. Widoki na wyspę były warte okularowego ryzyka i spaceru w upale. Wokół latarni stoją przykryte plandekami działka. Nie wyglądają na zdatne do użytku, podobnie jak strażnik w kąpielówkach nie sprawia wrażenia osoby, która mogłaby je odpalić. Tymczasem Gosia z Michałem decydują się na snorkeling, który ‘organizuje’ za 40$ właściciel sklepu, niezbyt przekonany do pogody. Okazuje się, że, posądzany o lenistwo, miał trochę racji – po wypłynięciu z zatoki zaczyna mocno bujać… Zwolennicy raf są wywożeni na północ od wyspy, koło zatoki M’Pay Bai. Rafa może i była kiedyś imponująca, ale w tej chwili zniszczona mocno przez kutry rybackie jest prawie ‘bezrybna’. O wiele większe przeżycia zapewnia więc podróż powrotna w pogarszającej się pogodzie, łodzią podskakującą na falach, które zalewają cały pokład… I jeszcze jeden z silników odmawia posłuszeństwa.

Resztę (pochmurnego już) dnia przeznaczamy na zasłużony wypoczynek, czyli katatoniczne wiszenie w hamakach… Na kolację w Paradise Villas – fish amok, pieprzowy seafood, ryba na parze w sosie cytrynowym i kurczak BBQ z sałatką z papai. Porcje niezbyt duże, ale pysznie doprawione i pięknie podane.

10.01.2017 Plaża

Po śniadaniu (tuna mayo sandwich i fried rice z tofu) na kolejny relaks wybieramy najtrudniej dostępną plażę – Sunset Beach. Docieramy na miejsce po półgodzinnej wspinaczce ostro pnącą się w górę, kamienistą ścieżką, zaczynającą się koło Orchid Resort. Trud się opłaca – Sunset Beach to najpiękniejsza plaża na wyspie. Są tu 4 kameralne ośrodki, w tym Sleeping Trees z namiotami rozpiętymi pomiędzy drzewami z widokiem na morze. Warunki do popływania i do relaksu perfekcyjne – woda jest głębsza niż w Saracen Bay, fale mniejsze niż na Lazy, a przy plaży hamaczki i koszo-huśtawki. Nie zawodzi także nazwa, z plaży podziwiamy zjawiskowy zachód słońca. Wyzwaniem jest tylko powrót po ciemku, przy wątłym świetle z czołówek, po skalisto-korzeniowej drodze, ale dajemy radę.

11.01.2017 W drodze do Phnom Penh

Prom zabiera nas o 10:20, ale płynie przez Koh Rong (większą i bardziej infrastrukturalnie rozwiniętą wyspę), więc podróż trwa ponad godzinę. W porcie czeka już na nas taksówkarz (60$) i sprawnie zabiera nas do stolicy, jadąc nieco szalenie, jak wszyscy tutaj. Droga od Sihanukville jest całkiem niezła i nawet malownicza, ale peryferie Phnom Penh przynoszą skojarzenia z Indiami: pył, tłum, korki, śmieci i wałęsające się chude krowy. Sama stolica ma wiele obliczy, zależnie od rejonu. Tuktukowcy pomagają nam znaleźć hotel. Meldujemy się w The Artist Guesthouse na ulicy 178 (29,24$ dwójka) i ruszamy na nadrzeczną promenadę. Za winklem mijamy Muzeum Narodowe (hotel ma świetną lokalizację) i dochodzimy do Pałacu Królewskiego. Przyglądamy się chwilę panującemu tu ruchowi (baloniarze, biegające dzieci, kramy z jedzeniem, sprzedawcy kwiatów lotosu) i królewskim zabudowaniom połyskującym w zachodzącym słońcu.

Szybko jemy obiad w nadrzecznej knajpce, żeby nie spóźnić się na apsarę i 7 innych tradycyjnych tańców w teatrze w Muzeum Narodowym (najtańszy bilet 15$ pp). Występy są totalnym zaskoczeniem: śliczne tancerki, sprawni tancerze, ciekawe historie, piękne kostiumy, żywa muzyka tworzą niezapomniane widowisko. Wzruszeni, wspomagamy stowarzyszenie Cambodian Living Arts kultywujące tradycje taneczne i nabywamy płaskie lalki teatru cieni.

12.01.2017 Phnom Penh

Intensywny dzień zaczynamy o 6:15 wschodem słońca nad Mekongiem.  Zapowiadane w przewodnikach nadrzeczne tai chi zastąpione zostało fitnessem, chinlonem (nożna siatkówka z bambusową piłką) i zośką. Patrzymy z zazdrością na 70-latków grających ze sprawnością i radością nastolatków i bez problemu podnoszących nogi ponad głowę przy bardziej widowiskowych wykopach. Drugim motywem są poranne rytuały religijne – tłumy osób wnoszą dary (kwiatowo-kokosowe) do świątyni, na podeście przygrywają na tradycyjnych instrumentach muzycy, a wokół kręcą się ‘sprzedawcy dobrych zasług’ z klatkami pełnymi ptaszków do uwolnienia.

Dochodzimy promenadą do parku Hun Sena i pomnika Niepodległości. Dalej bulwarem Norodoma (z rezydencją USA i ośrodkiem szkolenia nauczycieli) i butikową ulicą 240 (przy której wciągamy na śniadanie w ulicznej knajpce zupkę z podrobami za 1$) docieramy na tyły Pałacu Królewskiego. Doceniamy przejrzysty układ miasta. Numeryczne nazwy ulic sprawiają, że nawigacja jest prosta i znalezienie kolejnych atrakcji nie nastręcza trudności. Pałac jest niestety zamknięty, król ma gości, tuktukowcy zapraszają nas ponownie na zwiedzanie po południu.

Udajemy się więc za winkiel i odwiedzamy Muzeum Narodowe (wstęp 5$, audioprzewodnik 5$), a w nim mnóstwo posagów, głównie z Angkor, pochodzących z VI-XII wieku. Dowiadujemy się także, że wiedza i inteligencja w hinduizmie to atrybuty kobiety. Spośród setek posągów, zapamiętamy Garudę (orła o ciele człowieka) wdzięcznie prezentującego się tuż przy wejściu i wielką urnę, w której przechowywano zwłoki 4 królów przed kremacją. Sam budynek też jest bardzo ładny.

Dla ochłody pijemy pyszny mango-marakuja shake u Francuza w naleśnikarni (2,5$), gdzie spotykamy rodaka, który opowiada nam o polskich ekspatach, właścicielach pierogarni, piekarni i barów. Można? Można!

Dłuższy przystanek robimy w Wat Ounalom, który wygląda jakby szykował się na wesele. W głównej świątyni czekają leżanki, a przy nich grzeją się Cola i woda. Na zewnątrz ustawiono podest z mikrofonami i przygotowano drewniane i plastikowe krzesła. Są też tace z owocami, pięknie popakowane pudełka, kwiaty, instrumenty muzyczne itd. W zasadzie może to być też zebranie therawadyjskiej  sangi, bo  na parkingu same samochody z tabliczkami VIP, a ten wat to siedziba kambodżańskiej, buddyjskiej wierchuszki. Dużo też wiernych, kadzidełek, kwiatów lotosu itd. Gosia poddaje się (przez przypadek) ceremonii oczyszczenia w małej świątyni za głównym watem, gdzie przechowywany jest włos z brwi Buddy.

Mijamy stary rynek spożywczy i docieramy do centralnie położonego Wat Phnom z 1372 roku (1$) z pięknie malowanym wnętrzem. Wat stoi na najwyższym wzniesieniu w stolicy, liczącym 27 m, stąd jego nazwa, oznaczająca świątynię na górze. W parku u stóp klasztoru znajduje się wielki zegar i tu celebruje się khmerski nowy rok. Za watem, pod białą stupą – kapliczka poświęcona wdowie, pani Penh, która wg legendy go ufundowała. Posąg w białych szatach, z umalowanymi ustami i dary przed nim (m.in. kawa z mlekiem) przywodzi trochę na myśl kubańską santerię.

Krótki spacer dzieli nas od Biblioteki Narodowej i 5* hotelu Raffles Le Royal, w którym kręcono „Pola Śmierci”. Po obejrzeniu hotelu, łapiemy tuk tuka i za 2$ jedziemy pod otwarty już Pałac (10$).  Oglądamy z zewnątrz królewskie zabudowania, a następnie Srebrną Pagodę. Pawilon Napoleona III przeniesiony z Gizy jest w remoncie. W sali tronowej zaskakuje nas dywan – dar Chin – we wzór wiernie naśladujący terakotę. W pagodzie cała srebrna posadzka (od której świątynia czerpie swą nazwę) jest ukryta pod wykładzinami, tylko fragment poklejony scotchem jest odsłonięty. Szmaragdowy Budda wygląda sztucznie i dość smętnie w wielkiej, skromnie zdobionej sali. Większe wrażenie robią zdobione chedi (mniejsze stupy) z prochami, posąg kambodżańskiego króla w przebraniu Napoleona i mały pawilon z odciskiem stopy Buddy. Budynki z zewnątrz są jednak bardzo malownicze, eleganckie i spójne stylistycznie. Na biletach odkrywamy 4 błogosławieństwa Buddy dla króla Norodoma Sihamoniego z okazji jego 63 urodzin (długiego życia, dobrego zdrowia, wielkiego szczęścia i mądrości).

Na kolację jemy owoce morza (ok 20$) i robimy zakupy na night market. Na koniec dnia dzielimy się wrażeniami przy drinkach nad rzeką (happy hours – np. pyszny rum cooler za 2,5$, słabiutkie kambodżańskie ‘whisky’ z colą za 1$). Gosia odkrywa, że zgubiła przewodnik. Przegląd zdjęć pomaga ustalić, że musiało to mieć miejsce podczas toaletowego pitstopu w hotelu Raffles. Potwierdziwszy telefonicznie, że książka faktycznie jest w hotelu i będzie tam czekać na właścicielkę, Gosia razem z Michałem wracają tuk tukiem do Raffles, z fasonem podjeżdżając pod główne wejście.

13.01.2017 Phnom Penh

Ostatnie przedpołudnie w Phnom Penh spędzamy w podgrupach: Marta i Krzysztof odwiedzają historyczne miejsca dające świadectwo krwawej spuściźnie Czerwonych Khmerów, a Gosia z Michałem, po wegańskim śniadanku, kierują swe kroki na Central Market i obserwują codzienne życie współczesnych Kambodżan, tudzież kolonialne budynki przy ulicy 130.

Wizyta w Toul Sleng i na Polach Śmierci (tuk tukiem cała trasa 18$) to złamanie przyjemnej, wakacyjnej atmosfery. Oglądając turystyczne atrakcje Laosu i Kambodży, opalając się na plażach, pałaszując kraby, targując cenę pamiątek, spędzając miło czas, gdzieś w tyle głowy mamy świadomość, że jesteśmy w krajach mocno doświadczonych przez nieodległe, krwawe wydarzenia, których skutki ludzie odczuwają do dziś.

Wśród popularnych pamiątek z Laosu są ozdoby, sztućce i biżuteria wykonane z bomb. Laos jest nimi usiany, w 15 na 17 prowincji niewybuchy (szacuje się, że stanowią one 30% z 270 milionów zrzuconych bomb) nadal stanowią zagrożenie dla mieszkańców.  Są one pozostałością tzw. tajnej wojny USA, podczas której Amerykanie próbowali na ślepo zlikwidować wietnamski szlak zaopatrzeniowy Ho Chi Minha wiodący także przez Laos i Kambodżę. Stany przyznały się oficjalnie do bombardowań dopiero w 1997, a na Laos w latach 1965-1973 podczas 580 000 nalotów (średnio jeden nalot co 8 minut przez 9 lat) spadło w sumie więcej bomb niż podczas całej II wojny światowej. Najbardziej niebezpieczne były i są nadal bomby kasetowe (tzw. bombies), wybuchające przed uderzeniem w ziemię i wyrzucające z siebie mniejsze bombki, mające znacznie większy zasięg rażenia. Szacuje się, że w latach 1964-2011 ponad 50 000 osób zostało zabitych lub okaleczonych przez niewybuchy.

Laotańczycy ginęli od amerykańskich bomb niejako przy okazji konfliktu wietnamskiego, podczas gdy w Kambodży 20-35% populacji straciło życie z rąk swoich rodaków lub zmarło z głodu w wyniku polityki prowadzonej przez Czerwonych Khmerów w latach 1975-1979. Jak zabójczy i nieludzki był reżim Pol Pota można przekonać się w Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng (nazwa oznacza ‘Wzgórze Zatrutych Drzew’ lub ‘Wzgórze Strychniny’), byłym więzieniu bezpieczeństwa S-21 (wstęp 3$, audioprzewodnik 3$), zajmującym 5 budynków dawnej szkoły średniej.

Szacuje się, że w Tuol Sleng było więzionych 17-20 tysięcy ludzi oskarżonych o zdradę Najwyższej Organizacji (Angkar) i szpiegostwo. Tylko 12 osób przeżyło. Także rodziny więźniów często były przesłuchiwane i zabijane na polach śmierci w Choeung Ek. Nie oszczędzano nawet dzieci, zgodnie z zasadą wyznawaną przez Angkar, mówiącą że „aby pozbyć się trawy, należy wykopać korzenie”. Wśród ofiar S-21 byli  Wietnamczycy, Laotańczycy, Hindusi, Pakistańczycy, Brytyjczycy, Amerykanie, Nowozelandczycy i Australijczycy. Pożyczając audioprzewodnik, można wysłuchać relacji więźniów i wspomnień rodzin ofiar Czerwonych Khmerów. W połączeniu z tysiącami zdjęć więźniów eksponowanych w kolejnych salach; mikroskopijnymi celami; obrazami byłego więźnia Vanna Natha, przedstawiającymi stosowane na co dzień tortury, mające na celu wymuszenie zeznań i żelaznymi sztabami używanymi do skuwania więźniów pozwalają one wyobrazić sobie ułamek nieludzkich warunków panujących w Tuol Sleng, ale okrucieństwo Czerwonych Khmerów pozostaje niewyobrażalne. Wystarczy rzucić okiem na tablicę, przedstawiającą reguły obowiązujące więźniów:

  • Musisz odpowiadać zgodnie z moimi pytaniami. Nie odwracaj ich.
  • Nie próbuj ukrywać faktów wymówkami to i tamto, masz jasno zabronione sprzeczać się ze mną.
  • Nie bądź głupcem, bo jesteś typkiem, który śmiał stać na przeszkodzie rewolucji.
  • Musisz natychmiast odpowiadać na moje pytania bez marnowania czasu na namyślanie się.
  • Nie mów mi ani o swoich niemoralnościach ani o istocie rewolucji.
  • Podczas chłosty lub porażania prądem nie możesz krzyczeć.
  • Nie rób nic, siedź w miejscu i czekaj na moje rozkazy. Jeśli nie ma żadnych rozkazów bądź cicho. Kiedy każę ci coś zrobić, masz to zrobić od razu, bez protestów.
  • Nie wymawiaj się Kampuchea Krom w celu ukrycia sekretu lub zdrajcy.
  • Jeśli nie przestrzegasz wszystkich powyższych reguł dostaniesz wiele, wiele batów przewodem elektrycznym.
  • Jeśli sprzeciwiasz się któremukolwiek regule, dostaniesz dziesięć batów lub pięć porażeń prądem.

Okrutne tortury powodowały, że każdy przyznawał się do winy. Dwaj obcokrajowcy zostali pojmani w 1978 roku pod zarzutem szpiegostwa, kiedy ze względu na sztorm wpłynęli jachtem Foxy Lady na wody terytorialne Kambodży. 26-letni Anglik John Dawson Dewhirst zeznał, że wstąpił do CIA w wieku 12 lat po tym, jak jego ojciec otrzymał łapówkę od agenta CIA. Podpisał zeznania po trzech tygodniach od pojmania i prawdopodobnie wtedy został zabity. 28-letni Nowozelandczyk Kerry Hamill podpisał przyznanie się do winy po dwóch miesiącach. Zeznanie brata Kerry’ego przed Nadzwyczajną Izbą Sądu Kambodży dla Osądzenia Zbrodni Popełnionych w Czasach Demokratycznej Kampuczy można znaleźć na http://bno-documentary.blogspot.com/2009/08/robs-victim-testimony-to-extraordinary.html. Pokazuje ono jak absurdalny był system przesłuchań w S-21:

In his confession, Kerry stated that Colonel Sanders (of Kentucky Fried Chicken fame, a popular chain of fast food restaurants) was one of his superiors. He used our home telephone number as his CIA operative number and mentioned several family friends as supposed members of the CIA. For instance, Colonel Perram was our father’s gliding instructor. Captain Dodds is an old mate of Kerry’s who still lives and Whakatane. He also mentions a Captain Pepper which may well have been a reference to the Beetle’s album and he talks about a Major Rouse. A ruse in English is a fraud or a confidence trick. Perhaps the most poignant comment in my brother’s confession was the mention of the public speaking instructor ‘ a Mr. S. Tarr’. The instructor’s family name was spelt Tarr. Only the initial of the instructor’s first name S was given. S Tarr is in fact the name of my adoring mother Esther. Esther Hamill. That’s my mother’s name. He was sending a message to our mother. A message of love and hope. And it was as if, whatever the final outcome, he would have the last say.

Zastanawia fakt, że większość strażników i przywódców Angkar uniknęło kary lub otrzymało wyroki niewspółmierne do ich win. Np. naczelnik więzienia S-21 Kaing Guek Eav, znany jako Towarzysz Duch, został skazany na 35 lat więzienia w 2009 roku (prokurator wnioskował o 40 lat, ale wyrok skrócono o 5, ponieważ areszt trwał dłużej niż przewiduje lokalne prawo), z czego 11 lat już odsiedział i dopiero w 2012 wyrok zamieniono na dożywocie. Ponoć Buddyści wierzą w sprawiedliwość, ale nie w zemstę.

Na terenie więzienia prowadzona jest zbiórka pieniędzy, mająca na celu umożliwienie kambodżańskim uczniom wizytę w Tuol Sleng (państwa nie stać na sponsorowanie takich wycieczek). Możliwe jest także spotkanie z ocalonymi z S-21, którzy sprzedają swoje książki biograficzne i chętnie pozują do zdjęć. Mamy okazję uścisnąć dłoń Chum Meya, mechanika, który zdołał przeżyć dzięki swoim umiejętnościom naprawiania maszyn. Pełni funkcję Przewodniczącego Stowarzyszenia Ofiar Demokratycznej Kampuczy. Pozostali żyjący ocaleni to dwaj artyści, którzy wykonywali portrety Pol Pota i kobieta, przeniesiona do innego więzienia po dwóch tygodniach, bo pochodziła z tej samej prowincji co Towarzysz Duch.

Z końcem 1976 roku na terenie więzienia zabrakło miejsca do grzebania zwłok, więc więźniowie zabierani byli do Choeung Ek (wstęp 3$, audioprzewodnik 3$), na teren sadu i starego chińskiego cmentarza, 15 km od Phnom Penh. Tam byli zabijani metalowymi sztabami, łopatami, motykami lub bambusowymi pałkami i grzebani w masowych grobach. Trzymając się wyznaczonych alejek, w dołach można dostrzec fragmenty kości i ubrań pomordowanych. 5000 czaszek ofiar (znaleziono tu 8895 ciał) oraz kości i ubrania wydobyte z masowych grobów zgromadzono w przeszklonej stupie na 15 piętrach półek. Choeung Ek to jedno z 343 pól śmierci odkrytych w Kambodży.

Wracając z S-21 i pól śmierci, inaczej patrzy się na mieszkańców stolicy. Zadziwia fakt, że ci ludzie mają niemal nieograniczoną zdolność przeżycia, wybaczania i zapominania. 1,7-2,3 mln ofiar zostało opłakanych i życie toczy się dalej.

Około 14 spotykamy się całą ekipą na Russian Market (Psar Tuol Tom Pong) i wznawiamy zakupy koszulkowo-herbaciano-szalikowo-buddowo-gongowo-fajkowo-czajnikowe. Obok części turystycznej jest też spory targ spożywczy oraz moto-giełda, z niezliczoną ilością brudnych, skuterowych części z demobilu. Za 3$ przerzucamy się tuk tukiem na Central Market, mieszczący się w niezwykłej urody hali w stylu Art Deco z 1937 roku, zaprojektowanej przez francuskich architektów. Zjadamy tu po super wielkim kalmarze oraz zestawie langustynek/krewetek z grilla z ryżem, sałatką i sosem pieprzowym (ok. 20$ na parę z napojem) i dokupujemy ostatnie prezenty. Pod zegarem na środku hali, u specjalizujących się w wyrobach ze srebra Czamów z sukcesem negocjujemy cenę srebrnej bransoletki z motywem z Pałacu Królewskiego. W bocznych odnogach targu są stoiska bardziej lokalne: kosmetyki, garderoba, rozmaite podróby toreb i plecaków oraz szeroki wachlarz ‘salonów kosmetycznych’.

Po powrotnym spacerze ulicami 320 i 19 o 17:10 meldujemy się pod The Artist, gdzie czeka już na nas zamówiona w hotelu taksówka. Dobrze, że jest pół godziny przed czasem, bo korki w stolicy Kambodży są przeogromne. Samochody stoją i nie mogą zmienić pasa, bo z każdej strony zalewa je nieustająca fala skuterów. Na lotnisku można jeszcze powiększyć nadmiar suwenirów (o np. pięknie wydaną książkę o kuchni Kambodży), choć w znacznie wyższych cenach niż na miejskich targach. Lot (Thai Airways) trwa około 1,5 godziny.

Około 23 (oficjalną taxi z lotniska za 340 THB) docieramy w okolice backpackerskiej ulicy Khao San i naszego hotelu A&A przy ulicy Rambuttri, zlokalizowanego w shoppingowo-masażowo-restauracyjnym epicentrum Bangkoku wciąż skąpanego w żałobie po zmarłym królu. Wszędzie mijamy billbordy z portretami króla sponsorowane przez banki i duże firmy, biało-czarne kiry na watach, ogrodzeniach i instytucjach państwowych i obywateli już od trzech miesięcy ubranych na czarno lub przynajmniej noszących czarne wstążki lub opaski. Mimo późnej pory nie możemy się oprzeć kokosowo-kurczakowej zupce Tom Kha Gai (tu w wersji z kapustą) i pomidorowej Tom Yum (tu w wersji nieostrej), mango sticky rice i promocyjnej cenie piwa Chang, znad którego można obserwować intensywne nocno-turystyczne życie Bangkoku.

14.01.2017 Bangkok

Plan na ostatni dzień wakacji mamy dopięty na ostatni guzik. Przedpołudnie poświęcamy na shopping na Khao San – sukienki, spódnice, hawaianasy, koszulki, torebki-nerki. Po zakupowym szaleństwie udajemy się do przystani przy starym forcie i Chaophraya Express Boat (za 15 THB od osoby) przeprawiamy się na drugi koniec miasta na najlepszego pad thaia wg strony http://www.bangkok.com/magazine/best-pad-thai.htm. W zasadzie to na pad thaia nr 2, bo nr 1 jest czynny od 17, a wtedy musimy już był na lotnisku. Mimo wysokiej ceny 250 THB za tytułowy przysmak (z wielkimi, rzecznymi krewetkami) Baan Padthai koło stacji Taksin spełnia nasze wymagania, zapewnia klimatyczny wystrój, miłą obsługę i pyszne jedzenie oraz picie (Thai Mohito w promocji za 99THB, mango sticky rise zabarwiony pandanem 180 THB). Wracamy także bezkorkowo, czyli rzeką, aczkolwiek nie bezstresowo, bo nie zmieściliśmy się na łódź i trzeba było odczekać 20 minut na kolejną, więc od razu przystępujemy do poszukiwań taksówki. Niestety cena na lotnisko jest dwukrotnie wyższa niż cena z lotniska – dopiero czwarty kierowca zgadza się zejść do 500 THB. Ładujemy nasze bagaże, które w trakcie podróży znacznie przybrały na wadze (dzięki Qatar Airways za limit 30kg). Jeszcze długi lot z przesiadką w Doha i koniec wakacji :-(.

Pyszności

W podtytule nie umieściliśmy hasła ‘mega żarcie’, tylko dlatego, że nienajlepsze świadectwo by nam to wystawiało i było odwrotnie proporcjonalne do zwyczajów lokalnych, ale uczciwość wymaga przyznania na zakończenie relacji, że Azję kochamy przede wszystkim za cudowną, tanią, świeżą i nietuczącą kuchnię. Myśli o mango sticky rice, grillowanych owocach morza, tysiącach odmian curry, smażonym ryżu i makaronie, sosie z kampockiego pieprzu, morning glory (wodnym szpinaku), owocowych sokach i koktajlach, khmerskim amoku (pikantnym lub słodkawym, pomarańczowym curry z rybą , mięsem lub warzywami), lok laku (którego wietnamska nazwa oznacza „trzęsącą się wołowinę” i jest to właśnie smażona wołowina w specjalnej marynacie), zupach na bazie trawy cytrynowej, rybach w bananowcu, laapie (czyli laotańskim, pełnym ziół ‘tatarze’, przypominającym ceviche – w wersji dla turystów ze smażonym lub grillowanym mięsem lub rybą) będą jeszcze długo pobudzać nasze kubki smakowe. To co nas ratuje, to promocja w Lidlu na mleczko kokosowe i otwarta filia Thaisty na Placu Wilsona 🙂 .

  • Jedzenie, jedzenie i jeszcze raz jedzenie
  • Apsara w Phnom Penh – spodziewaliśmy się nudnego występu, a zaserwowano nam 8 wciągających tradycyjnych tańców
  • Piaszczyste plaże i turkusowa woda kambodżańskich wysp, bez tłumów
  • Uśmiech na twarzach Laotańczyków i Kambodżan, tak mocno doświadczonych przez historię
  • Wschody i zachody słońca nad Mekongiem
  • Buddyzm – czyli malowniczy mnisi, ale także życzliwość ludzi wobec zwierząt, o czym świadczy np. świetna kondycja wszechobecnych w Laosie psów
  • Tłumy turystów i ich wpływ na lokalne tradycje
  • Logistyka lokalnych biur podróży wydłużająca wszystko w nieskończoność
  • Stan dróg niepozwalający na sprawne przemieszczanie się

Nasza ocena podróży (w punktach/100)

Jedzenie

Transport

Kwatery

Ludzie

NAPISZ DO NAS

Jeśli masz pytania dotyczące podróży to z przyjemnością na nie odpowiemy

KONTAKT